„Hurra” w imię piechura

Dobry wieczór.

Dawno temu, jakieś kilkadziesiąt lat, ludzie jeździli powoli. Odbijało się to na gospodarce (np. utrudniało handel psującymi się towarami na większe odległości), ale pieszych ginęło dużo mniej niż teraz.


Dziś słyszy się głosy za powrotem do tamtych czasów. Jak przystało na ludzi proponujących powrót do rozwiązań, które kiedyś funkcjonowały i przestały, właściciele tych głosów nazywają siebie „postępowcami”. Co prawda jedyna typowa dla postępowców rzecz, jaką można tu dostrzec, to hipokryzja, brak pomyślunku, czy po prostu zwyczajna głupota.

(Przykład hipokryzji: każda taka zmiana spotyka się prędzej czy później z uzasadnieniem, że prawo powinno być ostrzejsze dla kierowców, a łagodniejsze dla pieszych, ponieważ pieszy ponosi dużo większe ryzyko niż kierowca. A teraz proszę odpowiednio powstawiać zamiast „pieszy” i „kierowca” słowa „pracownik” i „pracodawca” tak, żeby część o ryzyku pozostała prawdziwa, i sprawdzić, czy ten sam ktoś podpisze się pod całym argumentem w nowym brzmieniu).

Tym razem wymyślili, żeby kierowca miał obowiązek zatrzymania się, gdy tylko pieszy zasygnalizuje chęć przejścia przez jezdnię. Bo rozwiązanie „sprawdza się” w Skandynawii.

(Tak, ci sami, którzy są za karaniem za kopiowanie cudzych treści).

Oczywiście, rozwiązanie się nie sprawdza. Ludziom nie jeździ się od tego szybciej, a przecież po to są drogi. Jest wręcz przeciwnie. Ale człowiek-postępowiec to matołek, który uważa, że ruch drogowy należy oceniać po liczbie ofiar, ale nie zauważa, że najlepiej temu celowi służy całkowita delegalizacja ruchu drogowego, nie mówiąc już o takich detalach, że piesi niekiedy łażą jak krowy i lubią sobie wtargnąć na jezdnię. A wtedy nie spojrzą, czy jedzie zwykła osobówka, czy karetka na sygnale. Karetki też mają ustępować?

Ale mniejsza o to. W Skandynawii rzeczywiście długofalowo spadła od tego liczba pieszych ginących w wypadkach drogowych. Bo faktycznie, w takim Oslo jest mnóstwo przejść dla pieszych, jeśli przed nimi kierowca obligatoryjnie się zatrzyma, to wypadkowość spadnie.

A potem będą wielkie oczy, że jakże to tak: wprowadzone w Polsce rozwiązanie nie działa, choć skopiowano je żywcem ze skandynawskiego raju na Ziemi, a tam ono działa?


Bo, oczywiście się nie sprawdzi. Zacznijmy od tego, że to nie zadziała w zapadłej wsi. Tam ludzie będą chodzić jak chodzą i jeździć jak jeżdżą, bo nie stać nas na wysyłanie patroli, które prewencyjnie sprawdzą każde możliwe przejście o realnej przepustowości pięciu ludzi dziennie, a gdy już naprawdę dojdzie do wypadku, to sąd będzie brał pod uwagę dokładnie to, co do tej pory: trzeźwość kierowcy, trzeźwość pieszego, prędkość szacowaną na podstawie śladów hamowania i położenia pieszego, widoczność, itd.

Ciekawy jestem, ilu tym postępowym mędrkom w ogóle wpadło do głowy, żeby sprawdzić to, co ja sprawdziłem jako pierwsze po usłyszeniu tego projektu. Sprawdziłem mianowicie, jaki odsetek mieszkańców każdego ze skandynawskich państw (poza Islandią, bo na nią się nikt nie powoływał) stanowią mieszkańcy stolicy. Wyszło wszędzie po około 10% (w Oslo ok. 12%), co mnie zaskoczyło, bo spodziewałem się wyższych liczb. Pokolenie temu odsetek ten wynosił tam ok. 25%.

W Warszawie, jeśli to trzeba komuś jeszcze przypominać, mieszka niecałe 5% mieszkańców Polski.

Widać, dlaczego rozwiązanie wymyślone pod kątem warunków panujących w dużych miastach przyniesie w Polsce gorsze efekty niż w Szwecji, Norwegii czy Danii?


Ale może przyniesie jakieś pozytywy? O, niewątpliwie. Tylko że przyniesie też koszty. Co gorsza, niektóre ukryte.

Przede wszystkim polska mentalność jest inna niż skandynawska i w Polsce egzekwowanie tego prawa będzie wymagało znacznie ostrzejszego terroru ze strony państwa. A to kosztuje. I to zapewne więcej niż uda się ściągnąć w ramach mandatów, jeśli ma być skuteczne.

Dotyczy to zresztą i mentalności pieszego. Pomijając już nawet większość mieszkającą w miastach zbyt małych, żeby odczuć pozytywy wspomnianych zmian, nawet piechurzy mieszkający w większych miastach niezbyt dobrze orientują się w zasadach ruchu drogowego. Teraz po prostu nie będą znali jednego przepisu więcej.

Co nie znaczy, że przestaną włazić pod koła jak wspomniane krowy. Pieszy, który nie zna przepisów, często bowiem czuje się taką świętą krową, myśli, że wolno mu więcej niż wolno mu w rzeczywistości. A co gorsza, zachowuje się tak, jakby jego życiowym powołaniem było zasłużyć na epitafium „miał pierwszeństwo”.

Po drugiej stronie medalu będą ci ostrożni, którzy zbliżą się do zebry, ale zasygnalizują kierowcy, żeby jechał. Kierowcy nie będzie wolno i mamy dwa wyjścia: pojedzie, dokładając cegiełkę do martwoty przepisu, co z kolei dokłada cegiełkę do nieposzanowania prawa, albo nie pojedzie, dokładając solidną cegłę do korka.

Najgorzej będzie przy bazarach, gdzie drogi jakichś psiapsiół rozwidlają się na skrzyżowaniu, więc potrafią stanąć tuż przy zebrze i paplać jeszcze przez kwadrans bez zamiaru przejścia, ale za to stojąc w taki sposób, że kierowca będzie musiał domniemać ten zamiar.

W Skandynawii jest inna mentalność. Ludzi nie trzeba do tego typu rozwiązań przekonywać. Dlatego się sprawdzają.

Na marginesie: jeśli jakieś rozwiązanie lokalnie jest tak wbrew naturze autochtonów, że trzeba ponosić potworne nakłady na jego przeforsowanie, to ktoś, kto je forsuje, nie ma moralnego prawa nazywać się reprezentantem społeczeństwa. Bo nie reprezentuje ludzi, dla których stanowi prawo, tylko jakieś mityczne indywidua, w które chciałby dopiero za pomocą ustaw tych ludzi zmienić.

Oczywiście dojdą i inne czynniki. Kierowcy zużywający więcej czasu na dojazd do pracy będą bardziej zmęczeni, więc mniej wydajni. Ci, którzy się na to nie zdecydują, będą częściej łamać przepisy. Obie grupy statystycznie zbiednieją, przez co jakaś część kierowców trochę później zmieni opony na mniej łyse. Każdy socjocybernetyk powie, że bez liczenia można być pewnym, iż od tego łączna liczba ofiar wzrośnie.

Tylko kto będzie w stanie wskazać konkretnego zabitego pieszego jako ofiarę takiego łańcucha zdarzeń?


Pieszy, wiedząc, że ma więcej praw, stanie się podświadomie mniej ostrożny. Nie każdy i różnica nie będzie duża, ale statystyczny wpływ tej zmiany na zachowanie pieszych jest nieunikniony. Wzrost liczby ofiar też, z takich samych powodów, jak opisane powyżej.

Pytanie powyżej też pozostaje aktualne. Bo przecież wiadomo, że jak ginie pieszy, to zawsze winien jest ten ohydny kierowca.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *