Fajnizm

Dobry wieczór.

Ostatnio poznałem słówko: „fajnizm”. Człowiekowi chodziło o to, że on chciałby, żeby generalnie było fajnie, i na tej podstawie zbudował ideologię zahaczającą o politykę. Dziwił się, że był za to atakowany, bo przecież generalnie dobrze, jeśli jest raczej fajnie niż niefajnie, prawda?


Od razu się z tym zgodziłem, aczkolwiek przyznam, że nie od razu do mnie dotarła powaga tego w gruncie rzeczy dość lekkiego stwierdzenia.

Tymczasem pamiętam, że odkąd pojąłem, iż państwo, o ile w ogóle istnieje, jest narzędziem, i to narzędziem stworzonym przez ludzi i dla ludzi, a polityka jest niczym innym jak obsługą tego narzędzia, to konsekwentnie polityka też jest, a przynajmniej powinna być, dla ludzi.

I co do tego panuje zadziwiająco duża zgodność. Zwolennik Partii Razem nie zgodzi się ze zwolennikiem Partii KORWiN w kwestii tego, jak należy to narzędzie dla ludzi obsługiwać. Ale na najbardziej fundamentalnym poziomie przyznają, że należy je obsługiwać dla ludzi. To samo powiedzą przedstawiciele innych partii. Mogą różnie pojmować, co to oznacza, ale cel (przynajmniej na poziomie werbalnym) będą mieli podobny.

W takim razie dlaczego politykę tak często uprawia się nie dla, a przeciwko ludziom?

To jest fenomen, którego nie mogłem przede wszystkim docenić, nie mówiąc o jego pojęciu. Bez przerwy przegrywałem wszystkie wybory: czy głosowałem, czy nie głosowałem, czy nie miałem nawet prawa głosować, nigdy nie wygrywała opcja, która najbardziej by mi odpowiadała, a nawet prawie nigdy nie mogłem zadowolić się najmniejszym złem spośród realnych wyników. Nawet zdążyłem się przyzwyczaić do tego, że jako reprezentant bardzo mniejszościowych poglądów jestem na taki los w różnych odłamach demokracji skazany.

Ale nie mogłem i nadal nie mogę przejść do porządku dziennego nad tym, z jaką lubością moi przeciwnicy polityczni (niekiedy nawet ci, którzy też w danych wyborach okazywali się przegranymi) kopali mnie jako leżącego. I to wcale nie było przyjemne. Pamiętam, że marzyłem o chwili, kiedy na własnej skórze przekonają się o niesłuszności swoich wyborów, albo o takiej, kiedy wahadło się odchyli w drugą stronę i moja opcja wygra. Syciłem swoją wyobraźnię mściwą satysfakcją, ale na dłuższą metę to też nie było przyjemne. Wydawało mi się, że głównie dlatego, że źródłem tych przemyśleń była bezsilna złość.

Ale dzisiaj nauczyłem się czegoś nowego o sobie. Nauczyłem się, jak reaguję w zupełnie nowej i nieznanej mi wcześniej sytuacji, kiedy w głosowaniu, które uważam za ważne, wygrywa opcja, której nie traktuję w kategoriach najmniejszego zła: wygrywa opcja, którą uważam po prostu za najlepszą z dostępnych.

To nic, że tylko z dwóch. To nic, że nie miałem prawa głosować.

Wygrywa opcja, którą uważam za optymalną. Czuję się zwycięzcą wyborów.

Mowa, oczywiście, o Breksicie („Brexicie”? Żadna z tych pisowni nie kaleczy polskich norm językowych, ale obie kaleczą moje oczy). Nie wiem, jakie będą jego skutki. Nie wiem, czy zyskam na nim ja osobiście, moja rodzina, moi przyjaciele, Polska, Wielka Brytania, Europa, świat. Wiem, że jako libertarianin, anarchokapitalista, antysystemowiec i antypaństwowiec popieram wszystko, co godzi w Unię Europejską, przynajmniej w jej obecnej formie, niewiele mającej wspólnego z realizacją idei Schumana.

Tymczasem nawet na prawoskrętnym portalu JoeMonster.org wynik referendum ludzi smuci i napawa lękiem. Wielu moich znajomych odczuwa podobnie, co widziałem na ścianie facebookowej. Niedawno poznany przeze mnie człowiek, wzór kultury osobistej, po raz pierwszy przy tej okazji został przeze mnie przyłapany na publicznym użyciu wulgaryzmu.

I w tym momencie odkryłem, że mógłbym teraz ja się nad nimi popastwić tak, jak pastwiono się nade mną, gdy KORWiN brakowało 0,24% do wejścia do Sejmu, ale to też wcale nie byłoby przyjemne. Również zapowiedzi unioentuzjastów, że teraz zwolennicy rozwalenia Unii Europejskiej przekonają się o zawodności swoich tez, nie są przyjemne, nawet jeśli wiem, że są wyrazem bezsilnej złości moich przeciwników.


Brexit będzie procesem rozłożonym na lata, nie można przewidzieć, jakie będą jego efekty. Może nie ziścić się żaden ze scenariuszy. Ale to, że ludzie się boją, jest faktem. To, że tracą pieniądze, bo mają kredyty w walutach, których kursy oszalały, jest faktem. To, że są smutni, jest faktem.

I wcale mnie to nie cieszy, mimo że to moi polityczni przeciwnicy, a rzecz jest związana z polityką.

Bo to nie jest fajne. Bo takie cieszenie się oznaczałoby, że nie chcę uprawiać polityki dla ludzi, a przeciwko ludziom.

A polityka musi być dla ludzi. Wtedy to jest fajne. I dlatego fajnizm jest spoko.

Oczywiście nie ma tak dobrze. Polityka jest grą. Nie o sumie zerowej wprawdzie, ale prawie każda decyzja podjęta dla jednych ludzi będzie przeciwko innym. Tylko że pobudki i narracja też są istotne. Gdyby władzę w Polsce przejął przedstawiciel Partii Razem, wyłbym z rozpaczy. Mimo wszystko uważam, że gdyby nawet wprowadzał te swoje podatki 75% od dochodu rocznego przekraczającego pół miliona złotych, to dużo lepiej by mi się żyło, gdyby robił to celem ulżenia biednym niż gdyby robił to celem dokopania tym wstrętnym krwiopijcom kapitalistom i zrównania ich w dół dla samej idei zmniejszenia rozwarstwienia.

Wszystko dlatego, że ludzie, w tym nawet politycy, nie są bezdusznymi maszynami. Na ogół wynika z tego, że zmieniają się w czasie. To, z jakich powodów ktoś mnie opodatkuje w tej czy innej wysokości, nie zmieni skali moich strat. Ale jest mocnym wyróżnikiem tego, jakie mogą być następne kroki. Owszem, są politycy, którzy od lat mówią to samo: Janusz Korwin-Mikke, Marek Jurek, w dużej części Stefan Niesiołowski. Tacy politycy nie odnoszą znaczących sukcesów w głosowaniach, bo lud nie tego oczekuje. Co za tym idzie, nie ma nawet możliwości sprawdzenia, czy byliby tak samo stali w poglądach, gdyby rzeczywiście skupili w swoich rękach dużą władzę. Ich elektorat może w to wierzyć, ale nikt tego na razie nie sprawdził.


Dlatego ważne jest edukowanie u podstaw zwykłych wyborców, żeby przy urnie nie byli wyborcami-sadystami. Żeby zrozumieli, że na miarę skromnych możliwości swojego głosu muszą kreować politykę tak, żeby ta polityka była dla nich, a nie żeby była przeciwko ich sąsiadom.

Bo, proszę Państwa, „Sami swoi” to świetna komedia, gdzie można się pośmiać, a momentami skłaniająca również do refleksji, ale jestem pewien, że nigdy nie miała być filmem instruktażowym.

Jeśli cywilizowany człowiek prywatnie ma sadystyczne skłonności, nic się złego nie dzieje: cywilizowany człowiek wie, kiedy powinien trzymać skłonności na wodzy. Pałanie żądzą mordu i jednocześnie konsekwentne powstrzymywanie samego siebie przed realizacją tej żądzy uważam za dowód osiągnięcia wysokiego szczebla na poziomie cywilizacyjnym, nie wymagam, żeby człowiek wyzbył się żądz na poziomie samych pragnień, jeśli nad tymi niewłaściwymi pragnieniami potrafi panować i zaniechać ich realizacji z powodów moralnych, cywilizacyjnych, kulturowych, itd.

Natomiast skumulowany głos wielu wyborców nastawionych na głosowanie przeciwko komuś, a nie dla siebie, spowoduje, że polityka będzie rzeczywiście wymierzona przeciwko ludziom. Zupełnie bez sensu. Stanie się tak dlatego, że ci wyborcy kupią antagonistyczną narrację zamiast pozytywnej, więc wygra kandydat-sadysta, który tą narracją będzie się posługiwał (albo który będzie się nią posługiwał najbardziej naturalnie i z największą lekkością, jeśli kandydaci-niesadyści spróbują oszukać wyborców sadystyczną narracją, żeby wygrać wybory).

I nie ma doprawdy znaczenia, czy znienawidzonego przeciwnika będzie uosabiał kapitalista, gej, biedak na zasiłku, nacjonalista czy miłośnik broni palnej.

Oczywiście to się dzieje od dawna, co powoduje błędne koło: mamy u władzy sporo sadystów napawających się tą władzą dla samej władzy, w związku z czym lubują się oni w dzieleniu ludzi na grupy po to, żeby ich zantagonizować. Niekiedy człowieka z samym sobą: antagonizuje się np. kierowców z pieszymi, proponując rozwiązania, ale nikt mnie nie pyta, czy wolę poświęcić coś jako Skorpion-kierowca, żeby zyskać jako Skorpion-pieszy, czy odwrotnie. Za to każdy, kto zaproponuje rozwiązanie dla jednej z tych grup, uprze się, że działa w interesie moim jako przedstawiciela grupy. Bez pytania o preferencje.

Trzeba ludzi wyedukować, że tak wcale nie jest. Jeśli ktokolwiek jest ich wrogiem, to wyłącznie ci politycy, którzy kupują sobie poparcie wsadzaniem kija w mrowisko. Nie sąsiad, któremu wiedzie się lepiej dzięki temu, że zaopatruje w chleb całą wieś. Nie kuzyn, który napisał książkę, której nawet nie umiałbym zrozumieć, dzięki czemu zarobił miliony.

To nie są moi wrogowie. To są ludzie, jak ja, a ich wzbogacenie się w żaden sposób mnie nie zubaża. I nie ma znaczenia, czy wzbogacą się materialnie czy duchowo. Kuzyn może nic nie zarobić na książce, ale mieć satysfakcję z tego, że jego nazwisko jest na okładce w Empiku. I to też nie jest powód, żeby go nienawidzić czy traktować jak wroga.

Bo tylko wtedy polityka będzie dla ludzi i ludziom będzie fajnie.

Proszę zauważyć, jak to na poziomie ustawodawstwa zadziałało na przykładzie szwedzkiego socjalizmu. Dlaczego ten niewydajny gospodarczo system tak długo i skutecznie działa? Fakt, że Szwecja była w uprzywilejowanej pozycji startowej po II wojnie światowej, no ale bez przesady. Szwedzi dopiero teraz, w odpowiedzi na zalew muzułmanów, z których nie wszyscy mają pokojowe zamiary, zaczynają mniej lub bardziej otwarcie krytykować swoje władze. Dopóki szwedzka lewicowość miała „jedynie” socjalistyczne oblicze, jakoś to działało.

I mnie, jako prawicowca, wcale to nie dziwi.

Nie dziwi, bo Szwedów do socjalu nie trzeba było przekonywać. Marketingowo wprowadzono go tam z głową. Szwed płacił horrendalne podatki, ale wiedział, na co je płaci, wiedział, że płaci je na usługi dla wszystkich, a nie po to, żeby kasta urzędnicza obrastała w piórka. Szwedzki przedsiębiorca był traktowany jak kura znosząca złote jaja, a nie jak potencjalny złodziej, a opłacany przez niego w podatkach urzędnik był na jego usługach, zamiast dostawać oręż w postaci skomplikowanych, wzajemnie sprzecznych przepisów podatkowych, żeby udowodnić, że on jednak miał rację, traktując go z góry jak złodzieja, oszusta podatkowego i kryminalistę.

I dlatego jedno z najbardziej socjalistycznych państw świata ostatniego półwiecza, jeśli się posypie, to nie z powodów gospodarczych. Bo tam panował fajnizm. Nielibertariański, niewolnościowy, ale fajnizm.

I Szwedom było z tym fajnie.

A w polityce chodzi o to, żeby ludziom było fajnie.

Jasne, zawsze znajdą się tacy, którym jest fajnie tylko wtedy, gdy innym jest niefajnie. To wada fajnizmu. Nie ma tej wady libertarianizm (nie ma technicznych przeciwwskazań, żeby wszyscy ludzie byli jednocześnie wolni w sensie libertariańskim, niezależnie od ich preferencji). Ale to nie oznacza, że fajnizm jest zły. Nawet nie musi oznaczać, że jest gorszy od libertarianizmu (ja uważam, że jest, ale niekoniecznie z tego powodu).

Fajnizm jest fajny.

Dlatego mam do Was prośbę: gdy będziecie rozmawiać na jakieś tematy społeczne czy polityczne, w szczególności proponując czy komentując rozwiązania i decyzje mające wpływ na życie wielu ludzi, skupcie się na tym, żeby przedstawiać jako najlepszą tę opcję, w której będzie ludziom (Waszym zdaniem) fajnie.


Taką, która jest nastawieniem dla ludzi, a nie przeciwko ludziom. Bo o to chyba w tym wszystkim chodzi.

Jutro będę kibicował Polakom, żeby awansowali do ćwierćfinału. Skupię się na tym, a nie na kibicowaniu, żeby Szwajcarzy odpadli.

Do napisania za tydzień. Miłego, fajnego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *