Gwałtu! Rety!

Dobry wieczór.

Dawno nie było burzy o gwałtach. No to będzie.


Natknąłem się na ten artykuł w „Wysokich Obcasach”. W skrócie: zorganizowano prowokacyjny pokaz mody. Obiecywano najbardziej wyzywającą kolekcję, jaką kiedykolwiek stworzono. Pokazano kobiety w zwyczajnych, codziennych ciuchach. I oznajmiono, że to są wiernie odtworzone ubrania, które miały na sobie kobiety podczas gwałtów.

Od razu cisną mi się pytania:

  1. Czy dobór ubrań był reprezentatywny dla przekroju gwałtów, przynajmniej tych, o których wiedzieli twórcy tego pokazu?
  2. Czy zadbano o to, żeby w ubraniach wystąpiły zgwałcone w nich dziewczyny? A jeśli nie, to
  3. Czy zadbano choć o to, żeby modelki były podobne do odpowiadających ich strojom ofiar, zarówno pod względem wyglądu, budowy fizycznej, jak i poruszania się?
  4. Czy zadbano o w miarę wierne odtworzenie warunków otoczenia, w jakich miał miejsce gwałt?

To wszystko są, rzecz jasna, pytania retoryczne, odpowiedzi na które są oczywiste. Tylko czego to dowodzi?

W zamierzeniu miało dowodzić tego, że nie mają racji ludzie zrzucający jedyną winę za gwałt na wyzywający ubiór kobiety. No jasne, że nie mają, do czego wystarczyłby zresztą jeden przykład kobiety, która została zgwałcona podczas noszenia niewyzywającego stroju, tylko że pokaz pod względem strojów noszonych podczas gwałtów był niewiarygodny (patrz pytanie pierwsze), a przy tym takie stawianie sprawy jest zwyczajnym waleniem w chochoła. Nikt nie twierdzi, że ubiór jest jedynym czynnikiem sprawczym gwałtu.

Jestem nawet przekonany, że w ogóle nie jest czynnikiem sprawczym gwałtu! A mimo to potrafi być istotny dla oceny stopnia ryzyka i zagrożenia.

Ponieważ jest jasne, że jedynym winnym gwałtu jest zawsze gwałciciel, ale ludzie nie potrafią myśleć, gdy emocje zalewają im mózgownice (a tak się u niektórych dzieje, ilekroć ktoś ośmieli się wspomnieć, że uważa, iż istnieje korelacja między ubiorem ofiary a gwałtem dopatrują się, zupełnie niesłusznie merytorycznie, ale słusznie emocjonalnie, wiktymizacji ofiary w takim stwierdzeniu), postaram się o analogię. Zupełnie neutralną z seksualnego punktu widzenia.

Powiedzmy, że bardzo nie mam ochoty, aby trafił mnie piorun. To chyba zrozumiałe. Są różne fetysze, ale nie znam nikogo, kto miałby na to ochotę, a przynajmniej nikt mi się jeszcze do tego nie przyznał. Jeśli mnie trafi, trudno, nie moja wina (oczywiście analogia jest odrobinę wadliwa tutaj, bo o winie pioruna też trudno mówić, ale tylko odrobinę).


Tak się jednak składa, że niebo jest pogodne, jasne, więc żadnego pioruna się nie spodziewam. Biorę więc nieco żelastwa i niosę kawał drogi. Bo chcę przenieść żelastwo. Przyłączają się do mnie koledzy, z którzy niosą drewno w to samo miejsce. Idziemy sobie, gawędzimy

nagle strzela przysłowiowy grom z jasnego nieba i oczywiście trafia we mnie, ponieważ jako ten objuczony żelastwem przyciągnąłem go najsilniej.

Czy fakt, że miałem przy sobie masę metalu, a inni nie, zadziałał na moją niekorzyść? Z całą pewnością.

Czy fakt, że niosłem metal, był czynnikiem sprawczym pioruna? Z całą pewnością nie, a przynajmniej nic nauce o tym nie wiadomo.


Rozumiecie już?

Niezmiernie rzadkie są, o ile wiem, przypadki, w których ktoś, kto w ogóle nie planuje gwałtu, zmienia zdanie pod wpływem wyzywającego ubioru jakiejś napotkanej kobiety. Może i takie rzeczy się zdarzają, ale stanowią tak marginalny odsetek samych gwałtów, że nie warto zaprzątać sobie nimi głowy, bo jeśli ma się odpowiednie zasoby, to lepiej je zaalokować tak, żeby zapobiec mniej marginalnym przypadkom gwałtów. Ocali się wtedy więcej ofiar.

Znacznie częściej jest tak, że zamiar gwałtu jest powzięty z wyprzedzeniem, a dopiero później następuje poszukiwanie ofiary. Gwałciciel jest jak ten piorun, który uderzy tak czy inaczej, albo przynajmniej spróbuje to zrobić, a teraz szuka celu. I tutaj atrakcyjnie ubrana kobieta ma większe szanse na bycie trafioną po prostu dlatego, że silniej przykuwa tę część uwagi, która stymuluje bodźce seksualne. Oczywiście gwałciciel nie jest normalnym człowiekiem, przynajmniej jeśli analizujemy go przez pryzmat zachowań seksualnych, ale na fundamentalnym poziomie biologicznym jest takim samym człowiekiem jak Ty czy ja, produktem miliardów lat tak samo ukierunkowanej ewolucji. Aż do poziomu mechanizmów ocen moralnych i samokontroli on „działa” tak samo, jak inni.

A ubiory, które my uważamy za atrakcyjne, są takie właśnie dlatego, że statystycznie silniej niż inne stymulują bodźce seksualne. Nie do końca wiadomo, dlaczego akurat takie, a nie inne ubiory, są atrakcyjne, bo nie wszystko, co wykazuje statystyczną korelację, da się wytłumaczyć ewolucyjnie (na przykład z całą pewnością mieliśmy za mało czasu, żeby mężczyźni wyewoluowali podniecenie na widok lateksu; nie bardzo widzę też, w jaki sposób miałoby to być przydatne z punktu widzenia ewolucji). Ale atrakcyjność to po prostu cecha wskazująca na to, a nie na co innego. Siłą rzeczy musi ona rzutować również na algorytm wyboru, jakim kieruje się gwałciciel.

Nie jest natomiast tak, że od samego faktu, że dziś wyzywająco ubierze się o 50% więcej dziewczyn niż wczoraj, wzrośnie liczba gwałtów.

Oczywiście ubiór to nie jest jedyna kwestia. Gwałciciel zapewne patrzy też na to, czy nie zostanie przyłapany (czwarte pytanie z listy!), ocenia dziewczyny przez pryzmat ogólnej atrakcyjności (a może być tak, że T-shirt, który leży rewelacyjnie na Kaśce, niemiłosiernie szpeci Aśkę, która wygląda zupełnie inaczej, a nie robi żadnej różnicy Baśce, która wygląda co prawda jak siostra bliźniaczka Kaśki, ale rusza się tak, że ten T-shirt wygląda na niej jak wór pokutny „kłaniają się” pytania drugie i trzecie!).

No i każdy ma swój własny, osobisty gust.

Nie jest to więc coś, co sprawdzi się w każdym przypadku. Jest to natomiast czynnik, który ma jakieś tam swoje statystyczne znaczenie. Można się nim przejmować albo nie przejmować, jak kto woli. Można nawet wypierać jego istnienie ze świadomości proszę bardzo, jako wolnościowiec nie zamierzam tego nikomu bronić.

Ale zakrzykiwanie ludzi, którzy wskazują na ten czynnik i logicznie uzasadniają jego istotność potencjalnym ofiarom, które mogą tego nie być świadome, jest już haniebne, chyba że ktoś przyłącza się do krucjaty antygwałtowej nie po to, żeby ją wesprzeć, a po to, żeby ją sabotować.

Naturalnie możliwe są też mniej drastyczne, a bardziej niskie pobudki. Dziewczyna, która i tak nigdy nie ubiera się wyzywająco, bo nie lubi, ale uważa się za atrakcyjną potencjalnie atrakcyjną dla gwałciciela może z pełną świadomością przeszkadzać w przekazie po to, żeby więcej dziewczyn ubierało się wyzywająco, co zmniejsza jej osobiste szanse na padnięcie ofiarą gwałtu bez zwiększania sumarycznej liczby ofiar. Trudno mi winić fundamenty takiego podejścia na płaszczyźnie moralnej, bo niczym się to nie różni od montowania sobie w drzwiach solidniejszych zamków niż mają sąsiedzi, niemniej realizacja budzi moje obrzydzenie, bo opiera się zwyczajnie na oszustwie, a niekiedy przybiera formy użycia lub grożenia przemocą w ramach torpedowania wolności słowa. Czym innym jest montowanie dobrych zamków, a czym innym jest domaganie się zakazu reklamy dobrych zamków, żeby przypadkiem nie zamontował ich sąsiad (choć też można uzasadniać, że reklamowanie dobrych zamków to wiktymizacja ofiar złodziei, bo przecież tylko istnienie złodziei w ogóle zmusza ludzi do instalowania zamków w drzwiach!).


Jeśli ta notka ma mieć jakieś jedno, krótkie przesłanie, to brzmi ono następująco:

Jesteś przeciwko gwałtom? To nie gwałć logiki.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Jedna myśl nt. „Gwałtu! Rety!”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *