Cienka linka prawa własności

Dobry wieczór.

Ostatnio miejsce pewne zdarzenie. Otóż właściciel drogi, przez którą regularnie przejeżdżali nastolatkowie na skuterach, zdenerwował się, ostrzegł ich raz i drugi, a następnie rozwiesił wzdłuż drogi stalową linkę, której nie zauważył jeden z nastolatków, w następstwie czego ledwo uratowano jego życie, a teraz trwa walka o uratowanie jego głosu. Rzecz niezwykła: kazus, w którym występuje właściwie (z libertariańskiego punktu widzenia) tylko problem granicy dysponowania swoją własnością, podzielił libertarian.


Można wśród nich spotkać zwolenników podejścia, że właściciel miał pełne prawo to zrobić. Jego droga, jego linka, jego sprawa, niech inni uważają. Wynika to wprost z fundamentów: samowłasność, nieagresja, itd. Trudno ich zresztą winić: taki „kanapowy” libertarianizm, zachłyśnięty ideą wolności, ale nieskażony przemyśleniem problemów ani przestudiowaniem myśli klasyków, może prowadzić do takiego wniosku, w którym zresztą nie ma niczego błędnego z czysto logicznego punktu widzenia.

Libertarianizm pięknie zresztą brzmi ze swoimi postulatami sformułowanymi na przykład tak, że jest to radykalny pogląd, iż inni ludzie nie są Twoją własnością i można rzeczywiście z tego wywieść prawo właściciela do rozwieszenia tej linki. Tyle tylko, że gdy to zrobimy, to libertarianizm nagle przestaje brzmieć tak fajnie, i to nawet dla libertarian. Powiedzmy sobie szczerze: to nie byłby świat, w którym wielu ludzi chciałoby żyć, gdy na każdym kroku może czyhać wymierzona w nas bazooka za przekroczenie o decymetr nieoznakowanej własności prywatnej.

Tym bardziej problematyczne jest przekonanie nielibertarian, nawet nie tych libertarianizmowi wrogich, tylko tych, dla których libertarianizm jest swego rodzaju egzotyką dla niszowych nerdów.

No dobrze, ktoś powie, ale przekonywanie innych powinno ustąpić przed czystością idei. Zgadzam się z tym w zupełności, przypominam, że sam broniłem i nadal bronię deontologicznego podejścia do fundamentów światopoglądowych w ogólności, a libertariańskich w szczególności. Tylko że teoretycy i myśliciele libertarianizmu, do których siebie też zaliczam (co jest zuchwałe, ale nie aż tak, jak może się wydawać – to naprawdę jest nisza, którą jeszcze można wypełnić!), dawno zauważyli tego typu problemy i wypracowali nawet coś na kształt orzecznictwa, i to idącego o krok dalej niż prawo precedensowe, bo bez realnych kazusów (albo z takimi, jak powyższy, mającymi miejsce w nielibertariańskich ładach).

Orzecznictwo takie z konieczności musiało powstawać w ciemno, ponieważ od momentu sformułowania idei libertariańskich nigdzie na świecie nie zaistniał libertariański ład ani cokolwiek sensownie mu bliskiego na skalę, która nadawałaby się jako przyczynek do rzeczywistych przykładów. Zapytani o to libertarianie lubią powoływać się na przykład trzynastowiecznej Islandii; sam fakt, że przykład jest dość odległy czasowo i kulturowo od większości ludzi, a jakoś nie podaje się bliższych, pokazuje związane z tym trudności. USA z początku swojego istnienia się oczywiście nie kwalifikują, ponieważ zdobycie terenów pod nowe państwo w żaden sposób nie było libertariańskie – odbyło się z użyciem agresji wobec Indian. To z kolei przykład na to, że można mieć nielibertariańskie państwo wolnorynkowe. Ale to trochę dygresja nie na temat.

Na temat są za to konkluzje, do jakich już dotarto, które można ująć w postaci dwóch zasad: zasady pierwszeństwa i zasady proporcjonalności.

Zasada pierwszeństwa

Zasada pierwszeństwa z grubsza mówi tyle, że kto pierwszy, ten lepszy. Oczywiście w żaden sposób nie przyzwala ona na agresję wobec „spóźnialskich”; mówi ona tyle, że ktoś, kto sprowadza się na teren, na którym coś zostało już usankcjonowane, musi to zaakceptować. Oczywiście to działa w warunkach sensownie libertariańskich, a nie w sytuacji, w której ktoś mówi, że jak się nie podoba w jednym nielibertariańskim państwie, to możesz wyjechać do któregoś z dwustu innych równie nielibertariańskich.

To kiedy to działa? Sztandarowym przykładem jest wysypisko śmieci w sąsiedztwie posiadłości, na którą dociera smród z wysypiska. Jeśli nie wiemy, co się tam stało, to odruchowo twierdzimy, że właściciel wysypiska jest agresorem – można dokonywać agresji zapachem – ale jeśli on był tam pierwszy, to ten, kto się w jego sąsiedztwie wybudował, niejako godził się na smród, jaki tam panuje. Albo zawłaszczył śmierdzący teren niczyj, albo odkupił go od kogoś, kto nie wniósł skutecznej pretensji, jeśli więc ład jest libertariański, to pretensja była z jakiegoś powodu bezzasadna i prawdopodobnie rekurencyjnie cofa nas po iluś właścicielach do zawłaszczenia śmierdzącego terenu. Oczywiście wówczas agresją będzie nagłe zwiększenie natężenia smrodu.


Sytuacja się natomiast odwraca, jeśli to właściciel wysypiska jest drugi. Wtedy musi on zadbać o to, żeby sąsiadom nie truć i nie śmierdzieć.

Ma to pewne przełożenie na powyższą sytuację, gdzie nastolatkowie przez jakiś czas jeździli po prywatnej drodze, traktując to jak swego rodzaju uzus. Naturalnie analogia nie jest dokładna, działanie nastolatków od początku było agresją (chyba że prywatność drogi była źle oznaczona), ale trwałość pewnego stanu przy jednoczesnym braku zdecydowanych reakcji nań jest pewną okolicznością łagodzącą.

Zasada proporcjonlaności

Zasada nieagresji mówi tyle, że nie wolno człowiekowi dokonywać agresji na innego człowieka. Nie jest to magiczny płaszcz zabezpieczający przed sytuacją, w której przychodzi Pan Agresor i mówi, że zasady nie poważa i nie będzie stosował.

Co jeśli padniemy ofiarą agresji? Mamy prawo odpowiedzieć. Odpowiedź przemocą na agresję nie jest agresją. Tyle tylko, że musi się ona mieścić w zdroworozsądkowym limicie „odpowiedzi”. Jeśli zapytany o godzinę odpowiem elaboratem o długości „Pana Tadeusza”, jest to z całą pewnością przesada (choć nieagresywna). To samo tyczy się agresji: Przemoc użyta w odpowiedzi na agresję musi być adekwatna do tej agresji, powyżej tego progu przestaje być odpowiedzią i sama staje się agresją.

Co to jest adekwatna, tego doktryna nie rozstrzyga. Rothbard proponował dwukrotność doznanej przemocy, ale wątpliwe jest, żeby właściciel osiągnął jakąkolwiek korzyść z jeżdżenia na motorach pod domami tych gówniarzy, a jednak odpowiedzi na agresję nie udziela się tylko dla zaspokojenia sadystycznej żądzy zadania przemocy, a po to, żeby uczynić zadość ofierze (że jedno może iść w parze z drugim, to zupełnie inna sprawa).


Wracamy do kazusu.

Gdyby właściciel nabył sobie nieruchomość z drogą, po której nikt nie jeździ, po czym rozwiesił tam linki i oznaczył wyraźnie drogę jako prywatną, a rok później jakiś gówniarz by się zabił o te linki, nie powiedziałbym właścicielowi złego słowa. Zabezpieczył swoją własność, jak chciał, oznaczył ją, nie użył przemocy, bo nie odpowiadał na żadną agresję, nie naruszył zasady pierwszeństwa, wszystko jest OK.

To, że nastolatki jeździły, zanim linki zostały rozwieszone, zmienia postać rzeczy o 180 stopni. Linka miała być ewidentnie mechanizmem wymierzenia kary na miejscu agresorowi, którego ów właściciel drogi miał pełne prawo się spodziewać (i właściwie nie miał zdroworozsądkowego prawa się go nie spodziewać, tym bardziej, że mówił do dzieciaków, które nie mogą sobie jeszcze nawet kupić piwa, bo są uznane za zbyt niedojrzałe, żeby w pełni pojmować znaczenie wszystkich swoich czynów).

To jest dla mnie odpowiednik strzelania z bazooki do złodzieja, którego można obezwładnić, obić po ryju, odzyskać dwukrotność zrabowanego mienia i puścić wolno.

I to jest absolutnie niedopuszczalne.

NAP (zasada nieagresji) pozwala bronić swojej własności, nawet z użyciem przemocy, ale nie pozwala mordować ludzi (a linka spokojnie mogła kogoś zamordować – to cud, że do tego nie doszło!) bez uzasadnienia.

Uzasadnieniem mógłby być duży kaliber agresji. Uzasadnieniem mogłaby być nieskuteczność łagodniejszych środków (gdyby właściciel drogi spróbował kilku, kilkunastu lżejszych form przemocy o rosnącym stopniu natężenia i żadna by nie poskutkowała, rozwieszenie linki, a nawet zakopanie pod drogą min, również usprawiedliwiam – należy wybierać metodę najbardziej humanitarną spośród skutecznych, a nie najbardziej skuteczną spośród humanitarnych).

Jednak właściciel nie próbował ani rozsypać gwoździ lub tłuczonego szkła, ani rozlać oleju, ani umieścić głośnika na fotokomórkę, który w reakcji na motocyklistę wydaje odgłos, od którego motocyklista natychmiast przestaje panować nad swoimi odruchami – co skończyłoby się pewnie połamaniem agresywnego motocyklisty, ale w zakresie, który też bym w pełni usprawiedliwił.

Właściciel drogi poszedł na całość.

Oczywiście: jako libertariański sędzia skazałbym go z uwzględnieniem tego, że sam padł ofiarą agresji, czyli oceniając tylko różnicę między przemocą, którą zastosował, a przemocą, którą był w mojej ocenie uprawniony zastosować. Aby to dobrze zrobić, musiałbym poznać najdrobniejsze szczegóły sprawy, a tego mi się nie chce robić, dopóki nie przyjdą do mnie reprezentanci stron z konkretną, niekoniecznie wygórowaną, ofertą finansową za podjęcie się roli superarbitra. Na razie mogę ogólnie zarysować moje ewentualne rozumowanie.

Jedyną sytuacją, która nie dawałaby mi spokoju z powodu niepewności, do czyjej racji się przychylić, byłaby taka, w której właściciel dowiódłby, że wszystkie bardziej humanitarne środki zmierzające do powstrzymania agresji, której doświadcza, mimo że mogłyby być skuteczne, wiązałyby się dla niego z nieporównanie większym kosztem niż środek niehumanitarny. Gdyby istniał sensowny sposób egzekucji różnicy kosztów od agresorów, w obronie przed którymi te środki zostałyby zastosowane, to można byłoby się o to pokusić, ale tak nie jest – nie można nagle żądać od nieletnich, których mniej lub bardziej tolerowało się na własnym terenie przez rok czy dwa, żeby płacili równowartość półrocznej średniej pensji za uniknięcie śmiertelnych pułapek.

Zresztą nikt rozsądny nie proponuje, żeby z pieniędzy ściągniętych od włamywaczy tytułem kar za ich występki refundować ludziom zamki w drzwiach.


Raczej jestem zdania, że własność to manifestacja wolności, a wolność to odpowiedzialność. Chcesz mieć drogę – to sam ją na własny koszt zabezpiecz w sposób nieagresywny. Ale, znów jako sędzia, nie wykluczam odwrotnego orzeczenia w jakiejś naprawdę brzegowej sytuacji, która teraz nie przychodzi mi do głowy.

Natomiast bronienie z pozycji libertariańskich właściciela w powyższej sytuacji, jako kogoś, kto jest całkiem w porządku, nie dość, że zniechęca niezdecydowanych do libertarianizmu, to jeszcze jest możliwe do zaatakowania na poziomie interpretacyjno-doktrynalnym.

Do napisania. Miłego weekendu!

Jedna myśl nt. „Cienka linka prawa własności”

  1. Świetny wpis. W pierwszej chwili czułem, że się nie zgodzę, bo intuicja podpowiadała mi, że trzeba za wszelką cene bronić praw własności przed popularną w społeczeństwie retoryką antywłasnościową.
    Jednak przypomniałeś mi znaczenie zasady proporcjonlaności, na którą sam zwykle sie dotąd powoływałem często, i przekonałeś, że sprawa linki nie jest wcale taka oczywista.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *