Co tam, chamie, w polityce?

Dobry wieczór.

Równo tydzień temu Janusz Korwin-Mikke spoliczkował Michała Boniego w Parlamencie Europejskim i od tamtej pory w Internecie huczy na ten temat.


Właściwie nie ma się co temu dziwić. Nie ma się również co dziwić konkretnej reakcji: główny nurt ma Korwin-Mikkego za chama, zwolennicy go bronią, niektórzy krytykują bez uciekania się do wyzwisk, satyrycy i twórcy memów szaleją… W sumie nic niespodziewanego, może poza tym, że prawie nikt nie utyskuje na to jak na kolejny temat zastępczy, gdy z kraju wyciekają miliardy.

Na marginesie: słowo „cham” jest tu semantycznie niewłaściwe. Cham łamie ustalone zasady ot tak, kiedy mu wygodnie, w ogóle się nad tym nie zastanawiając, bo cham nie ma żadnych zasad, poza jakimiś egocentrycznymi, wymyślonymi przez siebie i na ogół nigdy nie sformułowanymi. Z tego wszystkiego Korwin-Mikkemu zarzucić można jedynie złamanie obecnie obowiązujących zasad – o ile, rzecz jasna, ktoś uważa to za zarzut. Bo ja nie. Natomiast Korwin-Mikke jest człowiekiem zasad, tylko zasady te pochodzą z innej epoki. Wszystkie albo niemal wszystkie zostały sformułowane, i to przed jego narodzinami, co z kolei wyklucza hipotezę, że to on je sobie wymyślił z egocentrycznych (czy dowolnych innych) pobudek. Można to nazwać „nieprzystosowaniem społecznym”, ale słowo „cham” tu nie pasuje.

I koniec marginesu, bo ludziom jednak wygodnie jest używać słowa „cham” w tym kontekście. Czas na tezę dzisiejszego wpisu.

W polityce chamstwo jest zaletą, a nie wadą.

Dotyczy to zarówno pospolitego chamstwa, jakim jest wyzywanie się od najgorszych na pokolenia wstecz (a niekiedy i do przodu), przynoszenie sztucznych penisów na konferencje prasowe, paradowanie nago w kościele, plucie, przerywanie sobie, itd., jak i tego mniej pospolitego, przykładem którego było spoliczkowanie Michała Boniego. Z każdym takim zachowaniem mogę się zgadzać lub nie, a za każdym może stać człowiek, który w ten sposób chce zamanifestować poglądy, z którymi się zgadzam lub nie, ale niezależnie od stron barykady uważam, że traktowanie przeciwnika (zwłaszcza publiczne) w taki sposób akurat w polityce jest zaletą. Zwłaszcza w demokracji.


Dlaczego?

Ponieważ metodą selekcji naturalnej eliminuje z polityki nadmiernie najbardziej wrażliwych ludzi.

Ot, co. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent zła, jakie czai się w naszych ustawach, bierze się z tego, że ludzie decydując kierują się wrażliwością i empatią zamiast rozumem i rozsądkiem. Każda z tych trzech cech sama z siebie wydaje się dobra i nawet razem nie muszą tworzyć zabójczej mieszanki. Problem jednak w tym, że jeśli rozsądek mówi A, to albo wrażliwość powie to samo – a wówczas tracimy czas, zastanawiając się nad tym – albo powie co innego – a wówczas, nie chcąc wyjść na niewrażliwych drani, wybieramy rozwiązanie nierozsądne. Czy też „różne od podyktowanego przez rozsądek”, jeśli ktoś woli.

Oczywiście, nie ma nic darmo. W zamian pewnie dostaniemy lepsze samopoczucie, które też jest coś warte. Wtedy nawet takie rozwiązanie można w pewnym sensie uznać za rozsądne. Ale tylko pod warunkiem, że zostało zastosowane jedynie w stosunku do decydenta! Dlatego wrażliwcy są znakomici do decydowania o sobie, a często nawet o swoich bliskich – natomiast beznadziejni do decydowania o ludziach, których nie znają, bo – paradoksalnie – nie starcza im empatii na wczucie się w niewrażliwego sukinsyna.

Dlatego też skreśliłem powyżej słowo „nadmiernie”. Każdy człowiek, który jest choć trochę wrażliwy, jest o „choć trochę” nadmiernie wrażliwy do polityki. Ideału nie będzie, dlatego zawsze będzie jakaś rysa (aczkolwiek jest to kolejny argument za tym, żeby jednak ustrój angażował w politykę możliwie niewielu ludzi; łatwiej jest w Polsce znaleźć stu niewrażliwców niż trzydzieści milionów).

Jeszcze co do samego spoliczkowania. Tutaj napisałem, dlaczego od skandalizujących wypowiedzi rośnie poparcie dla Janusza Korwin-Mikkego. Podtrzymuję zdanie, z tym że twierdzę, że od skandalizującego wyczynu urośnie znacznie bardziej. Przyczyny wzrostu będą dokładnie takie same jak opisane w tamtej notce, ale skala większa, bo przejście od słów do czynów robi dodatkowe wrażenie.


W dodatku główny nurt będzie miał teraz ogromny kłopot z sondażami. Nowa Prawica zyskała już za dużo, żeby wiarygodnie ją zmieść poniżej progu wyborczego, zatem trick z teorią zmarnowanego głosu jest już zgrany i nie do ponownego wykorzystania. Sondażownie będą więc zaniżać wyniki w ramach marginesu wiarygodności. Natomiast nawet gdyby publikowały te wyniki zgodnie z prawdą, to i tak poparcie dla Nowej Prawicy byłoby zaniżone. Z prostej przyczyny: uderzenie Boniego zjednało Korwin-Mikkemu sporo fanów, z których wielu może nie chcieć się do tego przyznać.

Wyobrażam sobie, jak przed wyborami samorządowymi trzy badania, robione dzień po dniu przez trzy różne ośrodki, dają partii na przykład 7%, 11% i 18% poparcia. Piszę to już teraz: dynama zamontowane pod krzesłami, na których będą siedzieć telewizyjni „eksperci” usiłujący „wyjaśnić” to „niepokojące” „zjawisko” mogą wyprodukować całkiem niezłą ilość energii, jeśli tylko osoby odpowiedzialne za wnętrze studia zadbają, aby krzesła były obrotowe. Nie ma za co.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Jedna myśl nt. „Co tam, chamie, w polityce?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *