Bajka o machinie państwowej co ze smogiem walczyła

Dobry wieczór.
Tematem dnia – a właściwie kilku, niekoniecznie występujących po sobie dni – jest od jakiegoś czasu smog. Zaczęło się to ze dwa tygodnie temu, nie pisałem w zeszły piątek, bo chciałem zobaczyć, co też nasze władze zamierzają z tym zrobić.

Że coś zrobią, byłem pewien. W końcu polskie społeczeństwo oczekuje od państwa rozwiązywania problemów, a mentalność jednego rządzącego z drugim jest taka, że z lubością regulują życie szarego obywatela.


Byłem tym bardziej zaciekawiony, że mamy tutaj do czynienia z tym rzadkim przypadkiem, kiedy istotnie interwencja państwowa może być najlepszą drogą do rozwiązania problemu, przynajmniej dopóki poruszamy się w rzeczywistości, w której państwo istnieje. Piszę to jako libertarianin i anarchokapitalista. Smog to nie jest problem typu: ktoś nie ma co jeść, ktoś nie ma za co się leczyć, kogoś nie chcą gdzieś obsłużyć – czyli jeden z całej klasy problemów, które są indywidualnymi problemami jednostek, a z których na siłę robi się „problemy społeczne” po to, żeby kosić gruby szmal za ich rozwiązywanie, utrudniając przy tym ludziom codzienne, normalne funkcjonowanie.

Smog to trucizna będąca efektem skumulowanych działań jednostek. Spędzając kilka godzin w Warszawie funduję swoim płucom (podobno) odpowiednik wypalenia jednej paczki papierosów. Nigdy w życiu nawet nie próbowałem papierosa, więc nie wiem, czy bardziej działa na moją niekorzyść brak doświadczenia, czy na moją korzyść działa to, że mam jeszcze z czego tracić, jeśli chodzi o zdrowie i wydolność.

Żeby było jeszcze trudniej, całość przypomina mechanizm opisany w tej notce, gdzie rzecz dotyczyła może nieco mniej poważnego problemu, jeśli chodzi o skalę, ale doktrynalnie było to samo: suma nieskoordynowanych, przypadkowo skumulowanych działań jednostek, z których każde jest nieagresywne ze względu na skalę, staje się agresywna przez swoją skalę sumaryczną.

Niewątpliwie trucie ludzi jest agresją i być może nawet państwo jest najefektywniejszą formą walki z tym, choć prawdopodobnie prywatne, odpowiednio uwolnione od przepisów inicjatywy, poradziłyby sobie lepiej. Zainteresowanym szczegółami polecam odsłuchanie Rafała Trąbskiego, o ile słuchacz jest w stanie wybaczyć niewątpliwy brak obycia Rafała z mikrofonem (w każdym razie w żadnej szanującym się radiostacji taki lektor by się nie obronił; mimo wszystko warto, bo podaje tam parę przykładów, jak można byłoby to rozwiązać po libertariańsku, zadając przede wszystkim kłam tezie, jakoby był to jeden z tych problemów, z którymi libertarianizm sobie nie radzi na poziomie doktrynalnym).

No, ale skoro nie mamy uwolnionej, prywatnej inicjatywy (jest tak źle, że nawet przepisy pozwalające ukrócić ten proceder i ukarać winnych mogą egzekwować tylko niektórzy i kryterium nie jest bycie poszkodowanym lub wskazanym przez niego indywidualnie reprezentantem!), to czekałem, co państwo w tej sprawie zrobi. Ale ponieważ to ma nieduży potencjał do nałożenia kolejnego, łatwo ściągalnego podatku, zrobiło niewiele.

Słyszałem jakieś tam niemrawe pomruki o powołaniu komisji do zbadania sprawy. Powołanie komisji, jak wiadomo z doświadczenia, to najbardziej niezawodna metoda udupienia dowolnej inicjatywy w zarodku, więc wiele się nie spodziewam, poza jakimiś zupełnie absurdalnymi podatkami.


Ponieważ w tej kwestii istnieje jaka taka lokalna autonomia (i bardzo dobrze, bo problem smogu w Warszawie jest zupełnie inny niż w Augustowie), to samorządy próbują u siebie jakichś rozwiązań.

W Warszawie kilka razy był dzień darmowej komunikacji miejskiej (z zastrzeżeniem, że chodzi o „darmowe” w etatystycznym rozumieniu). Przebąkuje się też tu i ówdzie o ograniczeniu ruchu samochodowego w ścisłym centrum.

Są to jakieś pomysły, pierwszy lepszy od drugiego, aczkolwiek oba wadliwe na poziomie propagandowym, ponieważ samochody, jakkolwiek dokładają się do zanieczyszczeń, to kropla w morzu. Dość powiedzieć, że podczas długiego weekendu przy okazji Trzech Króli ulice w Warszawie były niemal puste – wiem, bo musiałem trzykrotnie pokonać regularnie pokonywaną trasę i zajęło mi to za każdym razem poniżej dziesięciu minut, gdy zwykle trwa około czterdziestu pięciu. Tymczasem lokalny rekord stężenia zanieczyszczeń został zanotowany pod koniec tego długiego weekendu.

(Przy okazji ciekawostka: z którejś ręki usłyszałem, że fajerwerki dokładają swoje, noworoczne potrafią wyemitować tyle gazów, ile wszystkie samochody na danym terenie emitują przez dwa miesiące. Ktoś może to potwierdzić? Gdyby to była prawda, strasznie bym żałował, że nie zostało to nagłośnione w dniu finału WOŚP przed tradycyjnymi fajerwerkami Orkiestry, puszczanymi przy aplauzie ludzi tresujących swoje psy i koty tak, żeby tych konkretnych fajerwerków się nie bały, a od identycznych w sylwestra szczały ze strachu po kątach – zapewne w grupie tych ludzi jest zresztą całkiem sporo antysmogowców).


Można kontrolować, czym ludzie palą w piecach. Podobno zresztą gdzieś w Polsce to zrobiono i wystawiono nawet za nielegalny opał dziesięć mandatów. W trzy miesiące.

Tylko problem polega na tym, że oponami i kaloszami palą zazwyczaj biedacy, których nie stać na ogrzanie się lepszym opałem. Nie stać między innymi dlatego, że państwo (które tutaj mogłoby coś zrobić, ale wiązałoby się to z działaniem zupełnie wbrew urzędniczej naturze) nakłada na wysokojakościowy opał wysokoilościową akcyzę, która jest tak skonstruowana, żeby była tym wyższa, im bardziej wydajny jest opał.

Jak to wygląda z perspektywy takiego Kowalskiego, który przecież ewolucyjnie nie różni się od nas i palona opona również dla niego jest zapewne infernalnie śmierdząca? Myślę, że jakoś tak:

„Jeśli spalę tę oponę, to wprawdzie będzie mi ciepło, ale będę się truł. Ale jeśli jej nie spalę, to będzie mi zimno, a truł będę się i tak, bo Nowak po sąsiedzku spali swoją.”

Pozornie Dylemat Więźnia, ale klasyczne rozwiązania nie pomagają, bo sytuacja różni się od klasycznego Dylematu Więźnia istotnym szczegółem: wybór strategii współpracy nie jest korzyścią dla wszystkich zainteresowanych. Może to zabrzmi brutalnie, jeśli dla kogoś odkrywam Amerykę, ale mróz zabija zazwyczaj szybciej niż rak płuc.

Nie mówię, oczywiście, że to ich usprawiedliwia. Osobiście na poziomie moralnym dopuszczam zastosowanie dowolnie drastycznych środków, póki mniej drastyczne nie okażą się skuteczne, żeby zapobiec truciu niewinnych. Zacząłbym od zatykania kominów, z których wydobywają się trucizny (nawiasem: jeśli ktoś ma w kominie wysokojakościowy filtr i wydobywa się dzięki temu z tego komina czyste powietrze, to wystawianie mu mandatu na podstawie analizy składu spalin w piecu jest po prostu zbrodnią), a skończyłbym być może na przymusowym pobraniu organów na handel, żeby spłacić poszkodowanych, o ile uda się ich zidentyfikować.

Ale mandaty nic nie dadzą, bo taki Kowalski ani ich nie zapłaci (i się ich z niego nie ściągnie), ani nie zrezygnuje z palenia byle czym z ich powodu. Więzienie? Dla niektórych może być rozwiązaniem istotniejszego problemu niż ten, który ta perspektywa stwarza. Więzienia są zazwyczaj nie najgorzej ogrzewane.

To może zadziałać na nieco bogatszych, którzy palą dla oszczędności badziewiem, choć byłoby ich stać na palenie czymś droższym. Przy czym oni nie uciekają się raczej do opon, bo to nieprzyjemne dla samego zainteresowanego (jako dzieciak sprawdziłem kiedyś, jaki efekt daje palenie gumy; nie polecam), ale np. do drewna, które jest znacznie mniej szkodliwe. Nawet jeśli to miałoby poprawić jakość powietrza, to jakoś nie jestem w stanie zaakceptować rozwiązania częściowego, które karze nie tych, którzy najbardziej szkodzą, tylko tych, których najłatwiej jest skutecznie ukarać.

Ale na sam początek należałoby po prostu zluzować podatki i zostawić ludziom więcej pieniędzy w ich kieszeniach. Przynajmniej część tych, którzy się trują, bo są za biedni, wolałaby się nie truć, gdyby mogła sobie pozwolić na kupno tańszego (bo nieovatowanego i nieoakcyzowanego) opału wysokiej jakości. Bo czemu nie? To jak już mam się truć i jeszcze za to płacić, to już lepiej kupić papierosy, przynajmniej (podobno) jest jakaś przyjemność z tego. A tak dojdzie do tego, że będziemy kupować papierosy po to, żeby mieć przynajmniej coś, co przefiltruje powietrze, zanim wdechnę je sobie do płuc.


(Formy „wdechnę” nie notuje żaden znany mi słownik, może ktoś wie, jak brzmi pierwsza osoba liczby pojedynczej czasownika „wdychać” w czasie przyszłym w trybie dokonanym?)

A potem pozwolić rozwiązywać problemy na poziomie lokalnym, przy czym nie tak, że ceną za trucie sąsiadów jest kasa dla Straży Miejskiej, a poszkodowani bezpośrednio nie dostają nic.

Do napisania, miejmy nadzieję, za tydzień. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *