Jazda na czerwonym

Dobry wieczór.

Z okazji przekroczenia progu przez Kongres Nowej Prawicy rozdałem trochę bitcoina. Kto przeoczył, niech żałuje, że nie polubił i nie śledzi Skorpiona na facebooku, bo właśnie tam zamieściłem informację o akcji. Mawiają jednak, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, oraz że na błędach człowiek może się całkiem nieźle uczyć.

Skoro o bitcoinie mowa, to Czytelników używających tego wynalazku ośmielę się poprosić o nawrzucanie Skorpionowi. Adres: 19qAqUFu9MrsPUBsBLyzSg2eMvUnKsHxpu. Da się to zebrać za darmo choćby tutaj, a żeby unaocznić, jak niewiele potrzeba, napiszę tylko, że gdyby każdy Czytelnik mojego bloga zarejestrował się z powyższego linku i przepisał captchę trzy razy dziennie, to z same prowizje za polecenie wystarczyłyby na utrzymanie hostingu i domeny, i jeszcze na kilka takich konkursów rocznie by zostało, nawet bez przesyłania mi bitcoinów osobno – ale, oczywiście, nie zamierzam nikogo namawiać, żeby się tak ograniczał.


Wystarczy tego off-topowego wstępu, bo temat na dzisiaj zupełnie inny. W dzisiejszych czasach w mieście trudno przeżyć, jeśli nie zna się podstawowych zasad ruchu drogowego. Dlatego od małego warto je wpajać dzieciom. Na przykład tę, że przechodzi się (a także przejeżdża) na zielonym świetle. Co prawda trudno do tego dorobić jakąś sensowną, polityczną mnemotechnikę: jeśli ktoś skojarzy, że przejechanie na zielonym jest oddaniem ekologicznemu aktywiście tego, co mu się słusznie należy, to logicznie rozumując będzie chciał też przejeżdżać na czerwonym. Na szczęście małym dzieciom tego typu rozterki są często obce, a jeśli do tego nie są daltonistami, jakoś zapamiętują tę regułę bez indukowania im mnemotechnik. Przywilej młodości.

Ale jeżdżenie po dużym mieście ma swoją specyfikę. Jeśli ma się do czynienia ze zwykłym korkiem w godzinach szczytu – żaden Armageddon, przy którym piechotą byłoby szybciej, ale też nie da się rozpędzić do trzydziestu na godzinę – to zdarza się, że człowiek stanie na światłach. Niekoniecznie jako pierwszy. I w pewnym momencie robi się zielone światło. Rusza pierwszy samochód, po chwili drugi, za nim trzeci… Przejedzie pięć, może sześć, światło zmienia się z powrotem na czerwone, a w tym czasie w kilkusekundowych odstępach następni w kolejce podjeżdżają na właśnie zwolnione miejsca czekając na swoją kolej.

Doświadczyłem tego nie raz i nie dwa razy jadąc z dzieckiem. I za którymś razem dziecko spytało mnie, dlaczego ja stoję na zielonym, a ruszam, jak zrobi się czerwone. Bo rzeczywiście: gdy się patrzyło na kolor świateł i na moją reakcję na sytuację na drodze, to wyglądało to właśnie tak: zielone – stoi, czerwone – rusza. A bez zrozumienia niuansów rządzącego tym mechanizmu można dojść do takiego właśnie, dziecięcego wniosku: że na zielonym się stoi, a na czerwonym się jedzie.

Dokładnie w taki sam sposób socjaliści „rozumieją” procesy rynkowe rządzące gospodarką.

Dla normalnego człowieka mechanizm, jaki tu zadziałał, jest bowiem dość oczywisty (choć zza kierownicy bywa irytujący): kierowcy nie zareagowali na zielone światło od razu, tylko z pewnym opóźnieniem. Z jakim? A któż to może wiedzieć. Jeden zareaguje w dwie sekundy, drugi w pięć na to, że ten pierwszy ruszy, trzeci od razu, ale będzie trzymał dystans dwóch samochodów, który zajmie czwarty, wjeżdżający w ostatniej chwili z sąsiedniego pasa, któremu przy tym manewrze może zgasnąć silnik… i efekt jest taki, że z punktu widzenia dziesiątego w kolejce kierowcy czas oczekiwania jest niemożliwy do przewidzenia nie tylko z dokładnością do jednej sekundy, ale nawet z dokładnością do jednej zmiany świateł.


Dokładnie tak samo gospodarka i rynek reagują na zmieniające się warunki: regulacje lub ich brak, nowe rozwiązania techniczne, itd. Zwykle reagują prężnie, ale mimo to z poślizgiem. Jak się ludziom pozwoli wymieniać między sobą to, co chcą, to jedni robią stoły, inni buty, jeszcze inni wymyślają tapety do telefonów komórkowych i zatrudniają jeszcze innych, żeby wmawiali ludziom, że niezbędnie tych tapet potrzebują. Wszystko pięknie, ładnie, ale musi trochę potrwać. Ludzie, którzy do tej pory tego nie robili w obawie przed łatką „spekulantów” i związanymi z nią nieprzyjemnościami karnymi, nie zrobią stołu, póki nie zainwestują w drewno i narzędzia, a potem jeszcze muszą zdobyć rynek zbytu. Przez pierwszych parę dni po uwolnieniu rynku będą biedniejsi niż byli.

Jeśli więc ktoś tylko patrzy na „tu i teraz”, to krzyknie: patrzcie, za komuny byli bogatsi, teraz są biedniejsi. A zawtórują im ci, którym z różnych powodów nie wyjdzie i zostaną z niesprzedanymi stołami, albo ci, którym się nie chce, ale lubią dla komfortu psychicznego znaleźć winnego dokoła siebie.

Tak właśnie patrzą socjaliści. Widzą oczywiste korelacje, a nie widzą lub nie chcą widzieć związków przyczynowo-skutkowych. Szwecja jest socjalistyczna, kapitalizm jest w Somalii, Szwecja jest bogatsza od Somalii, więc socjalizm przynosi więcej dobrobytu. Pomijając fakt, że w Somalii nie ma żadnego kapitalizmu, bo on wymaga jednak szczątkowego państwa, które będzie pilnowało wykonania umów i pilnowało, żeby ludzie nie wymuszali na sobie nawzajem siłą tychże umów zabierania, jakoś nie przychodzi im do głowy, że skoro kraj jest bogaty, to musiał jakoś do tego bogactwa dojść. Patrzą, że socjalistyczny jest teraz, a nie patrzą, jaki był, gdy dochodził do bogactwa.


Ś.p. Milton Friedman przestrzegał Polaków, że Polska nie powinna naśladować bogatych krajów zachodnich, bo nie jest bogatym krajem zachodnim. Polska powinna naśladować rozwiązania, które te kraje wdrażały, gdy były tak biedne, jak Polska teraz. Mówił to trochę lat temu, ale słowa te nie straciły na aktualności. A tymczasem nasi rządzący z uporem maniaka usiłują kopiować obecne wzorce z bogatszych krajów, co jest powieleniem powyższego błędu. Zresztą, kraje te też dobierają bardzo selektywnie: trudno się dopatrzyć celowego dążenia do Zjednoczonych Emiratów Arabskich czy choćby Szwajcarii.

A sprawa jest prosta. Związki przyczynowo skutkowe idą kołowo: najpierw jest dużo wolności gospodarczej, więc kraj się bogaci, więc ludzie widzą, że stać by było kraj na socjal, a z kolei rządzący widzą, że kraj stać na to, żeby kupić sobie trochę bezpieczeństwa, w miarę upływu czasu tempo bogacenia się spada, bo żądania rosną znacznie szybciej niż produktywność, w końcu osiąga ujemne wartości, po jakimś czasie socjalizm prowadzi do biedy, ustrój bankrutuje i na jego zgliszczach znowu powstaje kapitalizm, jak w 1973 w Chile, albo jakaś dotowana z zewnątrz komuna, jak Korea Północna (ale jej istnienie wymaga istnienia przynajmniej umiarkowanych kapitalizmów gdzie indziej, przynajmniej przez jakiś czas).

Ale to dla socjalistów za trudne. Oni widzą „tu i teraz”. Socjalistyczne bogate, kapitalistyczne biedne. Na czerwonym się jedzie, na zielonym się stoi.

Zupełnie jak dzieci! Z tym że dzieci przynajmniej się temu dziwią.

Nawiasem, to niejedyna sytuacja, w której socjaliści zachowują się jak dzieci. Sporo z nich na przykład ma tendencję do oceniania stanu posiadania nie przez to, jak zaspokojone są ich potrzeby, tylko przez to, czy sąsiedzi nie mają więcej. W akcie dobrodziejstwa dzielą się z innymi częścią tego, co wcześniej prośbą i groźbą od nich wzięli (z tym że jeśli kupiony przeze mnie tydzień wcześniej cukierek od dziecka mi nie smakuje, to przynajmniej dziecko nie wciska mi go na siłę do buzi, nie to co ze szczepionką). Myślą, że jeśli problemów nie rozwiąże potężniejsza od nich instytucja (państwo/rodzice), to nie rozwiąże ich nikt.

Wrócę na moment do samego wstępu do notki, w końcu jakoś powinienem usprawiedliwić moją nieśmiałą prośbę o poparcie strony bitcoinem (wrzucę to pewnie zresztą niedługo jako osobną stronę). Otóż wiadomo, że pojedynczy człowiek za dużo mi z tych reklam nie wyklika. Ale nie powinno to nikogo zniechęcać. Tak samo, jak nie powinno się zniechęcać do chodzenia na wybory. To prawda, jeszcze się chyba nie zdarzyły w praktyce wybory na dużą skalę, w których zdecydował jeden głos. Ale oto proszę, Nowa Prawica wchodzi dzięki ponad pół milionowi głosów, z których każdy był pozornie bez znaczenia.

My, prawicowcy, powinniśmy wiedzieć, że jeśli cokolwiek doniosłego ma się dokonać, to musi tego dokonać jednostka. Nigdy kolektyw. Więc może Ty bądź tą jednostką, dzięki której saldo bloga magicznie zmieni znak z minusa na plus?


Do czego zmierzam? Wybory do Parlamentu Europejskiego pokazały, że głos jest najpotężniejszą bronią w ręku wyborcy. Często jedyną, jaką wyborca dysponuje, ale potężną. Tyle o broni.

A o socjalistach? Niech sobie dalej będą dziećmi. My musimy tylko pamiętać jedno: dzieciom nie wolno udostępniać żadnej broni, bo zrobią krzywdę sobie i innym. W szczególności nie wolno im udostępniać broni potężnej.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *