Jak zostałem wolnorynkowcem

Dobry wieczór.

Czasem ktoś mnie pyta, dlaczego jestem za Wolnym Rynkiem. Zwykle nie wiem wtedy, co na to odpowiedzieć: dla mnie bycie wolnorynkowcem jest czymś tak oczywistym, że trudno mi pojąć, jak można nim nie być. Ale dostrzegłem, że socjaliści, pytani przeze mnie, dlaczego są za socjalem, miewają podobne problemy, przynajmniej ci nieliczni, którzy popierają upaństwowienie edukacji czy służby zdrowia nie dlatego, że wbito im do głów, że nie istnieje alternatywa, ale w wyniku własnych przemyśleń.

To nie ułatwia mi, rzecz jasna, odpowiedzi na pytanie. Prowokuje jednak do przypomnienia sobie, jak to się stało, że zostałem wolnorynkowcem. A było to tak:


Odkąd pamiętam, byłem zwolennikiem zasady „chcącemu nie dzieje się krzywda”. Jako dziecko formułowałem to nieco inaczej (bodajże: „państwo nie powinno chronić obywatela przed jego własną głupotą”), ale sens był ten sam. Nie byłem wtedy przeciwnikiem regulacji jako takich, nawet gospodarczych, aczkolwiek domagałem się w nich logiki i konsekwencji. Gdy się dowiedziałem, że ktoś, kto zarabia więcej, musi płacić więcej (np. za wczasy, tak było w PRL), to jakoś kolidowało to z moim dziecięcym pojęciem pieniądza i zastanawiałem się, czemu tym ludziom po prostu nie wypłacają pensji w jakichś talonach na urlop, zamiast różnicować pensje, a potem, dla wyrównania, różnicować ceny.

I tutaj, niestety, nie odpowiem na tytułowe pytanie, bo nie pamiętam, skąd wzięły mi się te poglądy. Ale pamiętam, że wtedy jeszcze byłem umiarkowanym socjalistą (co można, jak sądzę, wybaczyć, bo miałem wówczas siedem lat, czyli jakoś o dwa mniej niż mają mentalnie najstarsi socjaliści niezależnie od metryki). Proszę przy tym pamiętać, że poniższe opisy tworzę dziś. Wtedy myślałem na pewno innymi słowami, ale clou zostało zachowane.

Dziś wydaje mi się, że kamieniem węgielnym był wykład, jakiego udzielił mi mój dziadek na temat wartości pieniądza i pracy. Zdaje się, że nie spodobało mu się, że dostałem od kogoś jakieś pieniądze w wyniku własnego sprytu (jakiś zakład, gdzie wpuściłem drugą stronę w postawienie na ewidentnie błędną opcję). Dziadek usiłował mnie przekonać, że jedyną słuszną drogą do zdobywania pieniędzy jest ciężka praca. Im większych, tym cięższa.

Jako że nie miałem w zwyczaju bezkrytycznie słuchać ludzi niezależnie od różnicy wieku i łączących nas relacji, zakwestionowałem to stwierdzenie, podając jako przykład włamywacza. Robota takiego włamywacza wydawała mi się cholernie ciężka w sensie podejmowanego wysiłku, dlaczego więc panowała niezgoda na porządne wynagradzanie takich ludzi?

Gdyby dziadek umiał przyznawać się do błędów wobec wnuka, i to popełnionych podczas umoralniającego wykładu, być może zrobiłby to, dałby mi jakąś odpowiedź, ja bym jej nie zakwestionował i wyrósłbym na kogoś zupełnie innego niż jestem. Ale dziadek nie zrobił ani jednego, ani drugiego. Zamiast tego zbył mnie stwierdzeniem, że się wymądrzam (albo wygłupiam, co, paradoksalnie, na jedno wychodziło) i zakończył temat.


Nieukontentowany taką konkluzją postanowiłem poszukać odpowiedzi na własną rękę. Dziadka nie pytałem ponownie, podobnie jak nikogo innego z własnej rodziny. Dumałem sam, nawet robiłem sobie symulacje za pomocą pieniędzy z „Eurobusinessu” i klocków LEGO, usiłując zobaczyć mechanizmy.

Pierwszym wnioskiem, do jakiego doszedłem, i zapewne najważniejszym, a na pewno fundamentalnym, był ten, że dziadek mylił się, wiążąc wysokość właściwego wynagrodzenia z włożonym wysiłkiem. Wyższe wynagrodzenie powinno przysługiwać nie za pracę cięższą, a za pracę pożyteczniejszą.

To jednak nie rozwiązywało problemu, bo przecież włamywacz, złapany na gorącym uczynku, nadal mógł twierdzić, że jego praca jest pożyteczna. Okradziony byłby pewnie innego zdania i intuicja nakazywałaby stanąć po jego stronie, ale intuicja intuicją, a tu mamy słowo przeciwko słowu, żadne nie do sprawdzenia. Zresztą oba zdania mogły być prawdziwe, jeśli każdy przyjmował swój punkt widzenia. Kolejnym przybliżeniem było, że pożyteczność oznacza tu pożyteczność dla innych, ale to też się nie broniło: wystarczy, że włamywaczy będzie dwóch i zamienią się łupami po robocie (tak, już wtedy przychodziły mi do głowy takie przykłady).


Koniec końców doszedłem do wniosku, że praca musi być pożyteczna dla ludzi, którzy za nią wynagradzają. A wynagradzać musieli ze swojego, bo w przeciwnym wypadku sami byliby włamywaczami lub złodziejami, co przy tejże samej okazji zostało wykluczone jako dopuszczalna możliwość.

A po czym się pozna, jak bardzo praca była pożyteczna? Po tym, jak bardzo ludzie to ze swojego wynagrodzą. Proste i logiczne.

Czy to wszystko? Nie, choć przez jakiś czas wydawało mi się, że tak. Nadal nie w porządku wydawała mi się sytuacja, w której ludzie oceniają jakąś pracę za bardzo pożyteczną dla nich, zanim zostanie wykonana, a za znacznie mniej pożyteczną już po jej wykonaniu. Innymi słowy: umawiają się na wyższą kwotę niż później płacą. Nie mogłem sobie tego jednak poukładać w regułki.

Traf natomiast chciał, że gdy parę dni później wracałem ze szkoły, jakiejś starszej pani wysypały się z torby jabłka na chodnik, kilkanaście sztuk. Pomogłem jej je pozbierać, za co bardzo podziękowała i dała mi jedno jabłko. Zaniosłem je do domu, ale w drodze zauważyłem, że przecież jabłka się kupuje i ja sobie też mógłbym jabłko kupić, gdybym chciał. A jednak dostałem je w ramach swoistego wynagrodzenia, choć do tej pory miałem zakodowane, że wynagrodzenie to coś, czego nośnikiem są tylko pieniądze. Teraz okazało się, że mogą nim być również towary, i to wymienialne na pieniądze.

Doszedłem do wniosku, że moje mniemanie o pieniądzu jako jedynym nośniku wynagrodzenia było sztucznym i niesłusznym ograniczeniem. Nie zrozumiałem wtedy istoty pieniądza, ale pojąłem, że tak jak moneta może być wynagrodzeniem za jabłko, tak jabłko może być wynagrodzeniem za monetę. I w tym momencie do mnie dotarło: płacący musi wydać to, za co otrzymał wynagrodzenie, skoro tak się umówiono.

To był moment, kiedy uzupełniłem swój światopogląd o pacta sunt servanda, choć oczywiście wtedy tego tak nie nazywałem.

Pozostawała jeszcze jedna kwestia: co jeśli zrobię coś pożytecznego dla kogoś, ale on stwierdzi, że to wcale nie jest dla niego takie pożyteczne, a ja z nim tego nie uzgodnię wcześniej? To akurat nie było trudne. Jako dziecko robiłem wiele rzeczy, które tylko w danej sekundzie wydawały mi się dobre. Potem, niekiedy dość dobitnie, uświadamiano mi ich szkodliwość. Doszło więc jeszcze jedno: tylko ten, kto sam uważa, że coś jest dla niego pożyteczne, ma prawo to wycenić. Umowy są po to, żeby nie dawać więcej niż się chce za mniej niż się oczekuje, natomiast świadcząc coś komuś bez uprzedniego dogadania się nie wolno oczekiwać niczego w zamian jak czegoś, co się należy. Przy czym dogadać się trzeba wprost. Za dużo pomyłek popełniłem, domniemywając, że dla kogoś coś będzie pożyteczne, tylko na podstawie tego, że ten ktoś nie robił nic, aby mnie powstrzymać przed robieniem tego czegoś. Kolejny klocek: zgoda, umowa, nie może być dorozumiana, chyba że wynika to wprost z wcześniejszej umowy podlegającej tym samym ograniczeniom.

I to już właściwie wszystko. Reszta to były detale, które przychodziły z czasem, a z jeszcze dłuższym czasem przychodziło przekonanie, że są one jedynymi logicznymi konkluzjami wynikającymi z właśnie wypracowanych przesłanek. Dobrowolna pomoc żebrakowi jest słuszna, ponieważ ktoś, kto wrzuca pieniądze, otrzymuje wynagrodzenie w postaci lepszego samopoczucia (i nawet można stwierdzić, że to wynagrodzenie jest zasługą żebraka, bez którego człowiek nie mógłby zamienić kilku złotych na zastrzyk endorfiny, bo mało kogo uszczęśliwia celowe wrzucanie pieniędzy do studzienek kanalizacyjnych). Państwowa pomoc żebrakowi jest niesłuszna, bo państwo musi najpierw komuś zabrać te pieniądze, nie pytając o zdanie (przyznam, że dużo później zrozumiałem, dlaczego jeśli zamiast zabierać dodrukuje te pieniądze, to też będzie źle, ale to także jest logiczną implikacją dotychczasowych przemyśleń; moja pierwsza odpowiedź, też zresztą poprawna, ale dalece niekompletna, sprowadzała się do pytania, skąd państwo weźmie papier w zgodzie z powyższymi przesłankami?).


Ten proces docierania poglądów okazał się długi i tak naprawdę trwa nadal. Ale za fundamenty jestem wdzięczny dziadkowi, który zresztą, sądząc po jego poglądach, wcale nie byłby zapewne zachwycony tym, że przyczynił się do popierania przeze mnie dzisiaj takich, a nie innych opcji w Polsce i na świecie.

A jak Czytelnicy mojego bloga zostali wolnorynkowcami (albo socjalistami, jeśli tacy mnie czytają)? Proszę pisać w komentarzach.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Jedna myśl nt. „Jak zostałem wolnorynkowcem”

  1. Bardzo fajna historia i choć krótka to porusza bardzo istotne zagadnienia. Zazdroszczę. Dodatkowo zazdroszczę Ci tego, że w tym wieku już potrafiłeś zadawać sobie tak trudne pytania i szukać na nie odpowiedzi. Ja w tym wieku potrafiłem tylko składać 4 klocki ze sobą i dłubać w nosie dlatego teraz muszę nadrabiać zaległości w czym i Twoje wpisy mi pomagają. Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *