Jak rozumieć argumenty?

Dobry wieczór.

Zauważyłem, że w dyskusjach często jest problem z właściwym zrozumieniem argumentu. Nie chodzi nawet o samą treść argumentu, tylko o wyciągnięcie właściwych wniosków z tego, że został on podany. Zapraszam do lektury moich spostrzeżeń.


Na początku może banał. Ale potrzebny.

Co to jest argument?

Wydawałoby się, że każdy to wie, ale czy odpowiedź jest rzeczywiście taka łatwa? W każdym razie ja, bez szukania w słownikach, powiedziałbym, że argument to przesłanka za jakąś tezą. Nie ma sensu dodawać „lub przeciwko”: teza przeciwna to też teza.

Tymczasem w dyskusjach często ludzie zachowują się tak, jakby uważali argument (zwłaszcza podany przez siebie lub kogoś broniącego tego samego stanowiska co oni) jak ostateczną wyrocznię.

Dlatego warto kilka spraw uporządkować, zwłaszcza w kontekście argumentowania w kwestiach politycznych czy ideologicznych, gdzie tezy rzadko są sprawdzalne obiektywnie.

Argument to przesłanka.

Argument to nie jest żaden dowód za tym, że jakaś teza jest słuszna lub nie. To tylko przesłanka w tym kierunku. Można na nią patrzeć jak na odważnik. Mamy wagę, na której ścierają się dwa przeciwstawne poglądy, każda waga ma swoją szalkę, a na niej argumenty. W końcu któraś szalka przeważa po wyczerpaniu argumentów i konkretny pogląd istotnie wygrywa, ale nie wygrywa „do zera”. Dzieje się tak, ponieważ

Obie strony mają swoje argumenty.

Nie oszukujmy się: niezależnie od tego, jak oczywista wydawać się będzie wszystkim słuszność jakiegoś światopoglądu, jest wysoce wątpliwe, żeby za światopoglądem przeciwnym nie dało się przytoczyć ani jednego argumentu. Nawet dyskutując o takich ekstremach, jak zagłada całej ludzkości, gdzie właściwie wszyscy się zgodzą, że byłoby to coś złego, łatwo zauważyć, że w efekcie takiej zagłady całkowicie zniknęłyby wojny, nienawiść, głód, śmierć, cierpienie ludzi, które z kolei prawie wszyscy uważają za rzeczy złe, zniknięcie których byłoby czymś dobrym.

To nie oznacza, że zagłada ludzkości jest czymś dobrym, ale to też nie oznacza, że argumenty za zagładą ludzkości nie istnieją. Jeśli chcecie być wartościowymi, merytorycznymi dyskutantami, to pogódźcie się z tym, że argumenty przeciwko Waszym fundamentalnym tezom istnieją. Tyle że


Można uznawać słuszność tezy, przeciwko której zna się słuszne argumenty.

W rzeczywistości każdy to robi i jest to znacznie dojrzalsze niż wypieranie tych argumentów (a jeszcze bardziej niedojrzałe jest zdawanie sobie sprawy z istnienia tych argumentów przy jednoczesnym oszukiwaniu przeciwników, że tych argumentów nie ma).

Wracając do metafory z odważnikami: ok, są odważniki na drugiej szalce, natomiast moja dla mnie przeważa. Druga może przeważać dla przeciwnika. Wynika to z tego, że

Różni ludzie różnie ważą różne argumenty.

Czasem dobrze to widać, gdy jest jeden mocny argument przeciwko drugiemu mocnemu argumentowi. Sporo ludzi zgodzi się, że zarówno Wolność, jak i Bezpieczeństwo, są czymś wartościowym. Gdy jednak dojdzie do sytuacji konfliktu, na jednej szali stanie Wolność, na drugiej Bezpieczeństwo, a inne argumenty będą miały wyraźnie mniejszą wagę, nierzadkie będą sytuacje, w której obaj oponenci zgodzą się, że waga wygląda właśnie tak, ale nie zgodzą się co do tego, w którą stronę się ona wychyli. Bo jeden ceni bardziej to, drugi coś innego.

Argumenty mogą mieć wagi ujemne.

To jest trochę mylące, ale świadczy jedynie o niedoskonałości analogii z odważnikami. W końcu jeśli na obronę tezy, że X jest czymś dobrym, dajemy argument, że X prowadzi do Y, to jednocześnie implicite argumentujemy, że Y jest czymś dobrym. Dla przeciwnika wcale tak być nie musi.


Klasycznym przykładem takiego argumentu w dyskusji między niektórymi wolnorynkowcami a niektórymi socjalistami jest sytuacja, w której dorosły człowiek ma zapewnione jakieś dobro rzadkie niezbędne do biologicznego przetrwania bez konieczności zaoferowania w zamian czegoś pożytecznego temu, czyim kosztem zapewnia się to dobro. Sama ocena tego, że taki człowiek dzięki temu przeżyje, jest dla jednego dyskutanta dodatnia, a dla drugiego ujemna.

Jeśli podaję argument za jakąś tezą, to nie znaczy, że uważam tezę za słuszną.

To znaczy tylko tyle, że widzę ten argument i dociera do mnie, że argumenty ma po swojej stronie każdy. Co więcej, na poziomie czysto psychologicznym to może paradoksalnie wzmacniać moje stanowisko, bo przeciwnik widzi, że się go trzymam mimo argumentu przeciwko, który sam podaję.

Jeśli podaję argument za jakąś tezą, to nie znaczy, że uważam argument za sensowny.

To już brzmi paradoksalnie, ale wcale takie nie jest. Mogę osobiście uważać argument za nonsensowny (częściej jednak za sensowny argument mający ujemną wagę), ale podaję go, ponieważ uważam, że będzie argumentem na korzyść mojego stanowiska w odbiorze ludzi, do których argument dotrze.

To jest bardzo ważny punkt. Dyskusje ideologiczne z ludźmi, z którymi człowiek się zgadza, są, oczywiście, przyjemne, ale niezbyt wiele wnoszą poza ewentualną wymianą argumentacji. Najwięcej wnoszącymi są dyskusje z przeciwnikami ideologicznymi. Warto przy tym pamiętać, że mocno okopany przeciwnik raczej nie przejdzie na naszą stronę pod naporem żadnej liczby argumentów żadnej wagi (to akurat łatwo zapamiętać: wystarczy postawić się w położeniu przeciwnika), ale słuchacze lub czytelnicy wymiany zdań mogą nie być aż tak okopani na swoich pozycjach. Najbardziej niewygodne do zbijania są argumenty zgodne z fundamentami moralnymi zbijającego, jeśli więc mogą posłużyć do wzmocnienia naszej tezy kosztem tezy zbijającego przeciwnika, to warto ich użyć, nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy.

Warto też zaznaczyć, że się z nimi nie zgadzamy. To nie ma działać na zasadzie maskującej sztuczki, to ma podkopywać fundamenty przeciwnika lub ich implikacje, ale nie powinno prowadzić do sytuacji, w której ktoś będzie nam mógł wytknąć, że danym argumentem bronimy tylko tych tez, których nam wygodnie nim bronić. Jeśli bronimy jakiejś tezy, to przecież mamy na jej obronę argumenty zgodne z naszym fundamentem, a jeśli ich nie używamy, to tylko dlatego, że uważamy, że inny argument zostanie wyżej oceniony przez przeciwnika, prawda?

Jeden argument może być decydujący.

O ile jest to argument fundamentalny. Dlatego radziłbym z tym nie szafować. Jeśli się ma dziesięć poglądów, na każdy ma się jeden argument uważany za koronny, zbijający wszystkie inne argumenty, i jest to dziesięć różnych argumentów koronnych, to prawie na pewno coś jest nie tak i nawet co inteligentniejsze dziecko kończące podstawówkę wymyśli sytuację, w której koronne argumenty staną ze sobą w konflikcie.

Fundament powinno się mieć jeden. Nienaruszalny pod żadnym pozorem, ale jeden (może nim być cała seria poglądów, o ile mają jasną hierarchię, który ma pierwszeństwo w razie konfliktu).

Argument jest tak samo dobry niezależnie od tego, jakiej tezy broni.

To chyba najtrudniejsze. Jeśli argument pasuje do wielu tez bez żadnych zmian, to za każdym razem jest tak samo dobry. Oczywiście często zachodzą zmiany na poziomie warunków początkowych wpływających na siłę argumentu. Ale znacznie częściej jest tak, że ktoś chętnie używa jakiegoś argumentu, ale jednocześnie odmawia przeciwnikowi prawa użycia go w sytuacji niewygodnej, podczas gdy należałoby raczej pokierować dyskusją tak, żeby użyć go jako odważnika na obu wagach, a mimo to przeważyć je w różne strony.

Przykładów nie chce mi się podawać, bo jest ich multum, ale jeśli ktoś chce, to proponuję wziąć dowolny wiecznie gorący temat, w którym spory dość szybko osiągają wysoki stopień emocjonalności, wyciągnąć z nich jakieś ogólne prawa, na jakich strony opierają swoje stanowiska, a następnie spróbować zastosować te same prawa w zupełnie innych kwestiach, często doprowadzając do stanowisk sprzecznych ze stanowiskami tych samych ludzi.

Klasyka to pytanie, czy powinienem mieć prawo wystawić na allegro własną nerkę, zadane człowiekowi niosącemu transparent „moje ciało, mój wybór”.

Argumentacja powinna być spójna.

I to na poziomie międzyaspektowym. Jeśli argument uważany przez Ciebie za koronny w jednej kwestii atakuje Twoje stanowisko w innej, nie ma powodu do dramatu. Prawdopodobnie źle identyfikujesz argument koronny. To jest do poprawienia.

Ale jeśli masz system wartości, którego nie da się tak poprawić, bo co chwila wyskakują tego typu problemy w ważnych sprawach, to znaczy, że tak naprawdę nie masz żadnego systemu wartości. A w każdym razie niczego, czego warto bronić udając, że robi się to merytorycznie. Możesz chcieć, żeby ludzie mieli wobec Ciebie obowiązki, których Ty nie będziesz mieć wobec innych ludzi, a jednocześnie głosić fundamentalny egalitaryzm, uniemożliwiając sobie sensowną konstrukcję czegoś, co doprowadzi do takiej różnicy obowiązków, ale nie oszukuj się, że masz to merytorycznie uspójnione w ramach jakiejś ideologii, bo nie masz.


Masz nie ideologię, a zwyczajne oczekiwania, które usiłujesz w jakiś sposób wpasować w zasady moralne tak, żeby móc bez wstydu spojrzeć na siebie w lustrze. Jeśli lubisz ten styl życia, proszę bardzo, ale ja lubię styl życia, w ramach którego jawnie Ci wytknę, że się oszukujesz.

Przepraszam za długą przerwę w pisaniu. Miałem problemy z komputerem, z którego zawsze bloguję, rozwiązanie ich kosztowało mnie sporo czasu (alternatywą byłoby sporo pieniędzy). Niewykluczone, że to nie koniec problemów, dlatego jeśli cenicie sobie skorpionowe wpisy, odżałujcie jedno piwko, wejdźcie tutaj, skopiujcie adres z prawej strony bloga i postępujcie zgodnie z instrukcjami, bo ja bardzo chętnie będę dla Was pisał, ale powyżej pewnego poziomu deficytowości będę musiał porzucić bloga. Mam parę rzeczy wyżej w hierarchii.

Do napisania, miejmy nadzieję, za tydzień. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *