Co to jest „firma prywatna”?

Dobry wieczór.

W Polsce nie ma firm prywatnych.


Ściślej: trochę (procentowo niezbyt dużo) firm w Polsce jest państwowych (na ogół ogromnych), a cała reszta to różnej wielkości hybrydy. Ani jedna firma w Polsce nie jest prywatna.

I nie tylko w Polsce.

No dobrze: to co to jest „firma prywatna”? Taka, która ma prywatnego właściciela. „Prywatnego” – czyli nie jest nim podmiot publiczny. A co to jest „podmiot publiczny”? Najprościej mówiąc jest to podmiot państwowy lub bezpośrednio podległy państwu, przynajmniej jednym źródłem finansowania którego są podatki.

To teraz trudniejsze pytanie: co oznacza „właściciel”?

Bo ludzie przyzwyczaili się za właścicieli firm uważać tych, którzy wykładają kasę na zakup lub założenie danej firmy i/lub którzy później jako właściciele figurują w KRS-ie. Z formalnego punktu widzenia mają rację. Ale z formalnego punktu widzenia ślimak jest rybą, więc zdrowy rozsądek podpowiada, że zdrowy rozsądek może się kłócić ze stanem prawnym.

A sprawa jest jeszcze na tym etapie dość prosta: właścicielem firmy jest ten, czyją własnością jest ta firma.


A co to jest „własność”? Tu już trzeba się odwołać do klasycznej definicji: własność to prawo użycia, nadużycia, zużycia i zniszczenia.

Czyli, w przełożeniu na chłopski rozum: właściciel to ten, kto decyduje.

Na ogół ten, kto wyłożył kasę, decyduje. Ale nie do końca. W przypadku firm jedynie prawo użycia jest przez państwo jako tako honorowane. Pozostałe prawa wchodzące w skład własności, zwłaszcza prawo nadużycia, honorowane już nie są. A jak można ich nie honorować? Bardzo prosto (z punktu widzenia państwa jako monopolisty na przemoc): uzurpując sobie prawo podejmowania części decyzji.

I państwo sobie to prawo uzurpuje i chętnie z niego korzysta. Na przykład określając minimalne wynagrodzenie, wymiar urlopu, czy zasady rekrutacji do firm. Naturalnie nie robi tego w sposób sztywny, ale dopóki facet nie może podjąć decyzji, że zatrudnia w swojej firmie za 100 złotych miesięcznie i bez urlopów, dopóty nie jest właścicielem.


Najwyżej współwłaścicielem. Dzieli własność z tym, kto zakazuje mu podejmowania takich decyzji.

Co najgorsze: państwo uzurpuje sobie prawo decydowania, którą część decyzji podejmie państwo. Przecież technicznie w każdej chwili, jeśli tylko państwo uzna to za stosowne, państwo może zdecydować, co ma być sprzedawane w teoretycznie prywatnych firmach, albo komu.

Zresztą: już to robi, tylko trochę się hamuje. O ile płacą minimalną czy minimalnym wymiarem urlopu wali równo po wszystkich firmach, o tyle w sam asortyment wchrzania się tylko gdzieniegdzie (np. w aptekach, ale – pośrednio – także we wszystkich firmach niebędących aptekami, zakazując im oferowania niektórych produktów, na które monopol przyznaje aptekom, np. antybiotyków). W to, z kim wolno zawrzeć jaką umowę, też wtrynia się tylko w przypadku niektórych umów – np. umowy na sprzedaż alkoholu.

Ale to państwo, a nie teoretyczni, formalni właściciele tych firm, decyduje o zakresie tego wtryniania się. Jak jutro zdecyduje, że 18 lat jest granicą nie tylko dla alkoholu i tytoniu, ale także dla czipsów lub najtłustszych kiełbas, to sklepikarze nie będą mieć nic do gadania.

I takim, mniejszym lub większym obostrzeniom, podlega w Polsce każda firma. Żadna nie jest więc prywatna.

A co by w takim razie było, gdyby były prywatne firmy? Totala wolna amerykanka? Cóż, w skrócie: właśnie tak. Nie „anarchia”, ale właśnie wolna amerykanka. Mógłbym zatrudniać kogo chcę, za ile chcę, oferować co chcę, za ile chcę i komu chcę, ale nie wolno by mi było kogokolwiek zmusić siłą do przyjęcia mojej oferty (czy to sprzedaży, czy zatrudnienia). Wolno by mi było natomiast wykorzystać fakt, że ów człowiek czuje się zmuszony przez czynniki ode mnie bezpośrednio niezależne: jeszcze gorsze oferty pracy płynące z ościennych przedsiębiorstw, brak na terenie, na którym działam, wystarczająco przedsiębiorczych ludzi, by stanowili dla mnie konkurencję, czy wreszcie naturalną potrzebę, żeby co jakiś czas coś zjeść.

W żadnym z tych przypadków nie ma mowy ani o krzywdzeniu przeze mnie takiego człowieka, ani o stosowaniu przeze mnie jakiejkolwiek przemocy fizycznej wobec niego, niezależnie od tego, jak złą ofertę mu proponuję. Dopóki nie zmuszam go do jej przyjęcia, zostawiam mu opcję, żeby było tak jak jest, zatem w najgorszym razie jego sytuacja jest dokładnie tak samo dobra – czy też tak samo zła – jak gdybym nigdy nie istniał, a reszta świata wyglądałaby bez zmian. Skoro nie pogarszam bezpośrednio jego sytuacji, nie ma mowy o krzywdzie czy przemocy.

Tak by było. I tak powinno być.

Ale nie jest. Póki nie jest, łaskawie proszę o niezwalanie winy za jakiekolwiek kryzysy na jakiekolwiek firmy prywatne w Polsce.

Bo w Polsce nie ma firm prywatnych.


A jeśli ktoś twierdzi, że się mylę, to proszę o rzeczowy argument. Bo po tym, jak w zeszły piątek napisałem o scenariuszu, w którym Polacy pokonują w nogę Niemców, by zaraz potem nie pokonać Szkotów, jako o całkiem realnym, źle znoszę zarzucanie mi jakichkolwiek pomyłek, jeśli zarzut nie jest naprawdę solidnie umocowany w logice.

Za to wysyłanie SMS-ów i bitcoinów w celu wsparcia bloga nieodmiennie znoszę dobrze, a nawet bardzo dobrze.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *