Do Dudy z takim Prawem (i Sprawiedliwością)!

Dobry wieczór.

Sąd Najwyższy zakwestionował prawo Andrzeja Dudy do ułaskawienia Mariusza Kamińskiego przed jego skazaniem. W odpowiedzi Kancelaria Prezydenta ustami rzecznika prasowego Krzysztofa Łapińskiego stwierdziła, że Sąd Najwyższy nie miał prawa wypowiadać się w kwestiach prerogatyw wynikających z Konstytucji. W sieci, oczywiście, zawrzało.


Dziwić się temu nie należy, bo od wyborów parlamentarnych decyzjom Andrzeja Dudy oraz całego Prawa i Sprawiedliwości towarzyszą co najmniej kontrowersje, jeśli chodzi o sposób traktowania prawa. Zwłaszcza Konstytucji. Ten przykład jest po prostu bardzo jaskrawy.

Z jednej strony słyszymy to, co powyżej: że Sąd Najwyższy nie ma prawa wypowiadać się w kwestiach konstytucyjnych, bo od tego jest Trybunał Konstytucyjny. Zasadniczo jest to prawda, przy czym warto zauważyć (a chyba na przeglądanych przeze mnie forach dosłownie nikt tego nie zauważył, niezależnie od stosunku do PiS), że nawet jeśli Sąd Najwyższy nie ma do czegoś prawa, to i tak rzecznik prasowy Prezydenta nie ma prawa kwestionować wyroków Sądu Najwyższego. Nikt nie ma takiego prawa. Nikt nie jest, o ile mi wiadomo, władny, żeby w Polsce uchylić wyrok Sądu Najwyższego, choćby bezprawny.

Trybunał Konstytucyjny też za bardzo nie może się wypowiadać w kwestii prawa łaski. Artykuł Konstytucji stanowi tyle, że Prezydentowi przysługuje prawo łaski i że nie może on go zastosować tylko wobec skazanych przez Trybunał Stanu. Trudno zarzucić niekonstytucyjność artykułowi Konstytucji, a Trybunał Konstytucyjny zajmuje się właśnie badaniem zgodności aktów prawnych z Konstytucją. Według mojej wiedzy decyzja o przyznaniu prawa łaski nie jest aktem, badanie którego wchodzi w zakres kompetencji Trybunału Konstytucyjnego.

Na razie mamy więc tyle, że Sąd Najwyższy coś zawyrokował, może miał do tego prawo, może nie, ale niezależnie od tego, czy miał to prawo, czy nie, nie istnieje instancja, do której można się odwołać, żeby wyrok podważyć. Jeśli zaś tego prawa nie miał, to z kolei nikt nie ma prawa podważać prezydenckich aktów łaski. Proszę zauważyć: gdyby Prezydent ułaskawił człowieka skazanego przez Trybunał Stanu, byłoby to jawne pogwałcenie Konstytucji, która wprost tego zakazuje. Ale dokąd właściwie można byłoby iść zaprotestować w tej sprawie?

Całość rozbija się między innymi o pytanie, czy Prezydent może ułaskawić kogoś, kto w myśl prawa jest niewinny, ponieważ stoi wprawdzie przed sądem, ale nie ciąży na nim prawomocny wyrok skazujący? Dokładne brzmienie artykułu:


„Prezydent Rzeczypospolitej stosuje prawo łaski. Prawa łaski nie stosuje się do osób skazanych przez Trybunał Stanu.”

Niektórzy wywodzą, że nie, bo drugie zdanie wprost wskazuje, że stosuje się to prawo do osób skazanych, z wyłączeniem skazanych przez jeden, konkretny sąd. Moim zdaniem jest to pewna nadinterpretacja: nie bardzo wiadomo na przykład, dlaczego z bardzo konkretnie sformułowanego wyłączenia spod prawa łaski do ogólnego jego zastosowania miałaby się przenosić cecha „bycia skazanym”, a nie miałaby się przenosić cecha „bycia postawionym przed Trybunałem Stanu”. Sam jednakże uważam, że artykuł ten nie może być zastosowany zbyt dosłownie, ponieważ uniemożliwiłoby to Prezydentowi ułaskawienie człowieka skazanego przez sąd powszechny od wymierzonej przez ten sąd kary, gdyby ten człowiek był dodatkowo, za zupełnie inne przestępstwo, skazany przez Trybunał Stanu, a jestem pewien, że nie o to chodziło.

Nie chcę dalej brnąć w to bagno na prawniczym poziomie, bo nie jestem prawnikiem i usiłuję to ogarnąć zdrowym rozsądkiem normalnego człowieka, natomiast i w środowiskach prawniczych nie ma do końca jasności, kto właściwie i jak przekroczył swoje uprawnienia w tej sytuacji. Większość opinii, jakie można na ten temat przeczytać w Internecie, nic nie mówi o tym, co w tej sytuacji było zgodne z prawem, mówi za to dużo o sympatiach politycznych swoich autorów. I to tyle.


Natomiast moje wrażenie jest nieco innej natury: mamy w polskim prawodawstwie taki nieziemski pierdolnik, że głowa mała. Tutaj ujawnił się on w pełnej swojej krasie, kreując nierozwiązywalny spór kompetencyjny (na nasze, jako społeczeństwa, szczęście – w stosunkowo mało istotnej sprawie, bo świat się nie zawali od takiego czy innego rozstrzygnięcia w kwestii Kamińskiego).

Być może autorzy tego pierdolnika po prostu nie przewidzieli, że będzie on wykorzystywany przez taką januszerię, jaką stał się PiS po zdobyciu samodzielnej większości i jednoczesnym obsadzeniu fotela prezydenckiego. Bo przecież, pomijając materię samego zjawiska i kwestię skali, to, co PiS robi z Konstytucją, to wypisz wymaluj to samo, co robili klienci Lidla, gdy kupowali paczkę kabanosów, wpieprzali prawie wszystkie, po czym z okruszkiem ostatniego wracali do kasy żądając zwrotu pieniędzy, bo im nie smakowało. Ot, ktoś napisał zasady, licząc na to, że po drugiej stronie trafi na normalnych ludzi, bo zapomniał, że jest w Polsce: kraju bucerią i cebulą płynącym.

Tylko dziw bierze, że organizacje konsumenckie, które domagały się wówczas, żeby Lidl respektował konsekwencje niedoróbek w swoim regulaminie, nie stoją jakoś dziś po stronie PiS. Choć sytuacja jest, oczywiście, inna, bo za niedoróbki w prawodawstwie zapłacimy my wszyscy, ponieważ III Rzeczpospolita, w odróżnieniu od Lidla, nie jest firmą. Jest czymś znacznie gorszym: państwem.

A PiS to też nie jest odpowiednik konsumenta, bo też stoi teraz po stronie państwa, tocząc walkę z poprzednimi zarządcami. Jedyne podobieństwo jest takie, że rządzący też są niemiłosiernymi bucami i szukają kruczków pozwalających im robić to, na co mają ochotę, mimo pełnej świadomości, że nie to było intencją ustawodawcy. Bo, wbrew temu, co sądzą niektórzy, to nie są aż takie patentowane durnie, tylko całkiem cwane bestie. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby się w tej walce ci wszyscy politycy powyrzynali, gdyby chodziło o Lidla, bo w Lidlu nie muszę kupować tylko dlatego, że mieszkam w Warszawie.

Na marginesie: pokazuje to dość dobrze niebezpieczeństwa związane z nadmiernymi regulacjami, jeśli jednocześnie pozostawiają one pole do interpretacji. Zawsze znajdzie się jakiś troll, który będzie szukał miejsca, w którym litera prawa nakazuje zrobić coś sprzecznego ze zdrowym rozsądkiem, poczuciem sprawiedliwości i duchem prawa, i zawsze znajdzie, jeśli prawo nie będzie krótkie, oparte na common sense i nastawione na zmniejszenie roli legislatury na rzecz judykatury, jeśli chodzi o rozstrzyganie przypadków brzegowych.

Trudno, oczywiście, dziwić się Dudzie i PiS-owi, że wykorzystuje sytuację. Jeśli już ktoś w ogóle na taką skalę babrze się w takim gównie, jakim jest polska polityka, to na pewno nie po to, żeby wyjść z tego czystym, tylko po to, żeby coś z tego mieć. Znacznie więcej winy ponoszą tutaj moim zdaniem ludzie odpowiedzialni za to, że polskie prawo jest śmietnikiem, przy którym nawet mój osobisty twardy dysk stanowi estetyczny raj pedanta.

Oczywiście poza ułaskawianiem swoich i erystyką słowną PiS robi masę innych rzeczy, między innymi pisze ustawy. I wcale się od tego nie robi w prawie więcej porządku. Bo też PiS-owi wcale nie zależy na tym, żeby to posprzątać. I tutaj już można mieć im to za złe na całej linii (choć nadal nie należy się temu dziwić).


Tylko że, abstrahując od psioczenia na PiS, nadal trudno mi jakoś żałować, że wygrali wybory, bo żadna realna alternatywa nie wyglądała na taką, która chciałaby tego typu bałagan sprzątać. Bo po co? Kadencja trwa tylko cztery lata, a po nas choćby potop.

No nic, pogoda jest ładna, cieszmy się przynajmniej tym. Tego – na razie – nie umie zepsuć nawet PiS.

Do napisania, miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *