Feministra

Dobry wieczór.

Wybór obszaru zainteresowań feminizmu, w którym ideologia ta najjaskrawiej ukazuje swoją głupotę, jest zadaniem znacznie trudniejszym niż wybór dobrego kandydata do Parlamentu Europejskiego. O ile liczba kandydatur może być zbliżona, o tyle w przypadku Parlamentu Europejskiego na poważne rozpatrzenie zasługuje kilkanaście procent (Kongres Nowej Prawicy w całości oraz jakaś jedna trzecia Ruchu Narodowego, która zostaje po odsianiu narodowych socjalistów), a w przypadku feminizmu – wszystkie.


Jednym z dość zabawnych przykładów jest walka feministek z patriarchalno-opresyjnym językiem polskim. Opresyjność polega na tym, że nazwy najbardziej prestiżowych zawodów i funkcji nie występują w żeńskiej formie, co sprzyja ich zmaskulinizowaniu. A po czym feministki poznają prestiżowe zawody i funkcje? Po tym, że są one zmaskulinizowane, rzecz jasna.

Biorą więc sprawy we własne ręce, a raczej na własne języki, i próbują tworzyć te żeńskie odpowiedniki (co nie jest takie złe), a także narzucić wszystkim dookoła używanie takich dziwolągów (co już jest złe). Ale na całą tę zabawę można spojrzeć z pewnym przymrużeniem oka, ponieważ w tej walce feministki zarzynają swoją własną ideologię stworzoną przez siebie bronią. Pełnią więc w tym przypadku funkcję pożytecznych idiotek, co różni się przymiotnikiem od funkcji, jakie pełnią w 99% przypadków swojej działalności.

Ewolucja języka

Żywy język ma to do siebie, że ewoluuje w takim kierunku, aby ułatwiać komunikację jego użytkownikom. Najważniejszą zasadą jest ta, że potrzeba użytkownika ma pierwszeństwo przed odgórnymi zasadami. Wszyscy językoznawcy świata podpisani pod wszystkimi możliwymi uzasadnieniami nie spowodują, że ludzie przestaną między sobą mówić „przyszłem”, jeśli będzie to dla nich wygodniejsze. To zresztą niewielki problem w porównaniu z myleniem pojęć. Człowiekowi, który mówi „przyszłem”, można teoretycznie wytłumaczyć wszystko; niekiedy najwyżej wymaga to zniżenia się do prymitywizmu wypowiedzi lub celowego popełniania błędów. Komuś, kto nie odróżnia kraju, narodu, ojczyzny i państwa, używając tych pojęć wymiennie, nie da się wyjaśnić połowy konserwatywno-liberalnych postulatów.

Jednym z tego typu zjawisk jest upraszczanie tych słów, które występują częściej. Może polegać choćby na uproszczeniu fonetycznym, ale zwykle polega na skracaniu słów w miarę coraz powszechniejszej potrzeby ich użycia, np. automobil → samochód → auto → wóz. Ponieważ język polski ewoluował również w czasach, gdy to mężczyźni zarabiali na dom, a kobiety tenże dom prowadziły, nazwy zawodów męskich są zwykle krótsze.

Nie oznacza to automatycznie, że żeńskie odpowiedniki brzmią jakoś nienaturalnie. To zależy od konkretnego przypadku. „Nauczycielka” nikogo nie razi i słusznie, bo kobiety były nauczycielkami swoich własnych dzieci na długo zanim zostało to pracą socjaliści wpadli na pomysł, że jeśli kobiety zaczną uczyć cudze dzieci i zarabiać na tym pieniądze, to będzie się je dało opodatkować od dochodu. „Przedszkolanka” nie razi „jeszcze bardziej”, w tym sensie, że nienaturalnie brzmi męska forma. Nie wiadomo nawet, jak miałaby brzmieć: „przedszkolan”? „przedszkolanin”?

Natomiast już słowo „polityczka” w uszach normalnego człowieka otwiera klapkę, która mu uświadamia, że połączenie niektórych funkcji czy zawodów z niektórymi płciami jest nienaturalne.

Tabela 1.

Żeńskie i męskie nazwy zawodów
nauczycielkanauczyciel
przedszkolankaprzedszkolanin
polityczkapolityk

Zadanie 1.

W każdym wierszu zaznacz słowo, które brzmi dla Ciebie bardziej naturalnie (o ile takie występuje).

Zadanie 2.

W każdej kolumnie zaznacz słowo, które brzmi dla Ciebie najbardziej nienaturalnie z całej kolumny (o ile takie występuje).

Implikacja w drugą stronę

Większość ludzi używa języka intuicyjnie, bez zastanawiania się nad rządzącymi nim mechanizmami. Używanie krótszych słów na potrzebniejsze rzeczy powoduje też, że w odbiorze słuchacza to, czego nazwanie wymaga dłuższego słowa, jest mniej potrzebne.

Na „nauczycielkę” czy „przedszkolankę” ten efekt nie zadziała, bo ludzie są już z tymi słowami osłuchani. Jeśli jednak usłyszą zupełnie nowe słowo, to jego pierwsze oswajanie będzie przebiegać właśnie tak. „Mejl”? Aha, krótkie, łatwo zapamiętać, pewnie coraz częściej używane. „Wicemarszałkini”? Rany Boskie, cóż to za potwór, aż sześć sylab?

Przewłaszczanie istniejących pojęć

Ponieważ, jak już wspomniałem, język ewoluował, gdy to na barkach mężczyzn spoczywała odpowiedzialność za materialny byt rodziny, a podatki wymierzano w wysokości, która nie zagrażała temu bytowi w stopniu zmuszającym do wzięcia tego brzmienia na swoje barki również przez kobiety, te ostatnie zajmowały się domem, dziećmi, a po powrocie męża z pracy także nim. Wiadomo, że żeby dobrze pracować, trzeba być wyspanym, najedzonym, ubranym i przynajmniej trochę zrelaksowanym. Rola kobiety, poza tym, że była dużo ważniejsza (żadna liczba przeniesionych na plecach ton węgla nie przyniesie ludzkości tyle pożytku, co urodzenie dziecka), zawierała też w sobie zadbanie o to, żeby mężczyźnie umożliwić wykonywanie pracy zarobkowej.


Nic więc dziwnego, że do języka przeniknęła i ta zależność w postaci słów, które fleksyjnie przypominają żeńskie odpowiedniki innych słów, a semantycznie odpowiadają szeroko rozumianym narzędziom: dyplomatka to teczka, finka to nóż, posłanka to łóżeczka, itd. Dlatego jeśli na spotkaniu jest dyplomata, to brzmi to poważnie. Jeśli na spotkaniu jest dyplomatka, to brzmi to: „no i dobrze, dyplomata będzie miał ją pod ręką, gdy będzie potrzebował”. Słucham? To jest pani dyplomata? Też dobrze, nie będzie „miał” tylko „miała”. Brzmi doniośle. „Pani dyplomatka” brzmi protekcjonalnie.

Mężczyźni żeńscy gramatycznie

Dość zabawną kategorią żeńskich neologizmów są te, które próbuje się tworzyć od męskich nazw, które same z siebie mają już żeńską budowę gramatyczną. Jak walczyć ze stereotypem „baby, która nie umie jeździć, a parkować to już w ogóle” na poziomie opresyjnego języka? Wprowadzić żeńską formę. Jak brzmi męska forma? Kierowca.

Ojej! Co z tym można zrobić?

„Kierownica” odpada. „Kierowniczka” jest zarezerwowane dla żeńskiej formy kogoś, kto kieruje, ale nie autem, a na przykład przedsiębiorstwemszkolem. Poza dyskusją jest „kobieta-kierowca”.  Brzmi to jak wstęp do jednego z miliona dowcipów, z których każdy jest powodem, dla którego feministki szukają żeńskiego określenia.

Prawdopodobnie najlepszym pomysłem byłoby „kierowczyni” przez analogię ze „zwyciężczyni”. Jeśli nie ma lepszych rozwiązań, to trzeba używać tych, które są. Jeśli jednak mają one brzmieć właśnie tak, to może warto najpierw zastanowić się, czy lekarstwo nie jest gorsze od choroby.

Samoistny protekcjonalizm

Najbardziej smakowity kąsek zostawiłem sobie na koniec. Jak wiadomo, jedną z najbardziej znienawidzonych przez feministki rzeczy jest protekcjonalne traktowanie kobiet ze względu na płeć. Co więc robią? Wprowadzają do języka określenia typu: ministra. Zasłynęła tym głównie ministra Joanna Mucha.

Mucha w ogóle moim skromnym zdaniem dobrze się sprawdza w polityce tylko w jednym przypadku: gdy zdobi koszulę lidera formacji. Ale to tylko dygresja nie na temat.


Co takiego złego jest w określeniu „ministra”? Z „pomocą” znów przychodzi język polski.

Weźmy na początek dobre, sprawdzone słowo „minister”.  Jeden nie stanowi żadnego problemu, ale jeśli jest ich więcej i żywimy wobec nich szacunek, to powiemy z szacunkiem: ci ministrowie (robią dobrą robotę). Jeśli jednak żywimy wobec nich pogardę, to możemy powiedzieć: te ministry (to się, panie, na niczym nie znają). Jeśli słowem wyjściowym jest „ministra”, wyboru nie mamy: musimy zdecydować się na drugą formę.

Ale ktoś, kto nas słucha, słyszy to, co powiedzieliśmy, a nie to, skąd wzięły się takie, a nie inne formy. Forma normalna wobec kobiet jest tożsama z formą pogardliwą wobec mężczyzn. Z językowego punktu widzenia dla mężczyzny pogarda jest tożsama ze sfeminizowaniem. A jeśli nie pogarda, to przynajmniej protekcjonalizm.

Więc tak właśnie odbierane będą „te ministry”: protekcjonalnie.

Brak konsekwencji

Nie pierwszy to, i zapewne nie ostatni, przypadek niekonsekwencji w wykonaniu feministek. A to wpychają na siłę do każdej instytucji parytet płci, ale wydzierają go z jedynej instytucji, która przestrzega go od zawsze – mowa o instytucji małżeństwa. A to popierają lesbijki czy gejów, ale jednocześnie walczą z „wszelkimi” przejawami tego, czego szczególny przypadek jest cechą odróżniającą lesbijki od nielesbijek: dyskryminacją płciową. W dodatku wcale nie darzą wsparciem heteroseksualnych, którzy wprawdzie też cechują się dyskryminacją płciową, ale przynajmniej dyskryminują na niekorzyść płci, do której sami należą, co teoretycznie powinno być z punktu widzenia feminizmu mniejszym złem.

No po prostu gdzie nie spojrzeć, absurd.

No to proszę sobie uzmysłowić, że to samo zjawisko występuje w przypadku domagania się żeńskich końcówek dla kobiet. Kto nie wierzy, niech spróbuje ich użyć z nazwiskami: Magdalena Środowa czy Kazimiera Szczukówna. Koniecznie wobec nosicielek. I koniecznie proszę napisać w komentarzu, jaki był efekt. Albo zamieścić zdjęcie, jeśli wyraża więcej niż tysiące słów.

Brak wiedzy

Skoro o Kazimierze Szczukównie mowa, zdarzyło mi się w odpowiedzi na użycie tej formy dostać kontrą, że ona jest mężatką i żebym się dokształcił. Oczywiście od feministki, ale raczej z tych bieda-feministek. Dokształciłem się na tyle, żeby dowiedzieć się, że jej stan cywilny jest jej prywatną sprawą. Za to najwyraźniej moja oponentka nie dokształciła się w zakresie końcówek i nie wiedziała, że „-ówna” lub „-owa” nie zależy od stanu cywilnego tylko od pochodzenia nazwiska: czy od ojca, czy od męża.

Nie jest to zbyt poważny zarzut. W końcu język ma służyć ludziom, więc jeśli użytkownik twierdzi, że chce go zmienić, bo nie rozumie, jak działa i nie umie się nim posługiwać, to jest to w porządku: nie ma co wymagać, żeby próbowano zmieniać tylko to, co się zna i umie obsłużyć. Wspominam o tym, bo tu wychodzi inna zabawna rzecz.

Otóż bez problemu uwierzyłem w to, że Kazimiera Szczukówna nosi nazwisko swojego ojca nawet jako mężatka. Taka moda teraz: kobieta, wychodząc za mąż, zostawia sobie nazwisko rodowe. Jej sprawa. Jeśli jednak mówi, że robi to, by podkreślić swoją niezależność, to nic tylko siąść i płakać. Lub się śmiać, co kto woli. No sami zobaczcie: zostanę z nazwiskiem ojca, które zostało mi narzucone wraz z osobą ojca przy urodzeniu, po to tylko, żeby nie przyjąć nazwiska męża, którego sama wybrałam spośród miliardów innych mężczyzn na towarzysza życia. Taka jestem niezależna.

Cóż, Polska Rzeczpospolita Ludowa też podobno była niezależna: nic od niej nie zależało.

Znikąd ratunku

Gdy czasem czytam, co gabinet Baracka Obamy próbuje robić z poprawkami do Konstytucji Stanów Zjednoczonych, mam wrażenie, że Ojcowie Założyciele przewracają się w grobie tak, iż niedługo rozwiążą problem źródeł energii odnawialnej na świecie, i twardo rzucają kośćmi, który wróci na Ziemię i nakopie całej tej administracji w sempiterny tłumacząc, że nie o to chodziło.

Dokładnie to samo wrażenie mam, gdy słyszę dzisiejszy feminizm i wyobrażam sobie przewracające się w grobie sufrażystki. Jednak w tym przypadku nie doszłoby nawet do tego, ponieważ feministki z innych krajów nawet nie byłyby w stanie zrozumieć, o co tak naprawdę naszym chodzi.

W języku angielskim większość zawodów ma jedną formę, wyjątki istnieją dla niektórych zakończonych na „r”, jak actor-actress, waiter-waitress, oraz kilku innych: steward-stewardess. Warto zauważyć, że wykonywanie tych zawodów wymaga między innymi nienagannej prezencji, a to z jakichś powodów lepiej wychodzi kobietom. Rozróżnienie jest więc tu uzasadnione, żeby podkreślić, że mamy do czynienia z kimś, kto lepiej się prezentuje, a zatem trochę lepiej z punktu widzenia odbioru klienta wykonuje swój zawód, nawet jeśli nie ma w tym swojej zasługi.

Język niemiecki z kolei od dawna dorobił się końcówki „-in” na żeńskie odpowiedniki zawodów. Dorobił się ich tak dawno, że trudno je wykorzystać w służbie feminizmu, a nawet gdyby się dało, to niemieckie oszołomki od języka mają poważniejsze problemy na głowie, jak choćby „das Mädchen”. Kto to słyszał, żeby dziewczyna była rodzaju nijakiego, jak jakieś coś?

Pomęczyłem Państwa trochę wpisem, pora na

Podsumowanie

Polskie feministki walczące z językiem nazwałem pożytecznymi idiotkami. Termin ten oznacza kogoś, u kogo niekoniecznie zdiagnozowano idiotyzm w sensie medycznym, ale kto swoimi usilnymi działaniami wspiera coś, z czym próbuje walczyć. A efekty walki z językiem są bardzo przydatne z punktu widzenia patriarchalnych konserwatystów.

Po pierwsze, ludzie odbierają związywanie płci żeńskiej z tradycyjnie męskimi rolami i zawodami albo jak jakiś dziwoląg, albo jak powód do protekcjonalnego traktowania.

Po drugie, Europa się próbuje integrować, idzie jej to coraz słabiej, im słabiej jej to idzie, tym bardziej słabnie pozycja feminizmu w każdym państwie z osobna, a tu feministki wytaczają działa na płaszczyźnie dezintegrującej w skali międzynarodowej. I to jest nie do przeskoczenia z powodu barier językowych.


Po trzecie wreszcie, żeńskie końcówki mogą służyć do podkreślania zarówno postępowej obecności kobiet w zawodach do tej pory tradycyjnie męskich (o ile istnieje coś takiego, jak uświęcona tradycją płeć osoby wykonującej zawód programisty), jak i patriarchalnej zależności kobiety od mężczyzny, czy to ojca, czy męża.

Połowa roboty marketingowej za konserwatystów odwalona. Jako jeden z nich powinienem zapewne powiedzieć tylko: dziękuję!

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

3 myśli nt. „Feministra”

  1. PRZEDSZKOLANEK nie przedszkolanin. To już całkiem znane słowo, nie mam pojęcia co w nim dziwnego. Wszyscy moi znajomi go używają i nikt w tym nie widzi feministycznego spisku przeciw językowi 😛 W końcu – dobrze powiedziane – język ewoluuje i dostosowuje się do życia. Teraz i kobiety pracują, więc język po prostu musi się dostosować do tego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *