Demokracja jako zagrożenie dla rodziny

Dobry wieczór.

Dziś bez zwyczajowej próby przyciągnięcia niezwykłym tytułem, bo sprawa jest ważna, a wybory za pasem. W ramach rekompensaty dla rozluźnienia będzie żart z morałem, ale to dopiero pod koniec.

Normalny człowiek, zapytany o współczesne zagrożenia dla rodziny, wymieni w pierwszym rzędzie gender i LGBTQ za forsowanie nazywania niestandardowych modeli rodziny „normą”, potem feminizm, nie bardzo wiedząc za co, poza wspieranie gender i LGBTQ w praktyce, a na końcu, jak pomyśli, to socjalizm za to, że uzależnia ludzi od państwa, a uniezależnia od własnych dzieci (na starość) lub rodziców (w młodości), zapewnia „darmowe” szkoły i emerytury, a rodzinie na to konto zabiera pieniądze.

Będą mieli rację, ale niepełną. Podstawą wszystkich współczesnych zagrożeń dla rodziny jest bowiem demokracja.


Wniosek na pozór paradoksalny, ale jeśli ktoś szczęśliwie ma dużą rodzinę, to proponuję zwrócić uwagę, jak wygląda rozmowa przy okazji większego spędu, gdy zejdzie na tematy polityczne. Przerywanie sobie, spadający z każdą chwilą poziom kultury, błyskawiczna transformacja argumentów merytorycznych w niemerytoryczne („masz dopiero 20 lat, co ty możesz wiedzieć o życiu?!” wypowiadane przez kogoś, kto w czasach największej chłonności swojego umysłu uczył się życia niemającego wiele wspólnego z tym dzisiejszym), krzyki, a na końcu niekiedy obelgi i obrażanie się. I kolejna garść piasku w szprychy zgodnej rodziny wsypana.

Z czasem ludzie, przekonani o wzajemnej niezgodności poglądów politycznych, potrafią z tego powodu nie odzywać się w ogóle do siebie.

Gdzie w tym wina demokracji? Ano tu, że podnosi stawkę. Dawniej takie kłótnie też bywały, czego ślady można dostrzec choćby w literaturze. Wagę miały jednakże tylko w domach, w których zasiadali ludzie z prawem głosu. Jak chłop pokłócił się ze szwagrem, to dali sobie najwyżej po mordzie, a potem i tak razem uprawiali ziemię. Bo nie mieli poczucia, że to jest ważne, bo od tego, co oni sądzili na temat polityki, nic nie zależało.

Dziś też nie zależy. Prawdopodobieństwo, że Twój głos zmieni wynik wyborów, jest kilkanaście tysięcy razy mniejsze niż prawdopodobieństwo, że zginiesz w wypadku tylko dlatego, że zdecydujesz się ten głos oddać. Ale demokracja wmówiła ludziom, że jednak zależy. Co gorsza, wmówiła im, że są równi. Dlatego każdy nagle poczuł się ważny ze swoimi poglądami, a do tego patriarchalny dziadek nie może znieść tego, że wnuk, z którym on się diametralnie nie zgadza, jest przy urnie równie ważny, co on sam.

Oczywiście w przeddemokratycznych czasach też był równie ważny. Ale jakoś równość na poziomie zero była tu łatwiejsza do zaakceptowania.

W efekcie rodziny poróżniają się na długo z powodu różnicy zdań, z której nie wynikają żadne praktyczne konsekwencje, tylko dlatego, że władza im wmówiła, że wynikają. A jedyną praktyczną konsekwencją demokracji jest właśnie to, że ludzie przez różnice przestają się do siebie odzywać. Oczywiście: zdarza się i na odwrót, że poglądy się zgadzają. Wtedy potrafią scementować poczucie jedności. Ale zdarza się to rzadziej, bo po pierwsze: poglądów jest tyle, że losowo wybrani ludzie mają większą szansę się różnić niż zgadzać (a nawet jeśli małżonkowie dobrali się pod tym kątem, to dzieci, braci czy rodziców sobie tak nie wybierali), a po drugie: zawsze prędzej czy później wyjdzie jakaś różnica i nagle jej istnienie stanie się ważniejsze niż wcześniejsza zgodność. Znów: tylko dlatego, że ktoś, kto się ze mną nie zgadza, będzie na równych ze mną prawach traktowany przy urnie.


Co gorsza, facet, który politycznie zgadza się z żoną (dla której jest to bardzo ważne), a jednocześnie nie zgadza się z bratem, co żadnemu z nich nie przeszkadza, bywa stawiany w sytuacji „albo on, albo ja” przez żonę. Z powodu różnic poglądów rozpieprzają mu się relacje rodzinne, i to pomimo tego, że on sam z nikim nie różni się tak, żeby jemu osobiście lub drugiej stronie to przeszkadzało.

Dopiero po demokratyzacji swoje zaczął dokopywać socjal. Poza powodami opisanymi we wstępie dołożył jeszcze jeden: mniej dzieci zaczęło się rodzić i mniej zaczęło umierać w dzieciństwie. Nie jest możliwe, żeby człowiek z wieku na wiek tak wyewoluował i uodpornił się na wszystkie czynniki śmiercionośne, więc pozostaje jedno wyjaśnienie: socjal zahamował selekcję naturalną. Z pożytkiem dla najsłabszych, ale z niepowetowaną szkodą dla ludzkości jako całości. Ale i ze szkodą dla rodziny, bo nie dość, że jest mniejsze parcie na wychowywanie sobie dzieci jako inwestycji na emeryturę, to jeszcze dzieci nie dostają moralnego kopniaka, jakim jest poczucie wdzięczności wobec rodziców z tytułu dożycia dorosłego wieku, bo nie widzą blisko siebie takich, którym się to nie udało.

Następnie swoje dokopał feminizm. Wbrew pozorom nie chodziło wcale o poparcie dla LGBTQ i gender, bo każde z tych zjawisk jest od feminizmu młodsze. Nie chodzi nawet o wywalczenie praw wyborczych dla kobiet: to po prostu wzmocniło siłę rażenia powodów, dla których demokracja zagroziła rodzinie, choć trzeba przyznać, że bez tego prawdziwe zagrożenie ze strony feminizmu by nie nadeszło.


Tym prawdziwym zagrożeniem stało się bowiem utrwalenie w świadomości dużej części społeczeństwa linii pomiędzy kobietami i mężczyznami jako tej, która wyznacza główny front walki o władzę. Jeszcze raz, bo to ważne: w normalnych warunkach o władzę walczy król Poronii z królem Rurytanii (a wewnątrz Poronii o Rurytanii toczy się czasem walka o tron). W trochę mniej normalnych Republikanin walczy przeciwko Demokracie o to, czyje stanowisko jest słuszne.

Feminizm sprowadza zaś retorykę do tego, że to kobiety powinny z mężczyznami walczyć o to, kto rządzi. Naciskając przy tym na osobę, a nie na prezentowane poglądy czy stanowisko.

To gorsze niż polityczny rasizm i nacjonalizm w jednym, ponieważ taka linia podziału przebiega w każdej normalnej rodzinie!

Normalna rodzina składa się bowiem z kobiety i mężczyzny, z których jedno (zazwyczaj mężczyzna) jest głową rodziny, oraz z nieokreślonej liczby dzieci. Dorośli harmonijnie współrządzą, dzieci, jako beneficjenci każdego minisocjalu w rodzinie, są posłuszne, albo to posłuszeństwo jest wobec nich egzekwowane. Feministyczna retoryka zakłóca tę harmonię powodując, że żona widzi w mężu wroga w walce o władzę i vice versa. Oczywiście normalne rodziny nie poddają się feministycznej retoryce. Pytanie, jak długo wytrzymają pod naporem wszechobecnych mediów, albo jak długo zniosą przynoszone przez dzieci z reżimowych szkół moralne oceny takich lub innych modeli życia.

Gender i LGBTQ to ledwie popłuczyny. Owszem, być może w ich kierunku płynie największy zysk, jaki można osiągnąć kosztem normalnej rodziny, ale można to porównać do szabrowników, którzy po wymianie ognia idą na stosunkowo bezpieczne pole bitwy i wyrywają ofiarom złote zęby. To nie oni byli głównym i pierwotnym zagrożeniem. Oni jedynie pogarszają los potencjalnych niedobitków.

Proszę o tym wszystkim pamiętać, idąc na wybory 16 listopada. A nawet nie idąc. A nawet jeszcze wcześniej. Zanim zaczniecie się obrażać i denerwować, że Wasz dziadek ma zamiar poprzeć PO za podwyżkę emerytur, a żona zagłosować na jakąś feministkę, przypomnijcie sobie słowa Hemingway’a: denerwowanie się to mszczenie się na własnym zdrowiu za głupotę innych. Czy tak piramidalne głupoty, jak dwa podane wyżej przykłady oddanych głosów, wykonane przez innych, choćby bliskich ludzi, warte są Waszego zdrowia? Wytłumaczcie sobie lepiej, że to Wy macie rację, popierając Korwin-Mikkego, ale jeśli do tej pory ich nie przekonaliście, to jest to pewnie beton, którego Wy nie jesteście w stanie przekonać. I że szkoda Waszego zdrowia na walkę, która nie przyniesie efektów, zwłaszcza że to, z czym walczycie, też nie przyniesie efektów. Wasz głos, jeden z kilkuset tysięcy oddanych na partię, znaczy znacznie więcej niż ich, jeden z kilku milionów.

Nawet jeśli jest w tym odrobina demagogii, to dla dobra własnego i rodziny warto to sobie tak tłumaczyć. Zwłaszcza jeśli macie w otoczeniu wyłącznie ludzi, których próbowaliście już przekonać i nie udało się.

A teraz obiecany kawał:

Małżeństwa wymyślono, gdy ludzie z trudem dożywali czterdziestki. Dziś by to nie przeszło.


I morał:

I to tłumaczy, dlaczego dziś nie przechodzą nowe, niewymyślone millenia temu, małżeństwa.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *