Infopropertariańskie dywagacje

Dobry wieczór.

Postęp techniczny, który ostatnimi czasy dokonuje się niemal dosłownie na naszych oczach, niekiedy skłania (przynajmniej mnie) do mniej lub bardziej futurystycznych rozważań. Dziś wstępem będzie jedno z nich.


Załóżmy, że w powszechnym użyciu są lornetki, które poza ich dotychczasową funkcją mają dodatkową nowinkę techniczną: potrafią ignorować zdefiniowane przez użytkownika bariery fizyczne, takie jak ściany, zasłony, góry, itd. Co ważne, robią to w sposób nieinwazyjny: nie niszczą obiektów, które przenikają swoim „wzrokiem”, nie zagrażają również niczyjemu zdrowiu.

Pytanie brzmi: czy libertarianizm dopuszcza podglądanie i nagrywanie kogoś, kto pozasłaniał w swoim mieszkaniu wszystkie zasłony, przez tego typu lornetkę, a następnie publikację nagich zdjęć podglądanej osoby pozyskanych tą metodą mimo sprzeciwu samego zainteresowanego?

Podejrzewam, że sporo libertarian spośród tych, którzy nie spędzili niezliczonych godzin na samodzielnym analizowaniu implikacji doktryny, a także nielibertarian, ale o raczej wolnościowych poglądach, odpowie intuicyjnie i bez dłuższego namysłu przecząco, ponieważ zarówno w obecnym świecie, jak i w libertariańskim ładzie będącym ich ideałem lub czymś bardzo mu bliskim bardzo nie chcieliby znaleźć się w sytuacji takiej podglądanej osoby. Ale, jak wiadomo, z libertariańskiego punktu widzenia niedopuszczalne jest tylko inicjowanie agresji. Pytanie zatem brzmi: gdzie tu agresja?

Dosłowna, zgodna z tym, co pisali klasycy libertarianizmu, odpowiedź pozornie brzmi: nigdzie. W żadnym momencie całego procesu nikt nie zainicjował przemocy wobec ciała lub własności podglądanej osoby ani niczym takim nie groził. I są libertarianie, którzy tak właśnie odpowiedzą, tłumacząc, że gdy technologia pójdzie tak bardzo do przodu, to właściwą odpowiedzią na pseudorentgenowskie lornetki będą zasłony antylornetkowe, że rynek to zweryfikuje, a technologiczny wyścig zbrojeń tylko przysłuży się ludzkości, bo skutkiem ubocznym tego wyścigu będą usprawnienia i wynalazki, które będzie się dało zastosować w innych, dużo pożyteczniejszych celach.

Może tak będzie w istocie, ale ponieważ futurystyki nigdy za wiele, jakoś nie sądzę, żeby zgodna z duchem libertarianizmu była sytuacja, w której biedak odarty jest nawet z takiej resztki prywatności, jak jego sny i myśli, tylko dlatego, że nie stać go na kask chroniący przed czytnikami. Nie jest to sytuacja analogiczna do tej, w której biedak narażony jest na pobicie, bo nie stać go na wynajęcie agencji ochrony, która by go broniła: w tej drugiej sytuacji agencji zapłaci lokalna, libertariańska społeczność, której będzie zależało na tym, żeby nie mieć w swoich szeregach ludzi nauczonych, że mogą innych bezkarnie bić, w tym pierwszym przypadku do czegoś takiego nie dojdzie, ponieważ jeśli czytanie myśli nie jest agresją, to agresją jest nasyłanie agencji na czytelnika myśli.

Sądzę też, że wielu ludzi nie chciałoby, żeby upubliczniono informacje na temat, na przykład, ich stanu zdrowia, nałogów czy fetyszy.

Teraz wyjaśnię, co miałem na myśli, używając w tytule notki słowa pochodnego od autorskiego neologizmu „infopropertarianizm”: pod tym słowem rozumiem pogląd, że istnieje coś takiego jak własność intelektualna. Przepraszam za niezbyt fortunny dobór słowa, sugerujący zmieszanie informacji z gruntem, ale niczego lepszego nie udało mi się wymyślić.

Ten pogląd stoi w sprzeczności z fundamentem, na którym opierają się infoanarchiści (choć technicznie można być jednocześnie infoanarchistą i infopropertarianinem, uznając po prostu, że własność dobra wolnego nie musi być chroniona przed kopiowaniem pod groźbą agresji), na przykład w tej notce bardzo cenionego przeze mnie Stanisława Wójtowicza. Fundament ten, jak również infoanarchizm jako taki, popiera i podziela według moich obserwacji większość libertarian. Okazuje się jednak, że nawet w tak niszowym środowisku znajdę swoją niszę.

Osobiście jestem infopropertarianinem i przeciwnikiem infoanarchizmu.


Zacznijmy od tego, że ograniczanie własności do bytów materialnych to anachronizm, który po prostu nie wytrzymuje próby czasu w zetknięciu z dzisiejszą techniką. Fundamentem bardzo dużej części istniejącej dziś, jak najbardziej materialnej własności, jest pewność ludzi co do własności jej pewnych niematerialnych ekwiwalentów: informacji na kontach bankowych. Ludzie nie produkowaliby i nie sprzedawaliby wielu rzeczy, gdyby nie mieli pewności, że pieniądze, które za nie otrzymują wyłącznie w formie informacji zapisanej gdzieś na bankowych dyskach, stanowią ich własność z każdego zdroworozsądkowego punktu widzenia, przynajmniej w granicach utylitarnych cech własności. I nie ma się co oszukiwać, że tutaj własność ma formę materialną, bo są dyski. Są, owszem, ponieważ własność intelektualna nie może istnieć bez nośnika informacji, którą stanowi (ale też nie jest jasne, czy ten nośnik musi być materialny: być może może nim być na przykład czysta energia, a czy wzór Einsteina wystarcza, żeby potraktować energię jak byt materialny, jest kwestią filozoficzną przekraczającą ramy niniejszej notki).

Ale tak naprawdę żeby wydać pieniądze leżące na czyimś koncie w banku musisz po prostu mieć tylko pewne informacje. Informacje dotyczące tego, co konkretnie należy zrobić, jakich kluczy użyć, i jak sformułować inne informacje, które wyślesz do innych banków, tak, żeby wszyscy uznali, że to Ty wydałeś te pieniądze w takim i takim celu. Tak działa bankowość, tak działa Bitcoin. I wszystko, co oparte jest na przepływie informacji.

Oczywiście informacje te są szyfrowane, ale przecież szyfr to nic innego jak para informacji: jedna informacja właściwa w postaci zaszyfrowanej i druga informująca, jak odszyfrować tę pierwszą.

Zanim odpowiem na argument z rodziny „przecież kopiowanie informacji wystarczających do podjęcia opisanych wyżej działań może być zakazane umownie” chciałbym stanowczo stwierdzić, że moim zdaniem własność może przybierać dowolne formy, nie tylko materialne.

Jestem zwolennikiem jednej z wersji klasycznych definicji własności: własność to prawo użycia, nadużycia, zużycia, zniszczenia i pobierania pożytków. Wiem, na WOS-ie uczyłem się, że własność to „prawo posiadania i dysponowania jakąś rzeczą”. Nowomowa, pozwalająca wyłączyć z pojęcia własności nie tylko informację, ale też zwierzę, być może roślinę, być może nawet własne ciało. Zależy, kto będzie interpretował. Ja wolę definicję klasyczną.

Pierwsze, co się rzuca w oczy w tej definicji, to kompletny brak ograniczeń na potencjalny przedmiot własności. Własnością jest wszystko, do czego masz wyżej wymienione prawa. Może nią być nawet czterdziesty wymiar Wszechświata, który w jednej czwartej jest czasowy, a w trzech czwartych przestrzenny. W czym to przeszkadza? Możesz nie mieć możliwości skorzystania ze swoich praw, ale to nie oznacza, że nie masz praw. To ważny niuans: infoanarchiści często powołują się na to, że raz puszczonej w obieg informacji nie można zniszczyć, bo nie wiadomo, które nośniki trzeba byłoby zniszczyć, żeby znikąd jej się nie dało powielić. Zgoda, ale co z tego? Czy libertarianin powinien zakazywać podróżowania w kosmosie z prędkością ponadświetlną? Nie! Nie krzywdzisz nikogo, nie grozisz skrzywdzeniem nikogo, chcesz, to sobie podróżuj i z prędkością miliarda c, jeśli potrafisz! Jestem pewien, że nie potrafisz, że nie ma takiej możliwości, ale to tym bardziej nie jest powód, żeby zabierać Ci to prawo! Utylitarnie nawet dla nielibertarian: po co się męczyć wprowadzaniem ograniczenia, którego i tak nie da się złamać?!


Dlatego przyjmuję podaną powyżej definicję własności bez ograniczników w postaci materialnego przedmiotu własności. Ani bez innych ograniczników niewynikających z definicji.

Informacji nie da się pierwotnie zawłaszczyć w myśl libertariańskiej ideologii, zgoda, ale to dlatego, że, jak już wspomniałem, informacja nie istnieje bez nośnika, a nośnik na ogół jest już zawłaszczony, ponieważ nośniki niczyje nie mają na ogół zdolności do kreowania informacji w postaciach weryfikowalnych. Może i w którymś kamieniu świata jest zaszyty algorytm bezbłędnej gry w szachy, jeśli tak jest, to informacja może zostać razem z kamieniem pierwotnie zawłaszczona, natomiast zrobienie z niej użytku to już innej klasy problem. I to nie mój, tylko właściciela kamienia. A najprawdopodobniej niczyj, bo nikt się nie dowie o istnieniu tego problemu.

Jednakże pierwszym nośnikiem informacji jest jej producent, na ogół ludzki mózg. Nie potrzeba jej więc zawłaszczać w żaden specjalny sposób, ponieważ zgodnie z libertariańską doktryną produkty naszej własności to też nasza własność.

I oczywiście można zastrzec umownie korzystanie z niej. Tak, jak pisał Stanisław Wójtowicz w przykładzie z książkami, w którym kupujący zobowiązuje się pod jakąś horrendalną karą,  że nie dopuści do tego, żeby informacja wydostała się dalej. Argument, że pod groźbą takiej kary nikt nie kupowałby książek z obawy, że je zgubi, nie brzmi libertariańsko: mogłoby tak być, ale byłaby to zwykła weryfikacja rynkowa. Gdy nie chodzi o książki, a o supertajny proces produkcji czegoś niezwykle dochodowego, nowi pracownicy jakoś podpisują tego typu klauzule. I jakoś informacji nie „gubią” w świat. Ludzie po prostu kupowaliby mniej takich książek, być może palili tak kupione po przeczytaniu, a najprawdopodobniej weryfikacja rynkowa skończyłaby się tym, że kupowane byłyby tylko książki autorów o infoanarchistycznych zapędach, którzy pozwalaliby robić z treścią książki co się komu żywnie podoba. I chyba nie jest to coś, z czym infoanarchista chciałby walczyć.

No dobrze, powie ktoś, jesteś właścicielem informacji o tym, jak wyglądasz nago. Ale przecież skoro ta informacja ujrzała światło dzienne bez agresji wymierzonej w Twoją stronę, to niczego to nie zmienia: nie masz prawa użyć agresji, żeby uniemożliwić dowolne użytkowanie tej informacji, bo wówczas będziesz inicjatorem.

To jest dobry zarzut. Wrócę teraz do pierwotnie postawionego pytania o lornetkę. Zadałem je w prywatnych rozmowach kilku moim znajomym libertarianom, którzy przy okazji są infoanarchistami, i jeden z nich udzielił wymijającej, ale bardzo cennej odpowiedzi: moralność libertariańska powstała w innych technicznie czasach i należałoby się zastanowić, czy wobec zmian, jakie zaszły, nie należałoby jej zmienić. Dosłowny cytat:

to byłaby sytuacja, w której uległyby zmianie warunki, w których wytworzyła się nasza moralność

Zmienianie moralności tak, żeby nadążała za techniką, wydaje mi się dość wątpliwe i prowokuje pytania o fundamenty takiej moralności (przy czym gwoli uczciwości dodam, że nie odebrałem odpowiedzi znajomego jak sugestię, żeby zmienić moralność; raczej jak całkiem poważnie postawione pytanie, czy należy to robić z takich powodów, pozostawione bez odpowiedzi), ale wydaje mi się, że można z duchem czasu przedefiniować nieco agresję na cudzą własność. Jakkolwiek nienaturalnie to zabrzmi, proponuję następujący dodatek:

Jeżeli właściciel podjął oczywiste starania mające na celu nieujawnienie pewnych atrybutów swojej własności, to ujawnienie tych atrybutów bez zgody właściciela jest agresją wymierzoną w jego własność.

Brzmi to dość nienaturalnie, gdyby tradycyjny libertarianizm miał być rozbudowany tylko o to, wyglądałoby to wręcz jak tkanka nowotworowa na organizmie, który poza tym jest zdrowy. Wydaje mi się jednak, że nie można uporczywie trzymać się tradycji, która źle znosi próbę czasu w obliczu rozwoju techniki. Fundament moralności pozostaje niezmieniony: inicjacja agresji i tylko ona jest niedopuszczalna. Nie ma też żadnych sztuczek semantycznych otwierających furtkę np. do uznania bierności za inicjację agresji w pewnych przypadkach (mam niejasne wrażenie, że wykorzystując odpowiednio intensywnie tylko tę jedną sztuczkę można byłoby na fundamencie libertariańskim zbudować komunizm, ale to kolejna dygresja przekraczająca tematykę tej notki). Jest jedynie rozszerzenie definicji, ale w ramach jej ogólnego kierunku, jakim jest aktywne działanie bezpośrednio interferujące z cudzą własnością i zmniejszające jej wartość.

Bez przyjęcia tej lub podobnej definicji nie ma oczywiście mowy o infopropertarianizmie zgodnym z libertarianizmem. Ale nie ma też mowy o jakiejkolwiek prywatności, bo nie oszukujmy się: rozwój techniki będzie przełamywał coraz więcej barier i nowinki ofensywne (lornetka pseudorentgenowska) zawsze będą poprzedzały nowinki defensywne (zasłony antylornetkowe), bo nie da się bronić, jeśli się nie wie, przed czym. W praktyce będziemy mieli taką sytuację, jak teraz w kwestii wirusów komputerowych: zabezpieczenia są coraz bardziej złożone, coraz bardziej wymagające technicznie, a i tak nikt nie może nigdy czuć się stuprocentowo bezpieczny.

A co jeszcze gorsze, stosunkowo najwięcej dla poczucia bezpieczeństwa robi tu państwowa knaga, bo gdyby nie grożące kary więzienia, to nowe wirusy komputerowe, na które programy antywirusowe będą gotowe, ale dopiero jutro, mnożyłyby się jeszcze szybciej.

A skoro nie ma mowy o prywatności, to zaczynam się zastanawiać, czy jest mowa o wolności. Wolność, w której każdy może robić co chce, ale jednocześnie każdy każdego podgląda, nie wydaje się mnie, jako wolnościowcowi, kuszącą perspektywą. Czuję, że teraz zaczynają rządzić moim wpisem emocje. Nie wiem więc, czy taki brak prywatności jest rzeczywiście niewolnościowy, czy może jestem umiarkowanym wolnościowcem, który uważa, że wolność łamania cudzego prawa do prywatności nie powinna istnieć tak samo, jak wolność zabraniania innym nieagresywnych zachowań pod groźbą przemocy.

Nie chcę w tym miejscu wchodzić w spór semantyczny. Moje stanowisko jest takie: mam nastawienie libertariańskie, ale odrzucam infoanarchizm. Jak to nazwiecie, nie jest dla mnie aż tak istotne.


Zaznaczmy przy tym, że wszystko, co opisane wyżej, może zostać użyte do obrony koncepcji prawa autorskiego w libertariańskim ładzie, natomiast absolutnie nie do obrony koncepcji prawa patentowego. To zupełnie inna sprawa: w przypadku patentu właściciel informacji celowo ją upublicznia po to, żeby nikt inny nie mógł zrobić z niej użytku praktycznego, nawet mając tę informację, a nawet dochodząc do niej samodzielnie bez wiedzy, że ktoś inny doszedł do niej wcześniej. Prawa patentowego nie bronię, bo (przynajmniej w tej chwili) nie czuję takiej potrzeby. Jeśli ktoś niezależnie wpadnie na taki sam pomysł, ma takie samo prawo z niego skorzystać: w przypadku pomysłów technicznych, których dotyczy ochrona patentowa, będziemy mieć zdrową konkurencję rynkową, a w przypadku pomysłów czysto twórczych, jak książka czy wiersz, o konkurencję trudno, ale wszystkie problemy będą mieć naturę czysto procesową, nie doktrynalną (dotyczyć będą głównie dowodzenia, że ten, kto opublikował utwór jako drugi, nie znał pierwotnej publikacji).

To wszystko rzekłszy pragnę podkreślić z całą mocą, że jako autor niniejszego bloga czuję się właścicielem zamieszczonych na nim treści w każdym możliwym rozumieniu i deklaruję, że nie zamierzam z tej własności korzystać w pełnym zakresie opisanym w niniejszej notce. Kopiowanie całości lub fragmentów moich wpisów (z zastrzeżeniem poczynionym w podlinkowanej deklaracji) nie jest i nigdy nie będzie przeze mnie uznane za akt agresji, ponieważ nie wnoszę najmniejszego sprzeciwu wobec robienia tego typu użytku z mojej własności, niezależnie od tego, czy i czyim zdaniem miałbym prawo taki sprzeciw wnieść i na ile byłby on wiążący. Nie wnoszę, więc nie muszę się tym martwić.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

6 myśli nt. „Infopropertariańskie dywagacje”

  1. Najpierw miod:

    Sluszna jest uwaga, ze slaba to moralnosc, ktora nie przechodzi proby czasu.

    Teraz dziegc:

    Przyklad z kontem bankowym nie jest trafny. O ile odczyt danych nie jest agresja, to wydobycie srodkow z konta juz jest, bo pociaga za soba zmiane nosnika danych, wbrew woli wlasciciela (bo bank chce by tylko jego klient mogl dokonywac operacji zmieniajacych jego stan).

    To ze moze powstac jakis hipotetyczny wynalazek, ktory spowoduje rozdzwiek miedzy stanem rzeczy pozadanym przez praktycznie kazdego a wnioskami wyplywajacymi z poznania etyki to tez slaby argument. Prawdopodobnie przy odrobinie gimnastyki umyslowej mozna wymyslic wynalazki, ktore prowadza do niefajnych, a zgodnych z etyka skutkow w innych miejscach, ale pozostaja one w strefie fantazji. A wspolczesnie do obrony swojej prywatnosci wystarczy robic to, co i tak juz robimy – zaslaniajac zaslony…

    1. Mam dwie uwagi.

      1. Językowa: „dziegieć”.

      2. Fundamentalna: „Przyklad z kontem bankowym nie jest trafny. O ile odczyt danych nie jest agresja, to wydobycie srodkow z konta juz jest, bo pociaga za soba zmiane nosnika danych, wbrew woli wlasciciela (bo bank chce by tylko jego klient mogl dokonywac operacji zmieniajacych jego stan).”

      Tylko że problem tutaj ma klient, podczas gdy jedynym podmiotem uprawionym do twierdzenia, że padł on ofiarą agresji, jest bank. Dysk należy do banku, to środki zgromadzone w banku są własnością klienta, a informacja na dysku jest jedynym potwierdzeniem tej własności.

      Poza tym „chcenie” to słaby argument, zwłaszcza w kwestii informacji: czy jeśli chcę, żeby tylko moja żona przekazywała mi informacje ze świata (modyfikując tym samym ich nośnik, jakim jest mój mózg, stanowiący bez wątpienia moją własność), to Kowalska, która przez balkon krzyczy Nowakowej, że Wiśniewski rozwiódł się z Malinowską, tak, że ja to słyszę, dokonuje na mnie aktu agresji? A gdyby powiedziała to wprost do mnie (wiedząc, że nie chcę żadnych informacji, których źródłem jest ona)?

    2. Jeszcze co do wynalazków to pragnę nieśmiało zauważyć, że gdybyśmy przenieśli się o wiek w czasie, do I wojny światowej, to doktryna libertariańska byłaby już sformułowana, natomiast infoanarchizm byłby problemem akademickim, ponieważ kopiowanie tych informacji, które chcą przed kopiowaniem chronić dzisiejsi infopropertarianie, było zwyczajnie bardzo drogie. Na tyle drogie, że było dostępne wyłącznie elitom, co właściwie wyklucza bycie pożywką dla jakiegokolwiek nurtu anarchistycznego, który zwykle większość swych członków (i masę krytyczną konieczną do zaistnienia w świadomości społecznej) czerpie z warstw niższych.

      Skoro to się dokonało, to nie ma powodu sądzić, że scenariusz, o którym ja napisałem, nie dokona się w kolejnym wieku. Mówię o lornetce: czytanie myśli zajmie pewnie i ze dwa wieki.

  2. Po co w tym wszystkim futurystyczne technologie? Czemu tego samego rozumowania nie można by przeprowadzić wobec zwykłej lornetki, albo nawet gołego okna? – oczywiście gdy ktoś się nie zasłania.

    Może nie byłem dostatecznie uważny, ale nie dostrzegam w tekście żadnych argumentów, które nie byłyby równie dobre, wobec człowieka rozbierającego się w parku i twierdzącego, że jako właściciel nie życzy sobie, by na niego patrzono.

    Rozwój technologii nie ma tu nic do rzeczy! Można by ewentualnie jeszcze bronić poglądu obrony (zasłonięcie się) i jej przełamania (urządzenie, które zasłonę przenika). Ale i wtedy odległość pokonywana przez konwencjonalną lornetkę jest wystarczającym przykładem. Nie wybiegającym w przyszłość. A co ważniejsze, dostępny od tak dawna, że można by się spodziewać, że zagadnienie powinno już być rozwiązane.

  3. Eee , tam
    ” uważam, że własność intelektualna istnieje, należy ją chronić, a ponieważ nie chcę, by ktoś mnie fotografował przez otwarte okno, podciągnę to pod intel. własność i…voila! ”
    – to ma być rzetelna argumentacja?
    Niniejszym popieram zastrzeżenia Pana Badury.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *