Grisham z morałem

Dobry wieczór.

Jestem fanem Johna Grishama. Nie jest to jakiś ogromny zaszczyt czy wyróżnienie dla niego: generalnie lubię czytać i przynajmniej kilkanaścioro pisarzy ma we mnie fana, i to na takim poziomie, że chwytam i czytam dosłownie wszystko, co wyszło spod ich pióra. Lista autorów sukcesywnie się zresztą powiększa, ale ponieważ część nie żyje, jest szansa, że nadążę z czytaniem.


Wracając do Grishama: uwielbiam jego thrillery prawnicze, czyli prawie wszystkie książki (chyba jedna jego autorstwa niemieszcząca się w tym gatunku wpadła mi w ręce; tytułu nie pomnę). Co prawda są mocno osadzone w realiach amerykańskich realiach, nie zawsze przekładalnych na nasze, ale czyta się to ciekawie.

Jedną z bardziej znanych jego powieści jest „Czas zabijania”, który zresztą doczekał się ekranizacji z Tomem Cruisem – również znakomitej, ale jeśli ktoś nie czytał ani nie oglądał, polecam książkę najpierw, mimo że to „cegła”. A teraz uwaga, bo będzie minispoiler.

Fabułą książki jest proces czarnoskórego mieszkańca USA, oskarżonego o zastrzelenie dwóch białych, którzy usiłowali zgwałcić jego córkę. Wszystko dobrze osadzone w wijącej się między XIX-wiecznym rasizmem a XXI-wiecznym egalitaryzmem prowincjonalnej Ameryce, z przeniesieniem części tej prowincjonalności na salę sądową, do tego w sprawę angażuje się Ku Klux-Klan… Generalnie napięcie sięga zenitu. A oskarżonemu oczywiście grozi kara śmierci.

Ale ponieważ to Grisham, decydująca rozgrywka musi odbyć się na sali sądowej. I tutaj adwokat wygłasza do ławników mowę końcową, której dokładnie nie przytoczę, ale jej sens jest mniej więcej następujący: prosi on, żeby ławnicy zamknęli oczy i wyobrazili sobie dziewczynkę, która beztrosko sobie spaceruje, gdy nagle dwóch dryblasów… Ciągu dalszego można się domyślać, jest opisany bardzo obrazowo, ale jednocześnie przejaskrawiony, jakby adwokat opowiadał krwawą bajkę, taką trochę bardziej sadystyczną wersję Czerwonego Kapturka, w którym każdy jest albo dobry, albo zły, bez stanów pośrednich, więc jest i piękne niebo, śpiew ptaszków, łączka i pachnące kwiaty, dopóki nic się nie dzieje, i niemal siódmy krąg piekła Dantego, gdy zaczyna się dziać źle.

Trwa to jakiś czas, a gdy ławnik i czytelnik już zdążą konkretnie zwizualizować sobie wszystkie sceny, następuje jeszcze podsumowująca prośba, żeby ławnicy wyobrazili sobie, przez co ta dziewczynka musiała przechodzić.


„A teraz wyobraźcie sobie, że była biała!” – burzy na sam koniec wizualizację adwokat.

Czemu o tym akurat napisałem teraz? Bo chętnie powiedziałbym dziennikarzom gazet i telewizji głównego nurtu coś podobnego do tej mowy końcowej (z zachowaniem proporcji).

Wyobraźcie sobie, że kandydat partii rządzącej przegrał wybory prezydenckie, które miał w zasadzie wygrane. Za kilka tygodni opuści Belweder. Wykorzystuje te ostatnie tygodnie do maksymalnej aktywności, której nie przejawiał przez całą kadencję, rzucając rywalowi kłody pod nogi (wykorzystanie budżetu Kancelarii Prezydenta do końca roku), czy podpisując ustawy, do których jego następca mógłby zgłaszać zastrzeżenia.

Zanosi się na dodatek na to, że jego partia za kilka miesięcy podzieli ten sam los. Teraz rządzi, ale sondaże są bezlitosne. I robi to samo: produkuje hurtowo ustawy, na które przez ostatnie lata dziwnie nie miała czasu, zajmuje się akurat teraz tematami, które może nie są najistotniejsze, ale dzielą Polaków jak mało co, np. in vitro, forsuje rozwiązania, które budziłyby zastrzeżenia ich prawdopodobnych następców, a do tego wykorzystuje ostatnie dni do personalnych roszad na stołkach, których jedynym pewnym skutkiem będzie zapewnienie większej liczbie swoich ludzi sowitych odpraw z kieszeni podatnika.

Wyobraźcie to wszystko sobie. Opiszcie w swoich gazetach i powiedzcie w swoich telewizjach wszystko, co należy napisać i powiedzieć o takim postępowaniu, tylko zanim to zrobicie, mam jeszcze jedną, malutką prośbę.

Wyobraźcie sobie, że tą partią rządzącą jest PiS.


Życzę Wam, żebyście nie okazali się rasistami na poziomie partyjnym.

Przypominam o konkursie.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Jedna myśl nt. „Grisham z morałem”

  1. Gwoli ścisłości – w ekranizacji „Czasu Zabijania” zagrali Matthew McConaughey i Samuel L. Jackson 🙂 Tom Cruise pasuje bardziej do „Firmy” 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *