Ekoprzesada

Dobry wieczór.

Na początek najważniejsze: proszę o głosy w konkursie na Blog Roku. SMS o treści D11216 pod numer 7124 (koszt: 1,23 zł z VAT). Dla Was to małe piwo, ale dla idei wolnościowej, którą szerzę, szansa na wypromowanie się. Głosowanie trwa do 1 marca, więc w ramach swoich wpisów poproszę o to tylko ten jeden raz w tej edycji.


O tym, że wprowadzanie ekologicznych regulacji do ustaw jest zwykle nielibertariańskie, przekonywać nikogo na tym blogu raczej nie trzeba. Niekiedy nieekologiczne działanie da się podpiąć pod agresję, zarówno to faktycznie występujące, jak trucie powietrza, jak i to akademickie, jak gotowanie zupy w jeziorze.

Nie ma też raczej wątpliwości, że dyktowany ekologicznymi uzasadnieniami zakaz budowy np. autostrady przez Rospudę libertariański nie był, co uwidoczniło się zwłaszcza w momencie, gdy stopniowe luzowanie żądań ekologów korelowało z pieniędzmi przekazywanymi na konta reprezentowanych przez nie organizacji. A już człowiek-ekolog-socjalista to kompletnie hipokrytyczna hybryda która potrafi wrzeszczeć, żeby nie drukować tego, czego nie muszę, wręczać mi ulotki (sic!) zachęcające do zaniechania drukowania, ale jednocześnie kazać sprzedawcy drukować paragon, gdy żaden z nas go nie potrzebuje i nie jest realne, żeby miał z niego pożytek ktokolwiek inny (w odróżnieniu od reklamówki, której jednak mam nie dostawać za darmo, nawet jeśli ja jej chcę i potrzebuję, a sprzedawca chce mi ją dać).

Bo reklamówki się długo rozkładają i zanieczyszczają środowisko.

O, właśnie o tym chciałem dziś napisać.

Słyszeliście może o bakteriach, które odżywiają się odpadami nuklearnymi? Ja słyszałem (i to nie tylko w źródle typu onet, ale i w popularnonaukowej książce „Krótka historia prawie wszystkiego” Billa Brysona, napisanej zresztą kilkanaście lat wcześniej niż cytowany artykuł). Ostatnio naukowcy odnaleźli nawet bakterie jedzące prąd. Niby nie powinno to nas dziwić, gdy zdamy sobie sprawę, że my, ludzie – a także wiele obserwowanych przez nas żywych istot – jemy i oddychamy tylko po to, żeby w procesie spalania pożywienia z udziałem atmosferycznego tlenu dostarczyć naszym organizmom niezbędnej do funkcjonowania energii. Ale jednak dziwi.


Prawda jest jednak taka, że bakterie jako królestwo to ekstremofile wśród ekstremofili. Trudno sobie wyobrazić środowisko, w którym nie byłyby w stanie przetrwać, albo warunki, do których nie byłyby w stanie się przystosować. Osobiście sądzę, że żyją one sobie na innych niż Ziemia ciałach niebieskich Układu Słonecznego, przynajmniej na tych, na których wylądowały stworzone przez człowieka maszyny lub ich części.

(Niekoniecznie ziemskie maszyny muszą być źródłem tych bakterii; gdy na Ziemi cyjanobakterie „wynalazły” fotosyntezę i zaczęły w wyniku tego produkować tlen, początkowo nie odkładał się on w atmosferze, lecz łączył się z wszechobecnym żelazem, przez co przez miliony lat nasza Ziemia dosłownie rdzewiała. Nie jest wykluczone, że dokładnie taki proces lub coś bardzo do niego podobnego odpowiada za czerwoną powierzchnię Marsa – to, co wiemy, to że za ten kolor odpowiada właśnie duża ilość tlenków żelaza na powierzchni „Czerwonej Planety”).

Trudno więc sobie wyobrazić, że nie poradziłyby sobie z folią.

Ekologowie, rzecz jasna, starają się nie tylko straszyć opowieściami rodem z bajek dla niegrzecznych dzieci, ale przedstawiają konkretne wyliczenia, ile czasu zajmuje rozkład jakiej substancji w jakich warunkach. Tylko problem polega na tym, że biorą do tego tempo, jakie obserwują dzisiaj.


Reklamówka wyrzucona w lesie rozkłada się bardzo powoli, ponieważ jest sztucznym tworem człowieka i żywe organizmy nie zdołały wyewoluować zdolności przyswajania jej jako pożywienia. Bakterie ewoluują wystarczająco szybko, żeby potrafić to zrobić, ale nie czują takiej potrzeby, bo ta wyrzucona reklamówka nie powoduje niedostatku dotychczasowego pożywienia – stąd zajmują się nią bardzo nieliczne osobniki. Jednak gdyby apokaliptyczne wizje ekologów dotyczące tego, co ludzkość zrobi z lasami (a także: dnami oceanów i mórz, etc.) miały się sprawdzić, to sytuacja zmieniłaby się w sposób wymagający natychmiastowej reakcji przystosowawczej, i jestem przekonany, że reklamówki rozkładałyby się znacznie szybciej. Właśnie dlatego, że bakterie wyewoluowałyby szybciej w kierunku mutacji żywiących się reklamówkami.

Natura dojdzie do stanu równowagi, a z pomocą bakterii zrobi to raczej szybciej niż wolniej.

Problem jest inny: czy te zmiany nie zaszkodziłyby ludziom lub roślinom i zwierzętom, od których zależymy? To, oczywiście, nieco niepokojące pytanie: nasza ewolucja zachodzi znacznie wolniej, bo u nas różnica pokolenia oznacza dwadzieścia lat (a nie niecałe dziesięć minut, jak u najszybszych bakterii). Ale wydaje mi się, że przeceniamy w tym momencie zdolność człowieka do zmiany warunków środowiskowych.

Jestem skłonny uwierzyć w to, że gatunek homo sapiens potrafiłby zaśmiecić w ciągu kilkuset lat większość lasów świata reklamówkami, zgoda. Pewnie powymierałaby od tego lądowa zwierzyna leśna i część roślin z runa leśnego, może nawet drzewa, choć raczej nie wszystkie. Mimo wszystko to byłoby dla nas groźne.

Ale gdybyśmy te wszystkie reklamówki (a także odpady nuklearne i inne śmieci) po prostu wrzucili do Pacyfiku czy Atlantyku w losowym miejscu o głębokości co najmniej 2-3 kilometrów, to po prostu nie ma siły, żebyśmy zaszkodzili sobie lub jakiemukolwiek ekosystemowi, od którego w wyraźnym stopniu zależy jakość naszej egzystencji. Nie przy łącznej objętości ziemskich oceanów i nie przy szybkości, z jaką bakterie potrafią ewoluować (a przy dnie oceanu też  żyją bakterie, zgadnijcie, co się z nimi stanie, gdy w jakieś miejsce trafi nagle kilka milionów ton radioaktywnego złomu).

Owszem, to się może skończyć źle dla dużych stworzeń morskich (przez „duże” rozumiem tu duże w stosunku do bakterii, widoczność gołym ludzkim okiem wystarcza), które mogą się tym zatruć, udławić, rozciąć sobie żyły, albo – w zależności od rozmiaru – utknąć wewnątrz jak w pułapce i umrzeć z głodu. Ale nie ma mowy o jakimkolwiek cieniu zagrożenia w skali całej planety.

Dlatego tego, czym straszą ekologowie, można nie tyle wsadzić między bajki, bo co do zasady mają nieco racji, ile spokojnie podzielić przez kilkaset, po czym nagle okazuje się, że strachy są mocno na wyrost.

To oczywiście nie oznacza, że powinniśmy śmiecić czym popadnie i gdzie popadnie. Oznacza to tyle, że nie powinniśmy popadać w paranoję pedantyzmu na skalę planetarną i dawać się ponieść szaroburym, apokaliptycznym wizjom pozbawionych roślinności technoświatów przyszłości. A na co dzień: nie powinniśmy wsadzać do pierdla albo okradać, pardon: nakładać mandatu na człowieka za to, że wyrzuci sobie peta na chodnik (dopóki, oczywiście, nie nastanie libertariański ład i wszystkie chodniki będą prywatne, bo wtedy raczej mało który właściciel będzie chciał pety u siebie).


Produktywność, jaką marnujemy na wszystkie proekologiczne zachowania, mogłaby z dużo lepszym efektem być wykorzystana na poprawę jakości naszego życia. Albo przynajmniej na rozwój technologii która umożliwi łagodzenie skutków ekologicznych naszego śmiecenia. W warunkach wolności i braku regulacji ludzie pracują efektywniej. Po prostu.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Aha, i jeszcze jedno: wspomniałem o głosowaniu na mój blog? 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *