Dylemat etyczny

Dzień dobry.

NAP (Non-Aggression Principle, zasada nieagresji) to idea tak prosta, że aż budzi niesamowite kontrowersje. Mówi ona tyle, że nie wolno inicjować przemocy wobec drugiego człowieka, można jej użyć dopiero w ramach obrony przed doświadczaną przemocą.


Na tej idei jest zbudowany libertarianizm. To fundament.

Wydawać by się mogło, że w takim razie większość ludzi to libertarianie, ponieważ – pomijając jednostki patologiczne – ludzie co do zasady zgadzają się z powyższą tezą.

Diabeł tkwi w szczegółach. Deontologiczny libertarianin, jak ja, uważa zasadę nieagresji za fundament jakichkolwiek rozważań moralnych. Pierwszym pytaniem, jakie sobie zadaję, gdy mam ocenić etyczność jakiegoś postępowania, jest pytanie, czy postępowanie to łamie NAP. Odpowiedź pozytywna kończy rozważania odpowiedzią negatywną na pytanie wyjściowe.

Ale większość ludzi dopuszcza wyjątki od tej zasady. Nie jest ona fundamentem ich moralności. Traktują ją jak coś dobrego, może nawet jak fragment fundamentu, ale nie jak fundament.

Trudno wszystkich takich ludzi nazywać „libertarianami”. W ten sposób można byłoby tym mianem określić faszystę, a nawet socjalistę, ponieważ niezależnie od całokształtu swoich idei każdy z nich dopuszcza jakąś sytuację, w której zgadza się z zasadą nieagresji.

Ale można też znaleźć tam prawie libertarian, którzy w stosunkowo niewielkiej liczbie sytuacji brzegowych zgodziliby się na złamanie NAP. Stanisław Wójtowicz pisze:


większość ludzi posiada dwa zestawy intuicji moralnych: te dotyczące typowych sytuacji i te dotyczące sytuacji granicznych. Nie ma tu niespójności.

Ja też nie widzę tutaj niespójności, bo jeśli granica między sytuacją typową a sytuacją graniczną jest wyraźna, to tak naprawdę można to uznać za jedną, spójną moralność. Moralność, żeby była spójna, nie musi być w żaden sposób zunifikowana. Może być nawet dyskryminująca: system różnicujący dopuszczalne zachowania w zależności od koloru skóry człowieka, względem którego się ich dopuszczamy, to też jest jakiś system moralny, który może być spójny, a jeśli zastąpię kolor skóry człowieka gatunkiem istoty żywej, to właściwie otrzymuję cechę systemu moralnego każdego znanego mi człowieka. Nawet najtwardsi weganie godzą się na mordowanie bakterii w pewnych sytuacjach. Skoro można mieć różnice na tym poziomie, to można też mieć różnice na poziomie warunków zewnętrznych, w jakich aplikują się dane zestawy zasad moralnych.

Dla spójności ważne jest to, żeby człowiek mający dany system moralny umiał go opisać w taki sposób, żeby drugi człowiek na podstawie tego opisu bezbłędnie wskazał ocenę moralną sytuacji, której pierwszy człowiek nie przewidzi tworząc opis. Bo przecież dobry system moralny nie jest głównie po to, żeby retrospektywnie oceniać czyny własne i innych ludzi, ale po to, żeby wiedzieć, jak się zachować przyzwoicie w każdej nowej, zastanej sytuacji.

Tak czy inaczej, ze względu na przykład z faszystą i ze względu na to, że „prawie” jest wyjątkowo nieostrym sformułowaniem, wolę nie nazywać nieabsolutystów „prawie libertarianami”. Dla mnie są to deontologiczni (o ile system moralny naprawdę jest spójny) wyznawcy jakiegoś systemu moralnego, który ma większą lub mniejszą, niepustą część wspólną z systemem libertariańskim. Być może dla wielu ludzi ich wewnętrzny system nie ma nazwy i być może libertarianizm jest najbliższy ich systemowi spośród wszystkich nazwanych zestawów zasad moralnych.


Zapędziłem się, a nie o nazewnictwo mi chodzi. Chciałem Państwu zaprezentować dylemat etyczny, który niedawno przyszedł mi do głowy. Dylemat bazuje na powyższych rozważaniach i dotyczy złamania zasady nieagresji w sytuacji naprawdę granicznej, a mimo to wydaje się, że może być niezbyt łatwym orzechem do zgryzienia nie tylko dla zasadniczo libertariańskich nieabsolutystów, ale nawet dla nielibertarian. Oto sytuacja:

Do Ziemi zbliża się ogromna asteroida. Została wykryta rok przed kolizją: stanowczo za późno, żebyśmy byli w stanie zrobić cokolwiek, aby kolizji uniknąć lub sensownie zminimalizować jej skutki, bazując na obecnym stanie współczesnej nauki. Rozmiary asteroidy są na tyle duże, że w zgodnej opinii naukowców z dużym prawdopodobieństwem unicestwią ludzkość lub, w najlepszym wypadku, zredukują jej ogólnoświatową populację do kilku tysięcy osobników, po czym dalsze przetrwanie gatunku i tak będzie mocno nieoczywiste. Żadne sensowne plany awaryjne nie wchodzą w grę, ludzkość wydaje się mniej lub bardziej pogodzona z losem, ale pewnego dnia z jakiejś chatki wychodzi niepozorny człowiek w fartuchu i okularach i z jeszcze bardziej niepozornym działkiem w dłoni. Coś przy nim majstruje, odpala… po czym działko neutralizuje asteroidę, ratując planetę i ludzkość. A człowiek zamyka się w chatce, uciekając od nagród, sławy, splendoru, itd. – jak swego czasu Grigorij Perelman.

Ludzie dają mu w końcu spokój, bo na co jak na co, ale na spokój na pewno zasłużył, jeśli tylko akurat tego pragnie, tym bardziej, że nie można traktować jego czynu nawet w kategorii pokuty, ponieważ okazuje się, że człowiek nigdy nikomu nic złego nie zrobił. Ot, po prostu, przebłysk geniuszu pozwolił mu uratować całą ludzkość (w tym siebie), to skorzystał z możliwości.

Mija dziesięć lat, podczas których powszechna nauka nie posuwa się do przodu w kwestii radzenia sobie z tego typu asteroidami, po czym wykryta jest druga asteroida, toczka w toczkę podobna do pierwszej, również na kursie kolizyjnym. Wszyscy walą więc w te pędy do człowieka, który – jako jedyny na świecie – udowodnił był swego czasu, że wie, jak uratować ludzkość przed czymś takim. A tu zawód: człowiek odpowiada, że on ma to wszystko w nosie, zmiany, jakie ludzie poczynili na Ziemi w ciągu ostatnich dziesięciu lat, bardzo mu się nie podobają, w związku z tym jeśli ludzkość ma wyginąć, on nie będzie temu przeszkadzał. Sam też zginie, ale trudno, jemu nie zależy, a śmierć będzie szybka.

Być może gdzieś na świecie istnieje ktoś inny, kto potrafi powstrzymać taką asteroidę (być może nawet jest to ktoś, kto już dziesięć lat wcześniej miał identyczne podejście do ewentualnej anihilacji ludzkości, co ów człowiek teraz), ale tylko o tym jednym człowieku wiadomo, że potrafi to zrobić na pewno. Wiadomo, bo już to zrobił. Wszyscy, którzy oczekują, że zrobi to ponownie, żyją tylko dzięki jego uprzedniemu aktowi dobrej, niewymuszonej woli.

Biorąc to wszystko pod uwagę, pytanie brzmi:

Czy jeśli wszystkie łagodniejsze metody perswazji zawiodą, dopuszczalne jest nieludzkie torturowanie tego człowieka, żeby wyjawił sekret?

Proszę się zastanowić nad odpowiedzią.

Odpowiedź pozytywna oznacza, że dopuszczają Państwo sytuację, w której przyczyną zastosowania wobec kogoś tortur jest to, że ten ktoś zrobił wcześniej coś bardzo dobrego dla innych ludzi, choć wcale nie musiał. Proszę to zestawić ze swoją opinią moralną na temat torturowania na przykład morderców czy gwałcicieli. Albo z opinią na temat kary śmierci. I tak dalej. Nie mówię, że wyjdzie coś, z czym źle się Państwo poczują, albo coś niespójnego. Twierdzę, że może wyjść ciekawie.

Odpowiedź negatywna oznacza zaś, że (przynajmniej w pewnych sytuacjach) łamanie NAP nawet tylko w stosunku do pojedynczej jednostki jest dla Państwa niedopuszczalne, nawet jeśli na szali leży przetrwanie całej ludzkości. Proszę to z kolei zestawić z opinią na temat dopuszczalności łamania NAP, gdy sytuacja jest również graniczna, ale na szali leży znacznie mniej (np. człowiek broniący dostępu do własnego magazynu zawierającego odtrutkę, której pilnie potrzebuje tysiąc osób). Znów: może wyjdzie dobrze, może źle, ale warto się nad tym pochylić.


Jeśli chcą Państwo udzielić innej odpowiedzi, to proszę pomyśleć tak długo, aż uda się udzielić jednej z powyższych. Nie ma nic pomiędzy, a ja podałem wszystkie założenia i informacje, na podstawie których mogliby Państwo podjąć tę decyzję, gdyby taka sytuacja zaszła rzeczywiście.

Na koniec muszę się przyznać do oszustwa. Nazwałem tę sytuację „dylematem etycznym”, ale dla mnie nie stanowi ona żadnego dylematu. Na postawione pytanie odpowiadam stanowcze NIE i nie jest to odpowiedź, nad którą miałbym choćby ułamek sekundy zawahania.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

12 myśli nt. „Dylemat etyczny”

  1. Pierwsza, odruchowa odpowiedź na „dylemat”: nie!

    A próbując wczuć się bardziej w sytuację, zastanawiam się, czy nie uznałabym zachowania „naukowca” za łamiące NOP. Bądź co bądź, brak podjęcia jakiejś akcji (której podjęcie nic nie kosztuje i nie niesie żadnych skutków negatywnych dla tego człowieka*) jest też jakąś akcją, w tym przypadku prowadzącą do śmierci innych osób.

    * Jak długo uznajemy, że przeszkadzanie w próbie samobójczej (której towarzyszy masowe morderstwo – co też jest ważną okolicznością) jest naganne.

  2. Mam dwa zastrzeżenia do przedstawionej hipotetycznej sytuacji. Cały tydzień kombinuję, jak je zgrabnie ubrać w słowa i nie wiem, czy mi się ostatecznie to uda, ale spróbujmy…

    Na wstępie zaznaczę, że ja też stanowczo, automatycznie, bez sekundy zawahania na pytanie postawione w felietonie odpowiadam NIE. Tylko, że…

    1. Zawarty w felietonie komentarz do odpowiedzi pozytywnej próbuje od razu odpowiedzieć na pytanie o przyczynę torturowania – że powodem zastosowania tortur jest to, że ten człowiek (nazwijmy go roboczo Grigorij) zrobił coś dobrego. Choć może i da się to ująć w ten sposób, wydaje mi się, że to co najmniej „część prawdy”. Osobiście ująłbym tę decyzję tak: przyczyną dopuszczalności zastosowania tortur jest to, że od zastosowania tych tortur zależy przetrwanie całej ludzkości.
    Nie ma tu żadnego znaczenia, dlaczego doszło do takiej sytuacji – faktem jest, że na daną chwilę ludziom „skończyły się pomysły”, kolejny krok to już łamanie kości i obdzieranie ze skóry, a jeśli tego nie zrobimy, to wszyscy zginiemy.
    Inaczej mówiąc, można mieć spójny pogląd i odpowiadać TAK w takich sytuacjach:
    – Grigorij wynalazł działko niszczące asteroidy i nie chce się nim podzielić, a do ziemi zmierza asteroida,
    – Grigorij wycelował działko w Ziemię, ustawił licznik czasowy, zablokował go hasłem i powiedział, że nie zdradzi hasła,
    – do Ziemi zbliża się statek Obcych, którzy wysłali komunikat, że zniszczą planetę, chyba że Grigorij zostanie żywcem obdarty ze skóry.

    2. Drugi, większy (ale i przez to trudniejszy do przedstawienia i analizy) problem dotyczy przedstawionego scenariusza i jego konsekwencji dla ludzkości. Uderzenie wielkiej asteroidy w Ziemię to koniec świata. Game Over. Nie ma już cywilizacji, ludzkości. Asteroida wali w Ziemię, wszyscy lub prawie wszyscy giniemy, planetę spowija długotrwała zima, nie ma już cnót, NAP, libertarianizmu, może nawet niedobitki zjadają się nawzajem. Mam w związku z tym kilka uwag:
    – fakt, że tu i teraz, w ciepełku, przed komputerem, uważam torturowanie tego człowieka za niedopuszczalne, nie oznacza, że w obliczu śmierci własnej, swoich bliskich i sąsiadów oszalały nie obdzierałbym własnymi rękami tego faceta ze skóry;
    – nawet jeśli moja moralność wygrałaby nad instynktem przetrwania, nie wyobrażam sobie realnie sytuacji, w której ja sam (lub policja/wojsko) bronimy chatki Grigorija przed hordami żądnych krwi ludzi, nie podzielających tego samego spektrum moralnego.

    (Dygresja: swoją drogą, z w/w powodów, wydaje mi się, że Grigorij najmądrzej by zrobił strzelając sobie w łeb od razu po tym, jak tylko zostanie ogłoszone odkrycie drugiej asteroidy. W sumie nie wiadomo, czy nie byłoby wtedy i tak dla niego za późno – w końcu można się spodziewać, że trzy minuty po zniszczeniu pierwszej asteroidy do jego chatki zapukałoby wojsko, mniej lub bardziej grzecznie domagające się wydania tej technologii.)

    Wyobraźmy sobie teraz, w świetle powyższych nastrojów że pomimo że Skorpion, GM_Krzychu i jeszcze 4.76% ludzkości uznaje prawo człowieka z chatki do ukrycia broni, John Rambo jednak przedziera się do chatki, wyrywa Grigorijowi po jednym palcu, w końcu zdobywa działko, wychodzi i rozwala asteroidę. Uf, żyjemy.

    I co teraz?

    Żyjemy, ale nie powinniśmy. Jak ten stan moralnie ocenić? Możemy nawet się zgodzić na to, że Johna Rambo należy skazać na karę śmierci (pomimo nacisków ze strony różnych środowisk, żeby zamiast tego okrzyknąć go bohaterem), ale co z nami? Mamy otrzeć pot z czoła i żyć sobie wesoło dalej? Może w imię solidarności z torturowanym Grigorijem powinniśmy popełnić samobójstwo?

    A jeśli nie musimy strzelać sobie w łeb i należy się jednak cieszyć z tego, że przetrwaliśmy, to czy nie ma tu hipokryzji (a przynajmniej wygodnictwa) w mówieniu NIE WOLNO TORTUROWAĆ, skoro i tak prawie na pewno ktoś z Grigorija tą wiedzę wyciągnie? Złamie prawo, za karę go powiesimy, rączki czyste, nasza moralność nienaruszona, żyjemy dalej…?

    1. Nie zgadzam się na zrównanie etycznej oceny złego moralnie działania z faktem, ze korzystam z efektów takowego. Odpowiadać mogę tylko za czyny, których sam dokonuję. Idea, bym jakkolwiek odpowiadał za czyjś czyn, bo w jakiś sposób z niego korzystam jest absurdalna.

      i tak, takiego Rambo, w zależności od dokładnego charakteru naruszenia NAP należy ukarać. Jeśli pana Grzegorza torturował, to albo odszkodowanie dla pana G (wynegocjowane miedzy nimi), albo tortury na panie Rambo. jeśli „tylko” go okradł to też proporcjonalna kara etc.

      Nie rozumiem idei popełnienia samobójstwa w imię „solidarności” to jakiś chochoł słaby. generalnie nie jest libertariańskim (ani w ogóle sensownym) karanie osób trzecich, więc tego typu próby wyśmiania nieistniejących argumentów to kula w płot.

    2. Bonusowo eksperyment myślowy:

      Janusz Wójciak, znany mizantrop, żyje ascetycznie i odkłada pieniądze na zakup uranu od Czeczenów celem zbudowania bomby atomowej, którą planuje wysadzić w centrum Warszawy. Jako ze jest nieufny, pieniądze trzyma w materacu w swojej kawalerce (aby jak najszybciej odłożyć wymaganą sumę, żyje w spartańskich warunkach). Gdy uzbierał już wymaganą sumę i właśnie finalizuje transakcję (ze względów bezpieczeństwa dzwoni z budki telefonicznej „na mieście”) Jan Paweł T., średnio udany polityk podpala cały budynek, paląc przy tym bajońskie sumy przetrzymywane przez Janusza w materacu. Czy jeśi sprzeciwiamy się podpaleniom budynków to by być konsekwentnym powinniśmy wysadzić Warszawę w powietrze?

  3. Janusz Wójciak:

    Ja też absolutnie nie pochwalam idei samobójstwa w imię solidarności, chodziło mi o przedstawienie pewnego tematu do dyskusji. Bardziej chciałem zwrócić uwagę na pewien paradoks i dylemat, który powstaje i który chciałbym, żeby ktoś spróbował logicznie wytłumaczyć:

    Jak pogodzić (jak to sobie wewnętrznie wytłumaczyć, że wszystko jest OK), że sprzeciwiam się torturowaniu, jednocześnie korzystam z owoców tego torturowania, oraz skazuję na śmierć lub tortury sprawcę tortur? Warto mieć na uwadze, że rozmawiamy o scenariuszach naprawdę skrajnych i pojawia się tu pewne „zapętlenie” – gdyby Rambo po prostu torturował dla zabawy i nie zniszczył asteroidy, nie byłoby dla niego żadnej kary za tortury – bo nie byłoby komu karać. Z kolei jeśli asteroidę zniszczy, do jego karania przystępuje ten sam system, który właśnie sam uratował przed unicestwieniem…

    Nie mówię, że to jest wielki etyczny dylemat godny samego Platona, po prostu wydaje mi się, że odpowiedź nie musi być oczywista – przynajmniej dla mnie nie jest, a chciałbym, żeby mi ktoś wytłumaczył pogląd odwrotny.

    Pozdrawiam 🙂

    1. To może na przykładzie.

      Załóżmy (oby nigdy tak się nie stało), że ktoś z Twoich bliskich jest ciężko chory i potrzebuje pomocy medycznej teraz, bo za rok będzie za późno. Decyzję masz podjąć Ty. Problemu nie ma, bo akurat od niedawna wiemy, jak mu pomóc.

      Ale zanim podpiszesz papier, dowiadujesz się, że prawdopodobnie musielibyśmy jeszcze dziesięć lat czekać na możliwość uratowania tej osoby, gdyby nie wiedza, którą ludzkość dysponuje tylko dzięki eksperymentom doktora Mengele.

      Jaka jest Twoja decyzja, jak się z nią moralnie czujesz i dlaczego?

  4. Spodziewałem się, że padnie argument o doktorze Mengele, ale z jednego prostego względu uważam, że ten przykład nie pasuje.

    W przedmiotowej sprawie: bez chwili zawahania korzystam z tej pomocy medycznej, a jej „mengelowate” pochodzenie nie stanowi dla mnie żadnej przeszkody.

    Myślę tak dlatego, że nikt nigdy nie zapytał mnie o zajęcie stanowiska w sprawie badań doktora Mengele wtedy, gdy to stanowisko mogło mieć znaczenie!

    Do tego „męczącego mnie logicznie” paradoksu mogłoby dojść w sytuacji, gdyby był rok 1940, miałbym dwie śmiertelnie chore córki bliźniaczki i wiedziałbym, że aktualnie prowadzone przez doktora Mengele są na etapie bycia blisko odkrycia terapii dającej moim dzieciom szansę przeżycia. Wtedy:

    – mogę wewnętrznie czuć obrzydzenie i na głos mówić, że badania doktora Mengele są nieetyczne,
    – mogę wewnętrznie się cieszyć, że doktor Mengele doprowadził badania do końca i moje córki żyją.

    Dodatkowego smaczku do tego dylematu – jak ocenić, czy wszystko jest moralnie OK w każdym aspekcie – dołożyłby fakt, gdyby te moje dwie córki bliźniaczki były sędziami w procesach norymberskich (gdyby Mengele udało się złapać przed ucieczką do Argentyny).

  5. Wróć, „dodatkowy smaczek” lepszy byłby w takiej postaci: gdyby moje dwie córki były detektywami, które złapałyby doktora Mengele i doprowadziły do Norymbergi.

    A jeszcze ciekawiej, gdyby Mengele wiedział,że mam dwie umierające córki bliźniaczki z naturalnym, wrodzonym talentem do tropienia ukrywających się nazistów – i mimo to kontynuował badania.

  6. Moim zdaniem przyczyną, dla której ktoś miałby się zdecydować na torturowanie Grigorija, nie jest fakt, że raz Grigorij był uprzejmy usunąć zagrożenie.

    Weźmy taką modyfikację. Cofamy się do 1. asteroidy. Grigorij wychodzi z chatki, demonstruje działko, po czym mówi, że ma ludzkość w głębokim poważaniu i działka nie odpali. Do tego jest na tyle złośliwy, że technologię publikuje; naukowcy ją analizują i mówią, że drugie takie działko da się zbudować w zaledwie 30 dni i na 100% rozwali ono zagrożenie. Ale, trzeba trafu, trafienie nastąpi za dni 3. I co, wtedy ten dylemat nie powstanie? Ano powstanie. Czyli problem polega na tym, że gość ma coś, czego nie chce dać tym, którzy tego cholernie chcą.

    W systemie, który sobie w głowie kształtuję, funkcjonuje rozwiązanie tego problemu. Ba, nie trzeba nic specjalnie wymyślać!

    Kiedyś na JoeMonster pisałem o wariancie podatku napoleońskiego. W skrócie – płacisz co miesiąc czy co rok stałą stawkę procentową od deklarowanej wartości aktywów. Wartość tę – globalnie, czy w podziale na składniki – według własnego uznania – wprowadzasz do systemu komputerowego. Możesz ją zmienić w każdej chwili ze skutkiem od następnego dnia roboczego. Przykładowo, masz mieszkanie, uznajesz, że jest warte 200.000 PLN. Tak deklarujesz i od takiej wartości płacisz podatek. Jutro możesz uznać, że jest ono warte 300.000 PLN; zatem klikasz, zmieniasz, płacisz podatek o połowę wyższy.

    Jednakże deklarując wartość mieszkania na 200.000 składasz państwu ofertę odkupienia go za właśnie 200.000. Może zatem przyjść komornik, ogłosić licytację. Jak dostanie 250.000 – oddaje Ci 200.000, 50.000 po potrąceniu kosztów i swojej prowizji oddaje państwu. Jak nie osiągnie 200.000 – jesteś zwolniony od podatku od tego aktywa przez kolejne, dajmy na to, 5 lat, za to taki nadgorliwy komornik płaci tę kwotę za Ciebie.

    No, to teraz pytanie: jaką wartość działka zadeklaruje Grigorij i czy ludzie, którzy chcą przeżyć, zdążą zebrać odpowiednią kasę na licytację?

  7. Peppone – w Twoim systemie jest dla mnie niejasna jedna rzecz: kiedy, w jakiej wysokości (i dlaczego) płacony jest podatek napoleoński po zmianie wartości rzeczy w systemie komputerowym?

    Mam mieszkanie warte 200.000 i 15 marca kliknę w systemie, że jest warte 300.000. Przy założeniu naliczania podatku co miesiąc albo co rok, przez pewien czas (np. do końca marca) mieszkanie jest „warte” sto tysięcy złotych więcej niejako za darmo?

    Czyli możliwe jest że Grigorij, dopóki siedzi w chatce, wycenia swoje aktywa „rozsądnie” (żeby nikt mu chatki nie wykupił), dzień przed coming-outem ustawia w systemie wartość swoich aktywów na tryliard złotych i pokazuje światu. Nikt raczej tej kwoty nie zbierze 🙂

    Rozwiązaniem byłoby raczej coś w stylu zasady, że za nową wartość aktywów należy opłacić podatek z góry, w dowolnej długości. Nieopłacony podatek oznacza wartość ‚niezdefiniowaną’ i ustawowy procent (np. 5%) od dowolnej sprzedaży dla komornika (bez ceny minimalnej): zapomniałem opłacić podatek za mieszkanie, które wyceniałem na 200.000, przychodzi więc komornik, po licytacji sprzedaje je za 120.000, bierze dla siebie 5%, a reszta trafia do mnie.

  8. Istotnie, tego nie dopisałem. Różnicę podatku dopłaca się w momencie zmiany wartości. Przelew idzie jeden dzień; jeżeli następnego dnia nie ma kasy na koncie skarbówki – wkracza komornik.
    Jeżeli zmienisz wartość w dół i masz „nadpłatę” podatku za część roku – klikasz pole wyboru z pomiędzy ”oddajcie natychmiast kasę, *(^*#&#!!” i „zaliczcie mi to na poczet podatku na kolejny rok”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *