Jak będzie w libertarianizmie, a jak będzie „trochę” później?

Dobry wieczór.

Miałem dziś ochotę na raczej długi i zupełnie apolityczny wpis, ale pod poprzednią notką pojawił się komentarz, na który wypada odpowiedzieć. Chwilę gryzłem się z myślami, aż zdecydowałem: będzie apolityczna notka, a potem odpowiedź. Komu się nie chce czytać filozofowania, niech od razu przewija na sam dół.


Zadałem sobie niedawno pytanie: czy jest możliwe, żebyśmy po tym, jak umrzemy w ziemskim znaczeniu tego słowa, spotkali się jeszcze kiedykolwiek gdziekolwiek, przy założeniu, że nie ma Boga ani żadnej związanej z Nim formy życia pozagrobowego?

Ja w Boga wierzę, ale nie przeszkadza mi to snuć rozważań, a co jeśli Go nie ma, bo nie jestem w stanie sprawdzić, czy On istnieje, czy nie. Nikt nie jest w stanie, póki żyjemy. Ale nawet gdybyśmy byli w stanie, to w pewnym zakresie można się zastanawiać, „co by było, gdyby?”.

Zacznę od pytania: a co Państwo o tym sądzą? Proszę chwilę pomyśleć, ale niezbyt długo. Istotą pytania nie jest to, żeby przemyśleli Państwo temat, tylko to, żeby zadać następne: co to znaczy, że Państwo coś o czymś sądzą?

Cały dowcip w tym, że póki żyjemy, intuicyjnie rozumiemy, co to znaczy, że Ty i ja możemy się spotkać. Gdybyśmy natomiast mieli umrzeć, a później ponownie się spotkać bez udziału Boga, to aby w ogóle rozważyć taką ewentualność musimy wiedzieć, co właściwie znaczy „Ty” i co znaczy „ja”. Mamy świadomość własnego istnienia i pytanie brzmi: czy jeśli to istnienie zostanie przerwane, to może zostać wznowione?

Tutaj problem polega na tym, że nie wiemy, czym właściwie jest ta świadomość. I nie chodzi o poziom filozoficzny, ale o czysto fizyczny, chemiczny, biologiczny, i ogólnie naukowy w sensie ścisłym. Tym bardziej, że sama koncepcja nie wydaje się antropocentryczna, choć raczej jest wymogiem silniejszym niż po prostu życie polegające na przemianie materii i replikowaniu własnego DNA. Człowiek ma świadomość własnego istnienia i wydaje się nieprawdopodobne, żeby taką świadomość miał również żywy grzyb. Ale równie nieprawdopodobne wydaje się, żeby tej świadomości nie miał żywy szympans. Gdzie leży granica? Nie wiadomo.

Jeśli świadomość owa jest gdzieś „zaszyta” w czymś fizycznym, to być może kiedyś się tego dowiemy. Może wzniesiemy się na taki poziom rozwoju technologicznego, przy którym będziemy w stanie odtworzyć człowieka, który zmarł, budując go dokładnie z tych samych atomów i cząstek elementarnych, z których był zbudowany, na wypadek gdyby zagadka kryła się w jakoś rozróżnialnych instancjach atomów tego samego pierwiastka. Po takim „wskrzeszeniu” człowiek będzie w stanie powiedzieć, czy to ten sam, który zmarł, czy nie. Jeśli świadomość jest czymś fizycznym.

Może być tak, że nie jest. Ale wówczas nie widać powodu, dla którego czysto fizyczny koniec życia miałby ją unicestwiać. Tu można już wkraczać na tereny, gdzie zaczynamy przeczyć założeniu o nieistnieniu Boga, ale równie dobrze możemy uznać, że to po prostu reinkarnacja, która nie jest wynalazkiem Boskim, ale zwykłym prawem Wszechświata, tyle że przekraczającym nasze możliwości poznawcze. Tak czy inaczej: albo jest to część „naturalnego” budulca naszego Wszechświata, albo Palec Boży. Ponieważ mieliśmy zakładać nieistnienie Boga, pozostaje hipoteza, że świadomość własnego istnienia jest po prostu rodzajem jakiegoś bytu, który we Wszechświecie się zdarza, tak jak zdarzają się w nim gwiazdy czy planety.

Oczywiście w każdym z tych scenariuszów możemy się spotkać teoretycznie po śmierci. Pechowo jednak prawdopodobieństwo takiego spotkania jest bardzo, bardzo małe, nawet gdyby Wszechświat trwał bardzo, bardzo długo, zanim zrealizuje się scenariusz pustego i nieciekawego Wszechświata, w którym na kawałki rozpadają się nawet protony. Nie jest to więc zbyt krzepiąca ewentualność.


Znacznie bardziej podniecająca jest myśl, że może jednak w którymś momencie Wszechświat zatrzyma się, a potem zacznie się zapadać, by w końcu stać się podobną osobliwością do tej, z której wg teorii Wielkiego Wybuchu powstał nasz Wszechświat, po czym uruchomić proces od nowa. To napotyka jednak na pewien problem: wraz z Wielkim Wybuchem powstały prawa fizyki, które pozwalają nam istnieć, a minimalne odchylenie któregokolwiek z nich już wykluczyłoby taką ewentualność. Naukowcy spierają się o prawdopodobieństwo zaistnienia tak sprzyjających okoliczności, ale generalnie zgadzają się, że występuje tutaj ogromna liczba zer po przecinku przed pierwszą cyfrą znaczącą. W drugim Wielkim Wybuchu nie uda nam się. W trzecim też nie. Nawet w dziesiątym, w setnym, w kwadrylionowym.

Ale mimo wszystko za którymś razem się uda, a przynajmniej, zgodnie z prawem wielkich liczb, powinno się udać. Po którejś tam próbie powinien powstać Wszechświat z fizyką identyczną jak nasza. Co więcej, co ileś (gdzie „ileś” to zapewne jedynka z liczbą zer przekraczającą liczbę atomów znanego nam Wszechświata) takich Wszechświatów cała historia powinna się odtworzyć jeszcze raz, dokładnie powtarzając to, co już było. Tak, jak po dużej, ale skończonej liczbie losowań powtarzają się wyniki totka.

Co nam z tego, ktoś spyta, skoro czas oczekiwania na coś takiego przekracza wszelkie wyobrażenia! I tu najlepsze: jeśli to działa właśnie w ten sposób, to po śmierci nie będziemy na to czekać ani chwili. Owszem: upłynie mnóstwo czasu, zanim znowu spotkamy się, ale nasze świadomości nie zarejestrują w żaden sposób tego upływu czasu, bo niby jak?

I w tym scenariuszu to, że się spotkamy, jest nie tylko prawdopodobne: jest niemal pewne.

Czy taki scenariusz jest prawdopodobny? Moim zdaniem nie: gdyby był, masowo przypominalibyśmy sobie swoje poprzednie wcielenia. Jest oczywiście możliwe, że jesteśmy dopiero pierwszą iteracją nieskończonej pętli Wielkich Wybuchów (któraś musiała być pierwsza), ale szansa nie wydaje się duża.


Czy scenariusz z jednym Wielkim Wybuchem i Wszechświatem dążącym do samounicestwienia w beznadziejnie wielkiej próżni jest prawdopodobny? Owszem, pod warunkiem, że Wielki Wybuch to coś, co zdarzyło się raz. Ale w takim wypadku, biorąc pod uwagę doskonałe dostrojenie fizycznych parametrów Wszechświata do tego, abyśmy w nim zaistnieli, trochę trudno jest obronić tezę, że zdarzyło się to spontanicznie, bez udziału inteligentnej Siły Wyższej.

Czy są inne możliwości? Oczywiście, ale to pozostawię już Czytelnikowi do samodzielnych rozważań.

A teraz obiecana odpowiedź.

{Peppone}:

Co do 1 – wyobraź sobie dwa skrajne stany. Pierwszy – imigranci grzecznie czekający na granicy na weryfikację. Nie przejdą – nie wjadą. Nie wjadą – nie robią burdy.
Drugi – regularna wojskowa inwazja. Żołnierze przekraczają granicę siłą przełamując obronę.
Jak dla mnie napór imigrantów przypomina bardziej sytuację nr 2. Przeważające liczebnie siły albo przedzierają się przez granicę, albo wykorzystują np. prawo morskie (widzi okręt lub statek z banderą kraju UE -> przebija ponton i trzeba go ratować). Nawet libertariańskie państwo jest zobowiązane do a) obrony granic oraz b) egzekwowania prawa. Jeżeli ktoś próbuje nielegalnie przekroczyć granicę – czy to kilku nieuzbrojonych chłopa, czy też dywizja pancerna – to w każdej z tych sytuacji psim obowiązkiem państwa jest do tego nie dopuścić.
Oczywiście, jest jeszcze jedna opcja – bardzo swobodny ruch transgraniczny. Jednak tworząc państwo libertariańskie w nielibertariańskim świecie i zachowując otwarte granice na swobodny przepływ nie-obywateli znalazłbym się w sytuacji, w której fundamenty państwa ulegają poważnemu zagrożeniu. Jeżeli np. przyjmiemy typowy libertariański system podatkowy (pogłówne + podatek od majątku jako dwa główne źródła dochodów państwa), to do tego muszę mieć jakąś ewidencję ludności. Owszem, można powiedzieć, że kto nie figuruje w tej ewidencji – nie jest obywatelem; jak nie jest – nie płaci z tej racji przynajmniej pogłównego i nie ma żadnego prawa do ochrony przez państwo. W skrajnym przypadku oznacza to, że takiego niezarejestrowanego uchodźcę można bezkarnie nabić na pal na środku ulicy – bez powodu. Czyżby to miało oznaczać, że – koniec końców – nad granicą będzie warowało stado myśliwych polujących dla rozrywki na plisnoły? Nie jest to moje ulubione rozwiązanie. Uważam, że każde nowe nadane obywatelstwo powinno być ciężko zasłużoną (i zapłaconą w jednorazowym podatku) nagrodą, tak, aby to państwo zachowało charakter elitarny; żeby przyciągało zdeterminowane, pomysłowe, przedsiębiorcze, lekko awanturnicze, pracowite jednostki. To pozwoli na zmianę mentalności społeczeństwa w ciągu paru pokoleń. A trwała zmiana mentalności to jest wg mnie sposób na to, żeby ustrojowi państwa nie zagroziła żadna demokracja albo inne chore wymysły.

Wypada tutaj zadać sobie następujące pytanie: gdy już uda się wprowadzić libertarianizm w jakimś państwie, to jak będzie to państwo wyglądało? Mam wrażenie, że {Peppone} wyobraża sobie owo libertariańskie państwo jako molochowatą (powiedzmy, wielkości dzisiejszej Polski), monolityczną ustrojowo enklawę pośród innych państw, w których panują mniej lub bardziej obrzydliwe ustroje, na ogół jakieś odmiany demokracji.

Moim zdaniem coś takiego jest możliwe tylko przez krótki okres, po którym państwo staje się na powrót jakimś nielibertariańskim zamordyzmem lub rozpada się na szereg państw wielkości dzisiejszych większych osiedli lub wsi. Współpracujących, o w pełni przepuszczalnych granicach, ale suwerennych.

Załóżmy optymistycznie drugi scenariusz (bo pierwszy nie prowadzi do niczego nowego w stosunku do tego, co już mamy). Te suwerenne państewka prowadziłyby własną politykę każde. Nie sądzę, żeby zaistniała realna potrzeba ochrony granic, choć nie wykluczam, że zawiązałyby one między sobą jakiś pakt a’la NATO do militarnej ochrony granic całego tego libertariańskiego konglomeratu, i to nawet miałoby trochę sensu. Tyle że byłoby raczej niepotrzebne w stosunku do uchodźców.

Żadne z państw, na które podzieliłaby się Polska, nie wchłonęłoby w praktyce tylu uchodźców, żeby stali się oni groźni, bo przecież groźni mogą się oni stać głównie przez ich liczbę, ale połączoną z koncentracją w jednym miejscu. Nie wchłonęłoby nie ze względu na jakieś lokalne, drakońskie i nielibertariańskie prawo (choć gdzieniegdzie mogłoby wystąpić i to, co nie burzy zasady, dopóki społeczność jest tak mała, że w praktyce głos społeczności jest na ogół głosem każdego z jej członków, a nie tylko głosem większości), tylko dlatego, że wypadkowa jednostkowych decyzji ludzi nie spowodowałaby sprzedaży uchodźcom odpowiedniej liczby mieszkań, ubrań, bułek, długopisów, itd. To się po prostu nie bierze z niczego, powierzchni się nie napompuje.

Jak sobie wyobrażam taką sytuację, to nie widzę czterdziestomilionowej społeczności złożonej z ludzi, wśród których niemal nikt nikogo nie zna (A nie zna B jest z dużym prawdopodobieństwem prawdziwe dla losowo wybranych A i B), wewnątrz której powstają kilkutysięczne skupiska obcych, którzy dobrze się znają, tylko dużo skupisk liczących po kilkaset lub kilka tysięcy osób, z których większość zna się wzajemnie przynajmniej z widzenia, a wewnątrz których znajduje się kilkunastu obcych, nieznanych, i przez to pozostających pod czujną obserwacją. W razie potrzeby skazywanych na karę banicji.

Dlatego nie widziałbym w takich warunkach powodu, żeby interweniować odgórnie.

A gdyby jednak była jedna, wielka, libertariańska Polska? Wtedy interwencja może i byłaby zasadna, tylko zaczynam wątpić, czy taka Polska w ogóle byłaby libertariańska. Przecież esencją libertarianizmu jest to, żeby niczego nikomu nie narzucać, a ludzie mają bardzo różne preferencje (niektórzy nie chcą, żeby narzucać im życie w systemie, który niczego nie narzuca ich sąsiadom!). Zaspokojenie preferencji czterdziestu milionów ludzi jednym ustawodawstwem jest niemożliwe. To nie będzie libertarianizm albo nie wytrzyma próby czasu. Ale jeśli ustawodawstw będzie kilkadziesiąt tysięcy, to prawie każdy będzie mógł znaleźć swój ideał lub coś sensownie mu bliskiego z powodów praktycznych. I nawet nie trzeba będzie robić wielkich wędrówek: jak się spojrzy na stosunek Polaków do, powiedzmy, in vitro, to najprostsza linia podziału wzdłuż Wisły już plasuje więcej Polaków po właściwej stronie niż podział czysto losowy, a to dopiero dwa z zamierzonych kilkudziesięciu tysięcy państw. I to się zbliża do libertarianizmu.


Oczywiście nie osiągając ideału, jakim jest taki podział świata na państwa, żeby każde miało dokładnie jednego mieszkańca. Ale nie bądźmy zbyt pazerni, również na ideały.

Przypominam o konkursie.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

5 myśli nt. „Jak będzie w libertarianizmie, a jak będzie „trochę” później?”

  1. Twoja odpowiedź poszła w ciekawym, niespodziewanym dla mnie kierunku. Istotnie, poczyniłem pewne myślowe uproszczenie-założenie, że takim libertariańskim państwem jest Polska i że jest ona otoczona nielibertariańskimi państwami.
    Zgodnie z prawem Kopernika gorsze ustroje tych państw próbują stłamsić polski libertarianizm, dlatego silna władza centralna (mądry i przywiązany do idei libertariańskich król, dajmy na to) pilnuje, żeby nikt siłą ustroju nie obalił. No, ale nie chcę dyskutować o założeniach.
    Przyjmując, że na terenie obecnej Polski powstałoby kilkadziesiąt tysięcy minipaństewek (przypomnę, że gmin jest niecałe 2,5 tysiąca), to znaczy, że każde z nich było by jak, powiedzmy, 1/10 gminy. Przyjmijmy, że raczej liczba ludności byłaby podobna w każdym z tych państewek. Oznacza to, że w każdym z tych państewek byłoby ok. 1.400-1.500 obywateli. Któreś z tych państewek musiały by leżeć przy obecnych granicach Polski. A wtedy pierwsza lepsza horda imigrantów zrobiłaby takiemu państewku forsowanie Odry Wałem Pomorskim.

    1. Stąd właśnie polski odpowiednik NATO. Na tego typu sytuację. Twierdzę co prawda, że gdyby takie NATO istniało, to do takiej sytuacji by nie doszło, ale akurat przy tym się nie upieram.

  2. Przepraszam za komentarz nie na temat, ale to bardzo ważne.

    Co roku w Przemyslu organizowane jest pochód Ukraińców na którym
    jawnie czczą zbrodnicze organizacje OUN i UPA które okrutnie
    zamordowały 200tyś Polaków na kresach w czasie 2 wojny światowej.
    Idą z czerwono czarną banderowską flagą. To jest jawne plucie
    Polakom w twarz za przyzwoleniem zdradzieckich władz Przemyśla.
    Powiedzmy temu stop, to wstyd i hańba. Podpiszcie petycję, link załaczony.
    Jeśli czujesz się prawdziwym Polakiem i patriotą podpisz petycję
    i udostępnij link dalej, np na swoim Facebook-u. Zamordowane kobiety i
    dzieci na Wołyniu przewracają się w grobach
    kiedy święto zbrodniarzy UPA odbywa się na terenie Polski!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *