Diagnozy ciąg dalszy

Dobry wieczór.

Na początek uwaga porządkowa: po raz być może pierwszy, ale dołożę starań, żeby ostatni, reaguję na blogu na komentarz otrzymany inną drogą. Zależy mi na tym, żeby dyskusje odbywały się tutaj.


Miano mi za złe, że w poprzednim wpisie przeciwstawiłem sobie dwie grupy, z których jedną nazwałem „idiotami”, a do drugiej sam się zaliczyłem. Trudno żebym nie uważał swoich poglądów za słuszne, a tam, gdzie stoją w sprzeczności z innymi, za jedyne słuszne – w przeciwnym razie zmieniłbym poglądy na słuszniejsze. Jednak nie tak należało rozumieć ten tekst, ponieważ wyżej wymieniony podział, acz moim zdaniem rozłączny, nie jest bynajmniej dychotomiczny.

Nie każdy lewicowiec to idiota (w drugą stronę już nie mam pewności co do fałszywości implikacji). Za idiotów uważam tych, którzy w ogóle ignorują wewnętrzne sprzeczności wykazane z punktu widzenia ich rozumowań: ani się do nich nie odnoszą, ani nie dowodzą błędności tezy o sprzeczności (a może się prawicowcowi zdarzyć pomyłka), ani nawet nie powiedzą, że mimo tych sprzeczności dopuszczają je, bo życie jest zbyt skomplikowane, żeby ująć je całe w ramy reguł. Nic.

A do tego nie zmieniają swojego zdania w tych kwestiach, gdzie została pokazana ta sprzeczność.

Oczywiście moja samoocena w kwestii tego, że nie jestem idiotą, ma prawo być błędna, bo nikt nie jest dobrym sędzią we własnej sprawie.

Natomiast pisząc, że idiociejemy (w pierwszej osobie!), wcale niekoniecznie musiałem wskazać na cechę negatywną. Owszem, to źle dla społeczeństwa i dla żyjących w nim ludzi, jeśli społeczeństwo idiocieje, ale jeśli spojrzymy na przyczyny, to może to być przejaw ewolucyjnego przystosowania.

Nasz okupant, czyli III Rzeczpospolita, przy błogosławieństwie Unii Europejskiej, zmienia na naszych oczach świat na taki, w którym myślącym żyje się coraz trudniej, a idiotom coraz łatwiej. Bo idioci nie przejmują się tym, że rządzą nimi bzdury i absurdy.

Pisałem o byciu sędzią we własnej sprawie. Ostatnio był nim Trybunał Konstytucyjny, wypowiadając się na temat ustaw dotyczących Trybunału Konstytucyjnego. To akurat nie wina TK, że ustawodawca nie zostawił tu pola manewru, jednak zdrowiej by było, gdyby akurat w tych konkretnych kwestiach TK nie rozstrzygał. Mógłby to robić na przykład Sąd Najwyższy, jeśli ustawa dotyczy Trybunału Konstytucyjnego.


Dalej jednak było zabawniej. Uznano częściową niekonstytucyjność ustawy, której współautorami było dwoje sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Tego samego, który orzekał o zgodności z tą samą Konstytucją, która obowiązywała, gdy ustawę pisano. Proszę mi powiedzieć, nie prawniczo, ale tak po ludzku: dlaczego miałbym czuć się związany wyrokami ciała, które dowiodło, że ma w swoim składzie członków niekompetentnych do wyrokowania w sprawach, w których się wypowiada? Bo przecież trudno nazwać inaczej niż niekompetencją napisanie niekonstytucyjnej ustawy przez kogoś, czyj głos jest wiążący w kwestii, czy ustawa jest zgodna z Konstytucją czy nie.

Wiem: odpowiedź „po ludzku” brzmi, że w przeciwnym razie przyjdą po mnie smutni panowie i siłą zmuszą, abym poczuł się związany lub przynajmniej swoim zachowaniem udawał, że czuję się związany.

Ale to jest właśnie problem. Prawo coraz silniej wiąże i oplata ludzi, regulując coraz więcej aspektów życia każdego, jednocześnie dla coraz mniejszej liczby ludzi będąc zrozumiałe. Szary Kowalski podlega pod tysiące paragrafów, z których większości nawet nie próbuje zrozumieć, bo byłaby to strata czasu. Ma więc dwa wyjścia: próbować, od czego można oszaleć, bo okazuje się wtedy, że absurd goni absurd, albo udawać, że się tych absurdów nie dostrzega.

Tylko że takie udawanie głupiego jest męczące. Znacznie lepszą ewolucyjnie strategią jest po prostu, bez udawania, głupieć. Wtedy przestają takie rzeczy męczyć. Z przerażeniem myślę o momencie, w którym sam zacznę machać ręką.


A jest się czym męczyć. Ten sam Trybunał uznał, że Prezydent nie ma prawa występować w roli arbitra, co uczynił, wstrzymując się z przyjęciem przysięgi od nominowanych wcześniej sędziów. Tych pięciorga, z których dwoje nominowano niekonstytucyjnie. Wynikałoby z tego, że Prezydent powinien albo wcielić się w rolę arbitra i wyprzedzając Trybunał ocenić, którzy sędziowie zostali nominowani konstytucyjnie, i przyjąć przysięgę tylko od nich, albo tego nie robić, przyjmując przysięgę również od sędziów wybranych niekonstytucyjnie.

Czyli spowodować, żeby sędziami Trybunału Konstytucyjnego zostali ludzie, którzy zgodnie z Konstytucją nie powinni nimi zostać.

Czyli złamać Konstytucję.

Tego Trybunał Konstytucyjny oczekiwał od człowieka, który ma stać na straży Konstytucji, nie wcielając się jednocześnie w rolę arbitra.

Żeby było zabawniej, sędziego Trybunału Konstytucyjnego nie wolno odwołać. Co do zasady jest to bardzo słuszne: sędziowie, żeby być niezawiśli, muszą być nieodwoływalni przez tych, którzy ich powołali. W tej sytuacji groziłoby katastrofą.

Kto wie, czy do niej nie dojdzie i tak. W tym momencie Trybunał swoje, a PiS swoje. I, wbrew pozorom, PiS też ma argumenty po swojej stronie, bo wprawdzie Konstytucja mówi wprost, że orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego są ostateczne, ale w tej sprawie nie do końca jest jasne nawet to, czy ciało, które orzekło, ma prawo nazywania siebie „Trybunałem Konstytucyjnym”. A jeszcze mniej jasne jest to, czy w tego typu sprawie miało prawo orzekać w niepełnym składzie. A pełnego nie ma.

Tak czy inaczej: jeśli PiS i TK przestaną uznawać siebie nawzajem, to w praktyce wygra ten, po czyjej stronie opowiedzą się generałowie. Nawet nie próbuję zgadywać.

Gryzipiórki mediów, które ciągle żyją nadzieją, że jutro się obudzą z tego, co z ich punktu widzenia jest koszmarem, i zobaczą na powrót u władzy swoją ukochaną Platformę Obywatelską, obwiniają, rzecz jasna, o cały ten pieprznik PiS. Ale prawda jest taka, że to Bronisław Komorowski, jeszcze jako Prezydent RP, wyszedł z inicjatywą ustawodawczą zmieniającą ustawę o Trybunale Konstytucyjnym, a potem rząd PO i PSL wymienił, prócz trzech sędziów, do których miał prawo, dwóch na zapas. To był tak znakomity pretekst, że trudno sobie wyobrazić lepszy – a zupełnie inną sprawą jest, że zamiast odbić subtelnie tak nieczysto zagraną piłkę, PiS pokusiło się o ścinę na pełnej kurwie. Wydaje się, że w boisko, czas pokaże, czy PO to odbierze i jak.

Trudno tutaj winić PiS tylko za to, że wykorzystują przewagę, gdy ją mają. Raczej przypomina się cytat z Wielkiego Szu: „Ty oszukiwałeś, ja oszukiwałem, wygrał lepszy”, czy jakoś tak.

Osobiście cieszę się, że PiS robi tak radykalne porządki, bo jak się chce ten syf sprzątnąć, to trzeba wykonać kilka radykalnych i nawet bolesnych kroków. I trzeba to zrobić na początku. PO przez dwie kadencje miała tak powolny rozruch, że nie wyjechała ani trochę, tylko szurała kołami, szurała, aż ugrzęźliśmy w syfie głębiej. PiS próbuje wrzucić wysokie obroty od razu. Tą metodą można albo wyjechać albo spalić silnik, ale innej metody na samodzielne wyjechanie nie ma.

A laweta o nazwie „Unia Europejska” nawet do nas nie jedzie. I to nie tylko dlatego, że sama chwilowo grzęźnie w nieco innym błocie.


Ktokolwiek w takich warunkach idiocieje, wyświadcza swoim nerwom przysługę.

Do napisania za tydzień.

Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *