Dłubanie lutownicą w nosie

Dobry wieczór.

Proszę sobie wyobrazić, że idą sobie Państwo w piątkowy wieczór, powoli, bo donikąd się Państwo nie spieszą, a pogoda jest piękna. Wiosna się zaczęła, idealny moment na wycieczkę po parku z kim kto lubi. Nagle tę sielankę zakłóca obrazek, który nie pasuje do reszty. Podchodzą Państwo bliżej i okazuje się, że w środku parku jakiś facet dłubie sobie włączoną, rozgrzaną lutownicą w nosie. Co Państwu w tej sytuacji podpowiada głos rozsądku?


Jeśli powiedzieli Państwo bez namysłu: „Zabrać i zakazać! Przecież on może zrobić sobie krzywdę i jest niebezpieczny dla innych” czy coś podobnego, to są Państwo w błędzie. Żaden głos domagający się kolejnych ograniczeń nie jest głosem rozsądku, jeśli przychodzi po dwóch sekundach w odpowiedzi na nietypową sytuację. Rozsądek może dyktować ograniczanie innych w sytuacjach, które mamy przemyślane i w których te ograniczenia są naprawdę zasadne i jesteśmy tego pewni. Czyli albo w sytuacjach, które dobrze znamy, albo w takich, na przemyślenie których daliśmy sobie trochę czasu. To, co napisałem powyżej, może być najwyżej głosem emocji. To nie jest przemyślenie tylko reakcja.

Te zresztą mogą być różne. Jedni spojrzą z zaciekawieniem. Inni wzruszą ramionami, że właściwie co ich obchodzi, co jakiś obcy facet robi z własnym nosem własną, jak można domniemywać, lutownicą. Jeszcze inni będą domagali się jakiegoś zakazu. W tej ostatniej grupie znajdą się pewnie też tacy, którzy w ogóle nie rozpoznają lutownicy, więc na wszelki wypadek będą chcieli rozciągnięcia zakazu na używanie jej do czegokolwiek (bo obce, bo przypomina broń palną, albo bo w ogóle nie wiedzą, że to narzędzie). Prawdopodobnie wśród takich ludzi będzie więcej kobiet niż mężczyzn.

Ale mniejsza o reakcje, bo pytałem o głos rozsądku. A co ten powinien powiedzieć, gdy na chłodno przeanalizuje się sytuację? Odpowiedź jest tak łatwa, że aż trudna: powinien powiedzieć, że człowiek po prostu używa pożytecznego narzędzia niezgodnie z jego przeznaczeniem. Być może sam też nie wie, że to narzędzie. A co z tego wychodzi? To, że w najlepszym razie inni popatrzą na niego jak na wariata. Zwłaszcza ci zdający sobie sprawę, że lutownica jest narzędziem i do czego się jej używa.

Po tym przydługim wstępie zdradzę wreszcie, o co naprawdę mi dzisiaj chodzi. Otóż jeśli zastąpimy w przykładzie powyżej lutownicę stereotypem, to otrzymamy sytuację, w której ja patrzę właśnie na większość ludzi jak na wariatów. Co prawda nie widziałem jeszcze nikogo dłubiącego sobie stereotypem w nosie, ale z drugiej strony bardzo rzadko spotykam się z przypadkami użycia pożytecznego narzędzia, jakim jest stereotyp, zgodnie z jego przeznaczeniem. Sporo ludzi używa go niezgodnie z przeznaczeniem, inni myślą, że go nie używają, więc chcą zakazać użycie go innym, a po jednej i po drugiej stronie większość stanowią ludzie, którzy w ogóle nie widzą w stereotypie narzędzia. Tym bardziej więc nie wiedzą, jak się tego narzędzia używa, bo skąd w ogóle mieliby mieć pomysł na takie pytanie?


Żeby się tego dowiedzieć, trzeba się najpierw zastanowić, co to w ogóle jest stereotyp? Może najpierw kilka przykładów stereotypów:

  • Koty są bardziej niezależne od psów
  • Psy są bardziej niezależne od kotów
  • Kobiety nie nadają się do rządzenia państwami
  • Kobiety nadają się do rządzenia państwami
  • Rasa żółta jest bardziej inteligentna od rasy białej, a rasa biała od rasy czarnej
  • Rasa czarna jest bardziej inteligentna od rasy białej, a rasa biała od rasy żółtej
  • Japończycy żyją długo
  • Japończycy żyją krótko
  • Ludzie są sobie równi
  • Ludzie nie są sobie równi

Widać już? Zapewne widać, tylko trudno to ubrać w jakieś konkretne słowa, więc pomogę: stereotyp to przypisywanie jednostce cech na podstawie przynależności tej jednostki do jakiejś grupy. Na powyższych przykładach dobrze to widać, choć nie są one dobrane w sposób najbardziej reprezentatywny, bo w powyższej grupie stereotypów tylko 50% jest prawdziwych (celowo je tak dobrałem: chciałem pokazać, że negacja stereotypu to też stereotyp), a w świecie rzeczywistym prawdziwych jest co najmniej 99% spośród tych stereotypów, które są powszechnie używane w praktyce.

No dobrze, ale co to w ogóle znaczy, że stereotyp jest prawdziwy, ktoś spyta. Przecież mając dostęp do odpowiednio dużej grupy bez większego trudu znajdzie się w niej inteligentnego Murzyna, głupiego białego czy Japończyka, który nie dożył trzydziestki. Z drugiej strony znajdzie się też zapewne tępy czarnoskóry, geniusz rasy białej i japoński superstulatek. Wybierz stereotyp, a znajdzie się jednostka, która go podważa. Owszem, znajdzie się. Tu dochodzimy do kolejnego punktu, którego ludzie nadużywający stereotypów często nie rozumieją: stereotyp nic nie mówi o żadnej jednostce, czy też, może jeszcze ściślej, dla żadnej jednostki o żadnym stereotypie nie można powiedzieć, że mówi on właśnie o niej (mimo że cecha, którą przypisuje grupie, do której należy ta jednostka, może się dla tej jednostki sprawdzać). Znaczenie stereotypów jest czysto statystyczne.


Każda jednostka może być dowolnie dziwna i dowolnie daleko odstawać od normy, cokolwiek jest tą ostatnią.  Stereotyp opisuje grupę. To po prostu pewna korelacja, która (zdaniem użytkownika narzędzia) występuje zbyt często, by być koincydencją, a z drugiej strony nie znamy związków przyczynowo-skutkowych, dzięki którym mogłaby być kauzacją. Można to nazwać stanem pośrednim. Zresztą może być i tak, że stereotyp sam staje się  przyczyną swojej prawdziwości z czasem. Właśnie temu niektóre stereotypy zawdzięczają swoją prawdziwość (a stereotypy jako całość: dużą sprawdzalność w praktyce). Nie ma w tym nic złego, ponieważ dobrze użyty stereotyp abstrahuje kompletnie od przyczyn korelacji. Wystarczy samo jej istnienie.

Pierwotnie stereotypy brały się z obserwacji, potwierdzanych przez doświadczenie i powtarzalność, ale nie przez naukę pozostającą daleko w tyle. Dziś nauka weszła na zaawansowany poziom. Tak zaawansowany, że nawet polityka usiłuje w nią ingerować. Dlatego właśnie tak trudno ufać jej wytworom. Poprawnie politycznie jest na przykład myśleć, że ludzie tak samo dobrze nadają się do rządzenia państwem niezależnie od płci. I można to badać mniej lub bardziej naukowo. Jeśli słyszę, że na trzech uniwersytetach niezależnie od siebie badacze doszli do wniosku, że tak jest, to ja nie kwestionuję metodologii ani wyników tych badań. Moja nieufność bierze się z czegoś innego: z tego, że nie wiem, czy na dziesięciu innych uniwersytetach badacze nie doszli do przeciwnych wniosków, ponieważ mam przeczucie graniczące z pewnością, że gdyby doszli, to połowa z nich w strachu o swoje posady nie wychyliłaby z tym nosa, wyniki większości reszty badaczy zostałyby utajnione, a gdyby jeden przypadkiem wypłynął, to natychmiast zostałby zakrzyczany jako mniejszość, której przeciwstawionoby te trzy pierwsze uniwersytety. W dodatku obserwowalibyśmy w mediach nagonkę na badacza, która po odarciu z emocji dałaby się streścić w obserwacji, że oto politycy i dziennikarze usiłują narzucać naukowcom, do jakich wniosków mają dochodzić ci ostatni.

Tutaj właśnie przydaje się stereotyp. Zwłaszcza taki, który powstał, zanim jakiekolwiek potężne siły zaczęły próbować ingerować w wyniki badań. Słuszności stereotypu mniej szkodzi nienaukowość niż wymuszona polityczna poprawność.

To teraz krótka instrukcja używania narzędzia, jakim jest stereotyp.

Po co?

Po to, żeby przypisać jednostce cechę, minimalizując szansę pomyłki i jednocześnie minimalizując koszty poznania cechy jednostkowej. Żeby to zadziałało, istotne jest jeszcze jedno kryterium, które musi spełniać użyteczny stereotyp: musi przypisywać cechę trudniej mierzalną na podstawie cechy łatwiej mierzalnej. Wcześniej pisałem o przypisaniu cechy na podstawie przynależności do grupy, ale bystry Czytelnik na pewno się zorientował, że przynależność do grupy można utożsamić z posiadaniem cechy („bycie mężczyzną” jest cechą, „ludzie nadający się do rządzenia państwem” mogą stanowić grupę). Zadanie dla Czytelnika: wrócić do podanych powyżej przykładów stereotypów i wskazać te, które nie spełniają powyższego kryterium.

Kiedy używać?

Gdy cecha przypisywana przez stereotyp jest wyraźnie trudniejsza lub kosztowniejsza do zmierzenia niż cecha, na podstawie której stereotyp przypisuje, a jednocześnie dużo istotniejsza z punktu widzenia celu.


Przykłady:

  • Cenzus wyborczy. Łatwiej jest zmierzyć wiek, sprawdzić płeć, IQ, a nawet (do pewnego stopnia) kolor skóry niż przeegzaminować każdego z osobna na okoliczność nadawania się do decydowania o ogóle, a ponieważ celem wyborów jest optymalizacja decyzji grupy, nie mogąc łatwo wybrać optymalnych ludzi na poziomie jednostkowym trzeba wybrać statystycznie optymalną grupę i liczyć na to, że rozkład głosów pozwoli zatriumfować statystyce.
  • Rekrutacja do pracy. Mając 1000 CV taniej jest polecieć stereotypem i przepytać 15 kandydatów niż uniknąć stereotypu i przepytać 500. Im mniej kandydatów, tym większa szansa odrzucenia kandydatury optymalnej, ale przy dobrze dobranym stereotypie wartość oczekiwana użycia stereotypu znacząco przekracza wartość oczekiwaną jego nieużycia.

Kiedy nie używać?

Gdy znamy jednostkę wystarczająco dobrze, żeby oceniać na podstawie cech jednostkowych. Przykład: awans w pracy. Gdy koszt potencjalnej pomyłki jest zbyt duży. Przykład: wybór żony lub męża. Gdy z jakiegoś powodu łatwiej jest zmierzyć cechę przypisywaną niż cechę, na podstawie której się przypisuje. Przykład: ocena inteligencji osoby siedzącej po drugiej stronie czatu internetowego, gdy nie znamy żadnej z jej „stereotypowych” cech (płeć, wiek, rasa, wykształcenie, pochodzenie; nie wiem, jakich stereotypów Państwo używają).

I najważniejsze: nie używać, gdy stereotyp nie jest nam potrzebny! Jeśli świetnie się z kimś bawisz grając w kręgle, naprawdę nie musisz wiedzieć, czy ten ktoś ma zadatki na długowieczność.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Jedna myśl nt. „Dłubanie lutownicą w nosie”

  1. tak sobie czytam stare wpisy i widzę jeszcze jeden problem.
    Wprawdzie dużo złego mozna powiedzieć o czasach syrenki, ale ta syrenka, ktora była wówczas, to miała jednak pewną przewagę na tym syrenomercedesem obecnym – działania podejmowane w tamtym okresie były bardziej spójne – w ogóle (chociaż z grubsza) przemyślane, a teraz to jest taka łatanina ze szrotu, która nie ma prawa działać sprawnie.
    Przykładem niech będą żłobki przyzakładowe. Jesli trzeba było by rodzic spędzał w pracy kupę czasu, mógł oddać dziecko do przyzakładowego żłobka i zawsze do niego zajrzeć, a teraz – ani nie ma wystarczających miejsc w żłobkach państwowych, ani człowieka nie stać na żłobek prywatny, ani na opiekunkę. A jeśli trzeba by rodzic pracował po godzinach, to nawet nie zostaną mu zapłacone nadgodziny, bo działa „równoważny czas pracy”, który za darmo rozpieprza człowiekowi czas pracy i wolny od pracy. Tak samo z podatkami – wówczas widać było efekty tego, że się podatki płaci – jeździły po wsiach objazdowe biblioteki, elektryfikowano wsie, zwalczano analfabetyzm, gruźlicę (jeździły też po wsiach autobusy w których wykonywano zdjęcia rentgenowskie płuc, umożliwiająć wczesne wykrycie), były dostępne sanatoria…
    Jakoś tych pieniędzy wystarczało na bardzo wiele pozytywnych działań skierowanych w stronę ludzi.
    A teraz z tych podatków to wszystko wpada w czarną dziurę. I jak trzeba skorzystać z czegokolwiek, co powinno być dostępne, to nie da rady.
    Tak więc mam wrażenie, że obecny system jest połączeniem najgorszych wad obu pierwowzorów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *