Dzień Zwycięstwa

Dobry wieczór.

Dziś dziewiąty maja. Dobra okazja, żeby powspominać okrągłą rocznicę Dnia Zwycięstwa.


Tak, dobrze Państwo przeczytali: okrągłą. Nie świętuję Narodowego Święta Zwycięstwa i Wolności, które może i miało coś wspólnego ze zwycięstwem, ale na pewno nie było ono narodowe, bo obejmowało swoim zasięgiem cały Blok Wschodni. Blok socjalistyczny, dodajmy, nie mogło więc też mieć nic wspólnego z wolnością. Hitleryzm został pokonany, natomiast chichot historii polega na tym, że jako Dzień Zwycięstwa świętowano to w państwach, w których jedną czerwoną zarazę zastąpiono inną. Nie ma czego świętować.

Oczywiście zupełnie poza dyskusją jest świętowanie Dnia Unii Europejskiej. Zresztą wypadałoby się zdecydować: albo wiwatujemy na pamiątkę obalenia tyrana, który m. in. ograniczał prawo ludzi do palenia tytoniu dla ich własnego dobra, albo cieszymy się na pamiątkę powstania tworu, który m. in. ogranicza prawo ludzi do palenia tytoniu dla ich własnego dobra. Łączenie jednego z drugim jest ciutkę schizofreniczne, no chyba że ktoś po prostu lubi sobie poświętować, a co, to już kwestia wtórna.

Godna świętowania jest za to okrągła, 220. rocznica publicznego powieszenia czterech przywódców konfederacji targowickiej: Józefa Ankwicza, Józefa Kazimierza Kossakowskiego, Piotra Ożarowskiego i Józefa Zabiełły.

W zasadzie zdrajcy ci powinni zostać skazani dodatkowo na infamię. Tak się jednak nie stało i z uwagi na rozwój technologii informatycznych nigdy to nie nastąpi. Dlatego ku przestrodze warto sobie trochę o nich poczytać, co postanowiłem Państwu ułatwić, podając powyżej linki. Tym bardziej, że nie chcę Państwa zanudzać powtarzaniem materiału z lekcji historii: tegoroczni maturzyści mają powtórek powyżej uszu, przyszli jeszcze zdążą, a byli maturzyści dzielą się na tych, którym ta wiedza nie jest potrzebna i na tych, którzy ją mają w znacznie większym zakresie niż niżej podpisany. Krótki, bardzo uproszczony rys historyczny, może się jednak przydać.

W 1525 roku miał miejsce słynny Hołd pruski. Państwo polskie mogło było zlikwidować wówczas zaodrzańskie zagrożenie raz na zawsze, bo to my dyktowaliśmy wtedy warunki, i państwo polskie powinno było to zrobić. Tak się nie stało, czego skutki odczuwamy do dziś. Potem nasze państwo zostało trochę „podgryzione” podczas Potopu szwedzkiego, mimo to zdołało utrzymać hegemonię w Europie Środkowej i napsuć sporo krwi, zwłaszcza osmańskiej. I oto nagle wiek po wiktoriach Jana Sobieskiego Rzeczpospolita Polska jest słabeuszem, niezdolnym przeciwstawić się imperialnym zakusom sąsiadów.

A czym przez ten cały okres różniło się nasze państwo od państw ościennych? Odpowiedź jest prosta: ustrojem. Wszędzie panowały monarchie, ale o ile monarchia pruska, rosyjska czy szwedzka były dziedziczne, o tyle nasza była elekcyjna. Koniec dynastii Jagiellonów zapoczątkował powolny, ale nieubłagany proces demokratyzacji i degrengolady państwa. Nie ma w tym nic dziwnego: skoro władcę wybierali płatnicy podatków, to grabie stopniowo coraz silniej zaczynały grabić do siebie. Państwo tak rządzone coraz mniej skupiało się na tym, żeby być silnym państwem w bogatym kraju, a coraz bardziej na tym, żeby rządząca kasta napasła się wspólnym kosztem. A u sąsiadów było odwrotnie.

Warto o powyższym pamiętać, zwłaszcza w kontekście tego, co dzisiaj wyprawia się w tak zwanym cywilizowanym świecie. Warto również, zwłaszcza w dniu tak godnej rocznicy, uświadomić sobie, jakie zdobycze cywilizacyjne zdołały mimo demokratyzacji przetrwać w I Rzeczpospolitej. Trzeba to zrobić, bo do dziś cała masa tych zdobyczy została zaprzepaszczona.


Pojęcie zdrady i zdrajcy

Ktoś, kto mając prawo decydowania o losach państwa, w imię własnych korzyści skazywał to państwo na skutki szkodliwych decyzji (zwłaszcza na utratę suwerenności), był nazywany po imieniu: zdrajcą. Przecież ci posłowie, poza może nielicznymi wyjątkami, nie godzili się na akcesję Rzeczypospolitej do silniejszych i większych tworów po to, żeby państwo czy też mieszkający w nim ludzie mieli z tego jakieś korzyści. Godzili się dla korzyści własnych: majątkowych (przekupstwo) lub osobistych (zdjęcie z siebie groźby pozbawienia życia przez żołnierzy zaborców).

Oczywiście, abstrahując od oceny moralnej, stanowili oni elitę intelektualną kraju i byli wykształceni znacznie powyżej przeciętnej. Gdyby bardzo tego potrzebowali, na pewno nie mieliby problemu z retoryką, która tłumaczyłaby prostym ludziom, jak bardzo im się poprawi od przejścia pod panowanie Katarzyny Wielkiej. Pewnie nawet nie potrzebowaliby takiej pomocy medialnej, jak przy okazji Traktatu Reformującego parafowanego w imieniu III Rzeczpospolitej przez Lecha Kaczyńskiego.

Konstytucja 3 Maja

Przed jej podpisaniem Rzeczpospolita Polska, a właściwie to, co z niej zostało, była monarchią fasadową. Konstytucja umacniała rolę króla i był to jeden z pretekstów, pod jakimi targowiczanie zawiązali konfederację.

Nawiasem mówiąc, pretekstem do całej konfederacji była właśnie Konstytucja 3 Maja, a ściślej: to, że konfederaci uznali sposób jej uchwalenia za zamach stanu. Jest to bardzo poważne oskarżenie, ponieważ o ile można twierdzić, że rzeczywiście był to zamach stanu de facto, to jednak na pewno nim nie był de iure.


Kara śmierci

Dla normalnego człowieka jest oczywiste, że karą za najgorsze zbrodnie, jak morderstwo czy zdrada Ojczyzny, powinna być śmierć. Dziś czasy mamy takie, że łatwiej skazać na śmierć niewinnego chorego niż seryjnego mordercę; wystarczy, żeby ten niewinny chory miał zdiagnozowaną ciężką chorobę zanim zdąży się urodzić.

Publiczne wymierzenie kary

Jeśli kara powinna mieć funkcję odstraszającą (a moim zdaniem powinna: nie mam ochoty wchodzić w spór, jaka jest główna funkcja kary, natomiast funkcję odstraszającą uważam za pożyteczną i dlatego lepiej jeśli ma niż nie ma), to publiczne jej wymierzenie jest bardzo dobrym środkiem do tego celu. Ma też tę dodatkową zaletę, że w ten sposób da się wymierzać tylko niektóre rodzaje kar, z których większość należy do owego zaprzepaszczonego dorobku cywilizacyjnego I Rzeczypospolitej, o którym pisałem: powieszenie, chłosta, pręgierz, itd.

Powieszenie Józefa Ankwicza

To zasługuje na osobną wzmiankę, chociaż nie jest stricte osiągnięciem cywilizacyjnym: po prostu został powieszony jako jeden z konfederatów skazanych przez Sąd Kryminalny Księstwa Mazowieckiego. Na liście jego ciężkich przewinień znajduje się jednak przynajmniej jeszcze jedna rzecz. Jestem przekonany, że więcej Państwa zetknęło się z uwspółcześnioną wersją jego „myśli”, a nawet jej użyło, niż kojarzy nazwisko z autorstwem.

Jak pisze Henryk Schmitt w „Dziejach Polski XVIII i XIX wieku„:

 Raczyński zaś mniemał, że możnaby wysłuchać w milczeniu odczytania projektu ratyfikacyi, ale i na to nie chciano przystać. Wtedy dopiéro, gdy Rautenfeld oświadczył królowi, że każe wejść wojsku do sali, jeżeli opór dłużéj trwać będzie, nastąpiło głuche milczenie, wśród którego odczytano ów projekt. Marszałek pytał trzykrotnie o zgodę, lecz nikt nie odpowiadał, co Ankwicz wytłumaczył jako przyzwolenie.

(pisownia oryginalna)

Niesławnej pamięci powiedzonko Józefa Ankwicza, że milczenie jest znakiem zgody, przypieczętowało los Rzeczypospolitej. Nie oznacza to jednak, że przestało zbierać żniwo. Do dziś inspiruje rozmaitych bałwanów do retoryki, zgodnie z którą nawet najdotkliwsze regulacje, podatki, koncesje, obostrzenia i zwykłe uprzykrzanie ludziom codziennego życia przez państwo nie narusza ich wolności, dopóki mają oni prawo emigrować, bo skoro mają prawo, to przez ich bezczynność można domniemywać, że przyjmują oni na siebie te wszystkie nakazy i zakazy dobrowolnie.

Z tego właśnie powodu fakt publicznego powieszenia konkretnie Ankwicza należy potraktować jak wartościowy fragment dziedzictwa, jeśli nie cywilizacyjnego, to chociaż historycznego i kulturowego.

Podsumowanie

Powieszenie targowiczan to znakomity powód, żeby świętować 9 maja jako Dzień Zwycięstwa. Zwycięstwa krótkotrwałego wprawdzie, ale bardzo wartościowego, bo odniesionego nad zdradą, korupcją i małostkową interesownością ludzi u władzy. Bardzo ważne jest to połączenie w ostatnim zarzucie: zasługująca na potępienie jest małostkowość ludzi u władzy i interesowność ludzi u władzy, a nie małostkowość i interesowność sensu stricto. Jest to piękna karta w dość tragicznej historii Rzeczypospolitej drugiej połowy XVIII wieku i pamięć o tym zdarzeniu warto czcić i kultywować.

Kto wie, może nawet jakieś grupy rekonstruktorskie pokuszą się o coroczny spektakl na wzór spotkań na polach Grunwaldu? Rzutki scenarzysta czy reżyser mógłby nawet to sensownie technologicznie i kulturowo uwspółcześnić. Obejrzenie takiego przedstawienia z okien Belwederu czy Parlamentu miałoby szansę dać trochę do myślenia ludziom, od których zależy dziś los III Rzeczypospolitej.


Tym bardziej, że historia lubi się powtarzać. Co prawda Karol Marks twierdził, że jako farsa, sądzę jednak, że w przypadku takiego déjà vu współczesnym targowiczanom mogłoby wcale nie być do śmiechu.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

P.S. Historia nie jest i nigdy nie była moją najmocniejszą stroną. Dołożyłem starań, żeby notka zgadzała się z faktami, jeśli jednak coś merytorycznie pokręciłem, to z góry najmocniej przepraszam i proszę o bezlitosne rozprawienie się z moimi dyrdymałami w komentarzach, najchętniej z podaniem źródeł. Chętnie się dokształcę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *