Ile powinni zarabiać rządzący?

Wersja dźwiękowa:

Dobry wieczór.

Pół mijającego tygodnia, jeśli nie cały, zeszło na dyskusjach na temat zasadności podwyżek płac dla najwyższych przedstawicieli władzy, w tym nawet dla Pierwszej Damy. Potem przyszedł zdenerwowany Prezes Kaczyński i projekt poszedł do kosza.


Cała ta sprawa jest w tak oczywisty sposób ukartowana na zdobycie poparcia poprzez sprawdzenie nastrojów publicznych i zagrania pod te nastroje, że aż szkoda się nad tym rozwodzić dłużej. Ciekawe, swoją drogą, jest nie to, że te nastroje były negatywne (co właściwie nie dziwi z powodów emocjonalnych), ale że natężenie złości społecznej było dużo wyższe niż w przypadku innych pomysłów Prawa i Sprawiedliwości, choć akurat ten wydaje się stosunkowo najmniej szkodliwy, nie licząc pomysłów z początku ich rządzenia będących odwracaniem skutków rządów Platformy Obywatelskiej.

Ale sama kwestia, ile właściwie powinni zarabiać rządzący, jest czymś, nad czym można nieco pomyśleć.

Oczywiście nie z punktu widzenia anarchokapitalisty. Tutaj sprawa jest oczywista: państwa to mafie, tyle że legalne (co oznacza ni mniej ni więcej tylko to, że każda z tych mafii jest uznana przez odpowiednio dużo innych mafii tego samego typu, tworząc globalne kółko wzajemnej adoracji). A porządny człowiek nie zadaje się z mafią ponad stopień, w jakim mafia go do tego zmusza, a już na pewno nie interesuje się podziałem łupów wewnątrz mafii. Istotne jest to, żeby ograniczyć dochody i wpływy mafii. Owszem, można argumentować, że gdyby rządzący zwiększyli swoje wynagrodzenia, to musieliby to pokryć z podatków, i jest to prawda. Tyle że to po pierwsze: kropla w morzu wydatków budżetowych (o czym zdają się zapominać autorzy memów, porównujący proponowane podwyżki dla posłów z realnymi, choć bardzo niskimi podwyżkami dla emerytów: gdyby emerytów było tylu, co posłów, a posłów tylu, co emerytów, to odwrotne proporcje podwyżek byłyby zasadne). Po drugie: żaden demokratyczny rząd świata nie nałoży na coś takiego podatku celowego, bo nie ma szans w następnych wyborach, chyba że jakimś cudem nałożyłby go omijając własny elektorat, co jest raczej niemożliwe, a do tego nagłośniłby to w mediach, co jest co najmniej ryzykowne. A po trzecie: jestem przekonany, że rezygnacja z tego pomysłu nie przełoży się na rezygnację tego rządu z jakiegokolwiek wprowadzonego lub planowanego podatku.

U libertariańskich minarchistów sprawa jest nieco bardziej złożona, ale tylko trochę. Generalnie nie ma tu przeciwwskazań do tego, żeby pojawił się jakiś rządzący (więc pewnie powinien dostawać za to jakąś pensję), ale nawet coś takiego byłoby w dużej mierze efektem procesów rynkowych, więc jego pensja także. Zresztą libertariański minarchizm sprowadziłby się w praktyce do tego, że rządzących byłoby całkiem sporo, ale nie stanowiliby oni zwartej grupy, jak dzisiejsi posłowie, lecz każdy rządziłby swoim poletkiem. Wynagrodzenie jednego nie zależałoby od wynagrodzenia drugiego tylko byłoby pochodną tego, jak dobrze się danym poletkiem rządzi. Anarchokapitalizm to właściwie ta sama droga poprowadzona do momentu, w którym każde takie suwerenne poletko zawiera najwyżej jedną dorosłą osobę.

Ale rzeczywistość jest, jaka jest: mamy cały świat pełen tych wzajemnie adorujących się mafii i nic nie wskazuje na to, żebyśmy mogli szybko wyzwolić się z tego, jak bardzo zostaliśmy przez te mafie od nich uzależnieni (a jak bardzo jesteśmy uzależnieni dobrze obrazuje fakt, że jeśli dwie osoby zostaną porwane za granicę, to sytuacja jednej z nich może być dużo gorsza od sytuacji drugiej z nich tylko przez to, że jednej porywacze zabiorą dokumenty tożsamości, a drugiej nie, a przecież każdy problem wynikający z nieposiadania dokumentów tożsamości jest wykreowany przez państwa, których wynalazkiem są tego typu dokumenty). Jak tu powinna wyglądać sprawa?


Mnie się spodobał pomysł pensji dla Pierwszej Damy, ale spodobał mi się on z niskich pobudek. Wyobraziłem sobie mianowicie, jaki to byłby prztyczek w nos pierwszego Prezydenta (płci dowolnej), który na własnym przykładzie chciałby firmować życie w nieformalnych związkach.

Niemniej pomysł ten ma też swój nieco głębszy sens, bo byłoby dobrze, żeby Pierwsza Dama nie musiała chodzić do pracy. Skoro już muszę być zależny od mafii, to wolę móc zidentyfikować capo niż nie móc, a to ostatnie by mi groziło, gdyby ktoś porwał Pierwszą Damę z pracy i zażądał w zamian za jej głowę konkretnych kroków, jakie wykonać może tylko Prezydent. I pewnie, że można to rozciągać na dzieci, wnuki, rodziców, dziadków i dalszych krewnych Prezydenta, bo każde rozwiązanie bazujące na istnieniu państwa da się sprowadzić do absurdu, ale jest to jakiś tam argument za istnieniem pensji Pierwszej Damy (a jeszcze lepszy za tym, żeby kandydować na Prezydenta mogły jedynie osoby nieposiadające żadnej rodziny, choć tacy bardziej by się przydali jako generałowie).

Natomiast co do faktycznie rządzących: posłów, senatorów, ministrów, prezydentów, itd., to uważam, że do każdego z tych stanowisk powinna być przypisana stała wysokość pensji (może być różna dla różnych stanowisk), przy czym człowiek piastujący kilka stanowisk w życiu pobiera tylko jedną z tych pensji: najwyższą. Pobiera ją dożywotnio. W zamian nie wolno mu przyjmować żadnych innych korzyści w żadnej innej formie (nawet jałmużny w naturze!), również do końca życia, również od najbliższych. Musiałby im płacić po cenach rynkowych. Zakładanie firm jest poza dyskusją. Trudno, jak się chce iść na tak odpowiedzialne stanowisko, to trzeba się liczyć z wyrzeczeniami, z łapanki tam nie biorą.

I teraz najważniejsze: wysokość tych wszystkich pensji, wyrażona w polskich złotych, powinna być wpisana do Konstytucji w sposób, który zablokuje jej zmianę (chyba że za bardzo wyraźną zgodą wszystkich, którzy się na te pensje zrzucają, powiedzmy: większość 9/10 przy frekwencji przynajmniej 75% w referendum, do udziału w którym uprawnieni są wszyscy, którzy zapłacili w poprzednim roku podatkowym podatki netto przekraczające miesięczną pensję posła; przez „podatki netto” rozumiem wysokość zapłaconych podatków odjąć wartość świadczeń wzajemnych otrzymanych od państwa).

Innymi słowy: dziesięć tysięcy złotych dzisiaj to również dziesięć tysięcy złotych za pięćdziesiąt lat.

Po co? Żeby rządzili z pożytkiem dla ludzi. Dla różnych ludzi różne rzeczy są pożyteczne, a różne szkodliwe, ale generalnie dla szarego Kowalskiego bardzo przydatnym zjawiskiem jest deflacja, dzięki której złotówki w jego portfelu zyskują na wartości. Jeśli rządzący potrafią to zrobić, czekają ich złote góry. Jeśli będą rządzić tak, że napędzi to inflację, czeka ich śmierć głodowa.


I dobrze: nikomu jej nie życzę, ale życzę sobie, żeby z takimi prawami wpływania na losy ludzi, jakie wiążą się z byciem posłem, wiązała się ogromna odpowiedzialność w razie niepowodzeń. Ludzie to tylko ludzie, popełniają błędy, jednak jeśli w wyniku Twojego błędu cierpi milion innych osób, to powinieneś odczuć na własnej skórze przynajmniej jeden procent sumy tego cierpienia, a będzie to cierpienie znaczne, gdy skumuluje się na jednej osobie. Nie po to, żebyś cierpiał, ale po to, żebyś idąc tam, gdzie decydujesz o milionach ludzi, a później działając w takim miejscu, był stuprocentowo pewien, co robisz i że robisz to dobrze.

I myślę, że w takim kraju żyłoby się nam wszystkim dużo lepiej. A że rządzącym żyłoby się dużo, dużo lepiej niż zwykłym ludziom i różnica byłaby dużo większa niż dziś? Cóż, zasłużyliby czymś konkretniejszym niż tylko kupieniem głosów motłochu za cudze pieniądze za pomocą tanich sztuczek erystycznych, pracy sztabu specjalistów od wizerunku oraz dostępu do mediów o największym zasięgu, więc z tym mógłbym żyć.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *