Jak to będzie na Manifie

Dobry wieczór.

Nie, nie jestem futurologiem. Nie jestem też jasnowidzem. Jestem tylko, a może aż, obserwatorem życia wkoło, i to niezbyt uważnym. Ale w tym cała frajda: im mniej danych, tym bardziej trzeba wysilić mózgownicę, żeby coś z nich wydedukować.


Dedukuję więc, że na samej Manifie będzie mniej więcej tak, jak w zeszłych latach. Różnica w porównaniu z zeszłym rokiem polegać będzie głównie na tym, że tegoroczne prognozy pogody są o pogodne niebo lepsze. W kilku miastach Polski, mniej więcej jednocześnie, pojawi się po paręset lub parę tysięcy uczestników (częściej: uczestniczek, ale ponieważ sam nie zaliczam się ani do jednych, ani do drugich, wnioskuję wyłącznie na podstawie fotorelacji, a te zwykle pojawiają się w mediach, w których uczciwość i obiektywizm powątpiewam), połażą, pokrzyczą, porozdają ulotki i gazetki, w dużej części zresztą między sobą.

Efekty też będą takie, jak efekty dotychczasowych Manif. Czyli żadne albo prawie żadne. Składa się na to kilka przyczyn.

Pierwszą jest ta, że demonstracje te odbywają się równolegle w wielu miastach, więc w każdym z nich obserwator widzi niewiele osób. „Niewiele” to oczywiście termin płynny, ale w porównaniu z takim Marszem Niepodległości frekwencja jest śmiesznie mała. Do tego stopnia, że nawet nie ma jak manipulować kadrowaniem, żeby udawała większą. Może gdyby wszystkie te tłumki zebrały się w Warszawie…

Ale tak nie będzie, w Warszawie zbierze się kilkutysięczny, a nie kilkunasto- lub kilkudziesięciotysięczny tłumek. I ten kilkutysięczny tłumek zgłosi około dwudziestu postulatów, głównie na ulotkach, bo tabliczkę z napisem „PIERDOLĘ, NIE RODZĘ”, trzymaną przez mocno już podtatusiałego faceta, trudno uznać za jakikolwiek postulat. Nawiasem, czytałem już kilka takich manifowych ulotek z pozbieranymi postulatami. Świetna ściąga: zanegować wszystko od góry do dołu i całkiem niezły program polityczny jest już w 80% gotowy. Piszę to bez cienia ironii.

I tu dochodzimy do drugiej przyczyny: tych postulatów jest około dwudziestu. Rzeczpospolita Polska jest póki co circa czterdziestomilionową demokracją. Trudno więc uznać zasadność wprowadzania dwudziestu zmian w prawie na rok na wniosek paru tysięcy ludzi, którzy w dodatku nie są reprezentatywni dla suwerena, czyli Narodu, ponieważ nikt poza nimi samymi ich do tej reprezentacji nie powołał. Gdyby feministki wybrały dwa postulaty z tej listy i gardłowały tylko o nie, ich szanse byłyby znacznie większe. Ale nie wybiorą, bo odpuszczenie pozostałych osiemnastu czy iluś jest dla nich za trudne psychicznie, przynajmniej dla niektórych.


Nawet więc jeśli rządzący dostaną tę listę postulatów, to oni też tego wyboru nie dokonają. Po co mieliby to robić? Realizacja dwóch postulatów nie przysporzy wielu głosów z tłumu, który zgłosił ich dwadzieścia i poczuje się w 90% zignorowany, o ile, oczywiście, opłaca się walczyć o kilka tysięcy głosów realizacją dość radykalnych postulatów; w każdym razie wystarczająco radykalnych, żeby wiązać z tym ryzyko utraty znacznie liczniejszego elektoratu. A przed nami istny maraton wyborczy. Dwa razy w 2014 i dwa razy w 2015, jeśli nie zdarzy się nic nieprzewidzianego (a nieprzewidziane sytuacje zwykle zwiększają, a nie zmniejszają, liczbę głosowań).

Wszystkiego na jedną kartę, czyli na realizację całego kompletu, nie postawi się też dlatego, że większość tych postulatów jest zwyczajnie kosztowna, a feministki niezbyt jasno piszą, skąd wziąć na to pieniądze. To znaczy: owszem, pojawiają się argumentacje, żeby zaprzestać finansowania stadionów z podatków, bo podatki płacą wszyscy, a ze stadionów korzystają głównie mężczyźni. Problem w tym, że gdy zaraz potem tak zaoszczędzone pieniądze (które wcale nie przestały przez ten czas pochodzić z podatków płaconych przez wszystkich) chce się wydać na kliniki aborcyjne, to całe to zestawienie brzmi w najlepszym przypadku śmiesznie. O ile ma się odpowiednią dozę poczucia humoru, rzecz jasna.

A kibice to znacznie większy elektorat niż Manify. Większy nawet niż Marsz Niepodległości. Nie mówię tu o stadionowych bandytach, w których rządzący i tak już uderzyli, a o prawdziwych kibicach, którzy pozamykania stadionów nie darują, chyba że odczują, jak te pieniądze wracają do ich kieszeni.


Tyle jeśli chodzi o to, co będzie jak zwykle. A co się zmieni?

Jedna, ale ważna rzecz. Nie będzie rozgłosu. Niemal żadnego. No dobra, tu mogłem przesadzić, ale będzie dużo mniejszy niż zwykle.

W dużych mediach Manify zostaną po prostu zjedzone przez to, co dzieje się na Ukrainie. Nawet jeśli numery z 10 marca poświęcą im trochę miejsca, to nie tyle, co rokrocznie, a i tak kwestia ukraińska wysunie się na pierwszy plan, bo na pewno nie doczeka się do poniedziałku rozwiązania.

Więcej miejsca poświęcą Manifie najwyżej pisma typu „Krytyka Polityczna” czy „Najwyższy Czas”. Pisma, które nie są opiniotwórcze, a nie są z kilku powodów. Po pierwsze: są radykalne. Po drugie: ponieważ radykałów jest mniej niż umiarkowanych, są niskonakładowe i mają niewielu czytelników. Po trzecie: z powodów jak powyżej większość czytelników tych pism stanowią ludzie już przekonani do tego, co czytają, a większość reszty ludzie, którzy mają poglądy przeciwne i czytają na zasadzie, z czego by się tu pośmiać albo do czego przyczepić. Sam czasem czytywałem z podobnych pobudek „Krytykę Polityczną”. Zdarzało mi się też oglądać „Świat według Kiepskich”. Zwykle jednak, żeby dobrze się bawić, potrzebuję przyswajać coś ambitniejszego; sama kwalifikacja jako „lolcontent” nie wystarczy.

Ale ci, co pójdą, będą zadowoleni, wrócą do domów w poczuciu spełnionej misji, jak co roku, a w dodatku tym razem z uwagi na pogodę być może bez pozdzieranych do nieprzytomności gardeł.

I tak to moim zdaniem mniej więcej będzie. A jeśli będzie inaczej? To trudno, pomylę się. Każdemu się zdarza. Wojciech Cejrowski mądrze kiedyś napisał:

Nie zawsze mamy rację i nigdy nie możemy mieć pewności czy ją mamy. Mamy mieć co innego – odwagę. Odwagę stawać w obronie swoich racji z tym ryzykiem, że może się mylimy. Odwagę ponosić konsekwencje przegranych sporów.

(źródło)


Jestem wobec tego gotów zaryzykować przegrany spór z przyszłością. Uczciwie przyznam, że ryzyko nie wygląda w tym przypadku na zbyt duże. Nie jeśli chodzi o możliwe konsekwencje. W najgorszym wypadku uznam, że nie warto prowadzić bloga, który tak kiepsko się zaczął.

Póki co zakładam jednak, że to nie nastąpi, dlatego do napisania za tydzień.

Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *