Czyje obozy?

Dobry wieczór.

Cały Internet (no dobrze: może 4,76% Internetu) zasrany informacjami o wielkim sukcesie polskich internautów: obozy koncentracyjne z czasów II wojny światowej przestały być polskie, a stały się niemieckimi.


I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że nie jest.

Zacznijmy od tego, że słusznie pozbawiono te obozy łatki polskości, bo to, że znajdowały się one na terenie państwa polskiego, o niczym nie świadczy. Rzeczpospolita była w stanie wojny obronnej, a, o ile pamiętam (nie chce mi się sprawdzać, bo zasada jest słuszna, nawet jeśli źle pamiętam), Konwencje Haskie, ratyfikowane m. in. przez III Rzeszę, stanowią, że całkowitą odpowiedzialność prawną za to, co się dzieje na terenach okupowanych, ponosi okupant.

Czyli III Rzesza w tym przypadku.

Tyle, że nazywanie ich „rzeszowymi” (bo przecież nie „rzeszowskimi”) też nie jest na miejscu, bo kolektywizuje odpowiedzialność na poziomie państwa, zrzucając ją, zarówno w powszechnym odczuciu, jak i w praktyce, gdyby doszło do jakichś procesów i wyroków skazujących na odszkodowania, na ludzi, którzy w wielu przypadkach mogli być Bogu ducha winni, nie mieć ze zbrodniami nic wspólnego, a niekiedy aktywnie walczyć z nimi lub próbować neutralizować ich skutki.

Już mniejsza o to, że na czele tej całej rozróby stał nie Niemiec, ale Austriak. Nazywanie obozów hitlerowskich „austriackimi” byłoby równie złe, co nazywanie ich „niemieckimi” (i nawet jeśli któryś z kieszonkowych patriotów, którzy dostają piany na pysku, gdy ktoś szkaluje polskość, niezależnie od tego, czy ma rację, czy nie, będzie zrazu gotów przystać na austriackość obozów, to rychło powinien zmienić zdanie po krótkiej pogadance historycznej zaczynającej się od narodowości Feliksa Dzierżyńskiego).


Obozy nie były niemieckie tak samo, jak nie były ludzkie czy ziemskie.

Te obozy były nazistowskie.

Ja jestem w stanie zrozumieć na poziomie emocjonalnym tych, którzy szafują teraz w Internecie hasztagiem #GermanDeathCamps, bo chęć odwetu za lata nieuzasadnionych upokorzeń jest naturalna. Ale to jeszcze nie oznacza, że konkretny odwet jest uzasadniony.

To po prostu nie ma sensu.


Owszem, te obozy tworzyli naziści, którzy w większości byli Niemcami, w stu procentach byli ludźmi, a pewnie gdzieś między odsetkiem ludzi a odsetkiem Niemców mieścili się mężczyźni i biali (za hetero nie ręczę). Tylko że to nazizm był cechą-kluczem do stworzenia tych obozów.

Gdybyśmy dzisiaj dopuścili do władzy w jednym państwie dużą grupę nazistów, w drugim dużą grupę Niemców, w trzecim dużą grupę ludzi, w czwartym dużą grupę mężczyzn, a w piątym dużą grupę białych, przy czym wszędzie rządzący byliby wybrani losowo z grupy, przynależność do której stanowi cenzus, to w pierwszym państwie ryzyko powtórki Holokaustu jest największe z oczywistych powodów.

A jeśli jest jakikolwiek sens wskazywania, czyje te obozy były, w dzisiejszych czasach, gdy zarówno niedobitki, które przeżyły te obozy, jak i ich oprawcy, w znakomitej większości nie żyją i podlegają już tylko sądowi Bożemu, to jest nim uchwycenie kluczowej cechy wiążącej jedno z drugim. Dla większości ludzi po to, żeby to się nigdy nie powtórzyło, ale nawet z punktu widzenia spaczonego skurwysyna, któremu się to podobało, właściwe wskazanie grupy ma dużo więcej sensu niż niewłaściwe.

Oczywiście: nie da się pozwać do sądu o odszkodowania nazistów jako grupy, ponieważ nie stanowią oni jednego podmiotu w sensie prawnym. Prawną odpowiedzialność za zbrodnie II wojny światowej ponosi państwo niemieckie jako prawny spadkobierca III Rzeszy, w imieniu której te zbrodnie były dokonywane. Przy czym dobry sędzia nie będzie miał z tym żadnego problemu i nie potrzebuje się posiłkować medialnymi nagłówkami.

Natomiast zwykłym ludziom nie ma sensu mówić, że te obozy były niemieckie (niekiedy zniżając się do poziomu tych, na których ktoś pluje za to, że nazywał je „polskimi”), bo z punktu widzenia zwykłego człowieka główna różnica, jeśli w ogóle wystąpi, polegać będzie na tym, czy przypierdolić w ryj sąsiadowi za to, że wita się z nami „Guten Morgen!”, czy nie przypierdolić.

A nie każdy Niemiec jest nazistą (nawet w latach 1933-1945 nie każdy był) i nie każdy nazista jest Niemcem.

Terror, jaki za rządów Hitlera i NSDAP panował w III Rzeszy, był niewyobrażalny. Jakikolwiek widoczny sceptycyzm wobec poczynań władzy wiązał się z ryzykowaniem życiem swoim i swoich bliskich, trudno powiedzieć, czy tak, jak dziś w Korei Północnej, ale zasada jest podobna. Nie jestem pewien, czy ktokolwiek potrafi sobie wyobrazić ogrom poczucia krzywdy, jakie musi być udziałem antynazistowskiego Niemca tamtych czasów lub jego potomka, gdy dziś obrywa choćby krzywym spojrzeniem za obozy koncentracyjne z czasów II wojny światowej.

Ja nie potrafię, a wyobraźnię mam niezłą. W dodatku jestem w nieco uprzywilejowanej sytuacji, ponieważ znam kilka przypadków z dość bliskiej relacji. Jedna z odnóg mojej bliskiej rodziny była akurat w tamtych czasach mieszaną polsko-niemiecką rodziną; nie wszyscy opowiedzieli się po jednej stronie i podział nie zawsze szedł według narodowości. Dlatego dobrze wiem, że kolektywizm, który co do zasady jest czymś obrzydliwym, w tym przypadku może być wyjątkowo krzywdzący, nawet jak na swoje możliwości.


Proszę więc zapamiętać raz na zawsze i używać jedynej słusznej formy:

#NaziDeathCamps

Do napisania za tydzień. Miłego tygodnia!

Jedna myśl nt. „Czyje obozy?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *