Jedynoracjonizm

Dobry wieczór.

To, że ktoś jest przywiązany do swoich poglądów czy przekonań, jest zrozumiałe. To, że nie dopuszcza możliwości, żeby były one niesłuszne bądź fałszywe, to już bufonada, ale też zrozumiała. Ale jeśli ktoś nie dopuszcza również myśli, że ktoś inny, mówiący coś innego, może też mieć rację, to jest to już zaślepienie lub zacietrzewienie na poziomie głupoty.


Jeden z najwybitniejszych polskich szachistów okresu międzywojennego, Ksawery Tartakower, zasłynął jako autor wielu maksym, których zastosowanie wykracza poza 64 pola szachownicy. Jedna z nich brzmi: „partner również ma prawo mieć rację” (warto przy tym zauważyć, że w tamtych czasach człowieka, który dążył do przeciwnych celów w sporze o intelektualnym charakterze, nazywano „partnerem”, a nie „rywalem”).

Częste jest jednak podejście odwrotne. W swojej rodzinie byłem wielokrotnie świadkiem kłótni – bo niekiedy nawet trudno to było określić mianem „dyskusji” czy „sporu” – prowadzonych według schematu:

– Ta wycieczka miała miejsce w siedemdziesiątym trzecim, bo wtedy spotkaliśmy Kowalskich.
– Nie, ta wycieczka miała miejsce w siedemdziesiątym trzecim, bo wtedy tak strasznie padało, gdy zatrzymaliśmy się w lesie zjeść rybę.

Nie żartuję! Dorośli ludzie potrafią się pokłócić i upierać, że druga strona nie ma racji, zgadzając się co do faktów, gdy jedyna różnica zdań polega na tym, z jakiego powodu te fakty zostały zapamiętane!

Teoretycznie nie powinno mnie więc dziwić, że zjawisko apriorycznego odmawiania oponentowi racji występuje również w sytuacji, gdy spór dotyczy znacznie bardziej złożonej materii, a zgodność co do faktów nie występuje. Ale nadal dziwi.

Mówię tutaj o starciu ewolucjonistów z kreacjonistami.

Wiele rzeczy jestem w stanie w ramach tego sporu zrozumieć. Ale nie rozumiem i pewnie nigdy nie zrozumiem, dlaczego każdy uczestnik tego sporu, którego zdanie przedostaje się do opinii publicznej, zachowuje się tak, jakby ewolucjonizm i kreacjonizm się wykluczały.

Rozumiem, oczywiście, że ewolucjonista, który usłyszy „jestem kreacjonistą”, zrezygnuje z dalszej rozmowy, zanim dostanie szansę usłyszeć coś w stylu „ale to wcale nie oznacza, że na pewno nie masz racji” – a kreacjonista nie będzie miał zamiaru wcale tego powiedzieć. I vice versa. Ot, spotkały się dwie miernoty intelektualne i szukają gównoburzy, zamiast prowadzić pouczającą dyskusję.

Ale żeby tak wszyscy poważni naukowcy?

Zanim wyjaśnię, o co mi chodzi, słowo wyjaśnienia o wyjaśnieniu. Wbrew wrażeniu, które można odnieść czytając kolejne akapity, nie jestem jakimś zatwardziałym kreacjonistą, który uważa ewolucjonistów za niespełna rozumu (to zresztą kłóciłoby się z tym, co napisałem do tej pory). Zauważyłem natomiast, że ewolucjoniści częściej niż kreacjoniści mają tendencję do zaprzęgania nauki i logiki do dowodzenia, że ich oponenci się mylą. Kreacjoniści mają prościej: ich teoria to rodzaj Deus ex machina, co nie wymaga naukowych dowodów niejako z istoty rzeczy. Dlatego reszta tej notki będzie zasadniczo prowadzona z pozycji, która kwestionuje nie tyle prawdziwość teorii ewolucji, ile jej kompletność (a tym samym tezę, że ewolucjonizm i kreacjonizm wykluczają się wzajemnie).


Jak wszyscy „wiemy”, teoria ewolucji pochodzi od Karola Darwina. Rzeczywistość jest trochę bardziej skomplikowana z różnych powodów, których wyjaśnienie wykracza poza tematykę tej notki, ale bezsprzecznie „O powstawaniu gatunków” Darwina była pierwszą stosunkowo szeroko znaną publikacją, która wyjaśniała mechanizm znany dzisiaj pod nazwą „ewolucji”. Objaśniała mechanizmy przystosowawcze, ślepe uliczki, pozornie błędne rozwiązania, które okazywały się zbawienne z powodu jakichś szczegółów (Darwin podawał przykład bezskrzydłych chrząszczy na wyspie z silnymi wiatrami), i tak dalej.

Natomiast pytanie, na które odpowiedzi próżno szukać w dziele „O powstawaniu gatunków”, brzmi: jak powstają nowe gatunki? Teoria Darwina nie potrafiła tego wyjaśnić. Wyjaśniała, jak istniejące gatunki przystosowują się do zmieniających się warunków i reagują na mechanizmy przystosowawcze innych gatunków, ale nie wyjaśniała, jak może pojawić się coś zupełnie nowego.

Zatwardziali antykreacjoniści mają na to z pozoru dobrą odpowiedź: wszyscy należymy do minimalnie różnych gatunków. Nasi rodzice są troszeczkę bardziej małpami niż my, a troszeczkę mniej małpami niż nasi dziadkowie. Różnice są wystarczająco małe, żeby móc się krzyżować dając płodne potomstwo i zbyt małe, żeby dało się je ująć w słowa opisujące cechy charakterystyczne gatunku. Rozumowanie sprowadza się do tego, że zanim zaistnieli ludzie, istniały istoty pośrednie między małpą a człowiekiem, które z braku danych i z braku takiej potrzeby nie są jednoznacznie klasyfikowane, i że na upartego sami możemy się do nich zaliczać. Tym bardziej, że zmiany przystosowawcze mogą przecież zachodzić szybko w sensie ewolucyjnym: gdy w ramach eksperymentów naukowcy przeszczepili muszce owocówce gen kodujący oko u myszy, okazało się, że gen bynajmniej nie wyprodukował czegoś groteskowego (jak wszyscy się spodziewali), ale wyprodukował działające oko muszki owocówki.

Do tego momentu niby wszystko jest pięknie (prawie: zabawne jest to, że ewolucjoniści częściej niż kreacjoniści są postępowcami, podczas gdy przytoczone wyżej rozumowanie wygląda na znakomitą pożywkę dla rasizmu, od którego postępowiec zazwyczaj się odcina), ale nawet to nie wyjaśnia, jak na drodze ewolucji powstał pierwszy żywy organizm. A o ile w kontekście historii ewolucji na naszej planecie „bycie człowiekiem” mogło przez jakiś okres być nieco rozmytą cechą niektórych istot, o tyle „bycie organizmem” wymaga dość dobrze zdefiniowanych atrybutów i jest raczej zerojedynkowe. Trudno sobie wyobrazić sensowną formę pośrednią między materią ożywioną a nieożywioną (teoretycznie mogą do niej pretendować niektóre kryształy, które „znają” parę sztuczek imitujących życie, ale nie wydaje się, żeby kryształy posuwały się w którąkolwiek stronę w procesie ewolucji przez ostatnie miliony lat).

Narzucająca się odpowiedź brzmi: skoro wszystko wiruje,  to atomy, a potem cząsteczki, w tym odwiecznym tańcu w bezkresnym Kosmosie w końcu poskładały się w pierwszy żywy organizm, który później podzielił się, stworzył potomka, i ruszyliśmy w drogę.

Wygląda to na dość mocny cios dla kreacjonistów: szacunkowa liczba atomów we Wszechświecie waha się między 1079 a 1089, a Wszechświat istnieje około 14 miliardów lat, co daje jakieś 1066 czasów Plancka.


Problem w tym, że to nadal mało. Te liczby i wartości są oczywiście poza wszelkimi granicami percepcji człowieka, który stanowi nieistotny z każdego zdroworozsądkowego punktu widzenia pyłek w tym bezkresie zarówno czasu, jak i materii i przestrzeni, w której ta ostatnia jest rozrzucona. Równie dobrze można byłoby każdy z tych wykładników zmniejszyć o 10-20%, albo zwiększyć i dziesięciokrotnie, a cały czas byłoby to tak samo niewyobrażalnie dużo dla zwykłego Kowalskiego. Nawet nie więcej ani nie mniej, tylko tak samo niewyobrażalnie dużo. Tak skonstruowany jest ludzki mózg.

Jednakże stworzenie choćby średnio skomplikowanego białka w czasie, przez jaki istnieje Wszechświat, jeśli się ma do dyspozycji materię, z jakiej się on składa, jest zdarzeniem, którego zajście urąga rachunkowi prawdopodobieństwa, jeśli założymy, że zaszło ono spontanicznie. Jasne, jest teoretycznie możliwe, że wiatr otworzy kiedyś drzwi jakiejś składnicy złomu i poszaleje w środku, zostawiając po sobie gotowy do startu helikopter, a wszystko to spontaniczne, bez udziału żadnej inteligentnej siły wyższej, ale nie wydaje się, żeby to kiedykolwiek miało zajść. Stworzenie pojedynczej cząsteczki kolagenu jest dużo mniej prawdopodobne niż taki scenariusz. I mówiąc „dużo” nie mam tu na myśli miliard czy kwadryliard razy mniejszego prawdopodobieństwa, ale przesunięcie przecinka o kilkaset miejsc. Tyle, że nawet zasoby czasowe i materialne Wszechświata nie są w stanie obronić możliwości spontanicznego utworzenia jednej cząsteczki kolagenu metodą powołania się na liczbę możliwych prób.

A mowa o jednej cząsteczce jednego, stosunkowo prostego białka. Jednego spośród milionów rodzajów, z których większość jest nam niezbędna do życia.

Jakim cudem to bez przerwy się dzieje i dlaczego tylko na naszej planecie? Odpowiedź na drugie pytanie można zrzucić na nietypowe warunki (i założyć, że wielkość i wiek Wszechświata pozwalają na to, żeby gdzieś i kiedyś one zaszły, choć to też po dokładnej analizie rozbije się o liczby), ale to nie pomaga. Odtworzenie tych warunków w laboratoriach nie prowadzi do spontanicznego pojawienia się życia.

Na początku drugiej połowy XX wieku pewien amerykański doktorant przeprowadził eksperyment. W jednej kolbie umieścił wodę z kilkoma związkami organicznymi, reprezentującą pierwotny ocean, w drugiej mieszaninę metanu, azotu, dwutlenku węgla i czegoś tam jeszcze, reprezentującą pierwotną atmosferę, a następnie zaczął przepuszczać między kolbami wyładowania elektryczne, odzwierciedlając burze. Rzeczywiście uzyskał kilka aminokwasów. Pojawiły się głosy, że przesadził ze składem atmosfery, a próby powtarzane z nieco zubożonym składem dały tylko jeden aminokwas.

Ale niezależnie od tego, w jakich warunkach choćby przypominających te panujące kiedykolwiek na Ziemi przeprowadzano próby, nie udało się uzyskać białka.

O aminokwasach można myśleć jak o literach alfabetu zbliżonego do łacińskiego: o ile mi wiadomo, istnieją 22 aminokwasy, z czego 20 jest używanych do budowy białek występujących w ciele człowieka. Białka reprezentują z grubsza słowa złożone z tych liter. Z grubsza, ponieważ konkretne białko musi nie tylko zawierać konkretne aminokwasy ułożone w konkretnej kolejności, ale też mieć je pofałdowane w określony kształt. Kształty jednak wymykają się klasycznej teorii prawdopodobieństwa, a białka są wystarczająco nieprawdopodobne nawet wtedy, gdy się założy, że ich kształt może być dowolny.

Główna różnica między białkami a zawartością słownika PWN jest taka, że białka to „słowa” składające się z setek, a czasem tysięcy liter.

Aby złożyć białko, należy ułożyć w określonej kolejności kilkaset sztuk określonych aminokwasów. Zrobienie tego spontanicznie jest równie prawdopodobne co trafienie Jackpota na jednorękim bandycie, który ma nie trzy czy pięć, a dwieście szpul, i nie osiem, a dwadzieścia obrazków na każdej.

Krótko mówiąc: Wszechświat nie istnieje przez aż tak dużo czasów Plancka, nawet gdyby każdy atom miał osobną próbę, i jeszcze wielu zer brakuje, żeby istniał tak długo.

Białka zaś, o ile wiadomo, są potrzebne wszystkim żywym organizmom. W każdym razie tym, które pasują do naszej ziemskiej definicji życia.

Gdyby wiatr, o którym wspomniałem, złożył helikopter w garażu, uznałbym to za przykład kreacjonizmu. Ułożenie czegoś przydatnego z kupy pozornego śmiecia bez udziału inteligencji, której jestem w stanie doświadczyć: czysty kreacjonizm. Może spontaniczny, ale robiący wrażenie.

Każdy żywy organizm jest znacznie większym, bardziej nieprawdopodobnym cudem istnienia. Ewolucjonista może wychodzić ze skóry opisując mechanizm prowadzący do powstania tego organizmu, ale jakkolwiek go opisze, kreacjonista bez wahania odpowie, że właśnie tak wyobrażał sobie odbiór działania kreacjonizmu w praktyce.

Jeśli więc odrzucimy możliwość, że jesteśmy pochodną serii przypadków, z których każdy miał szansę zajścia znacznie mniejszą niż cokolwiek, czego zachodzenie obserwujemy w praktyce, to nie da się z czystym sumieniem odrzucić kreacjonizmu, rozumianego jako mechanizm, który powoduje łączenie materii w zadziwiająco sprawne maszyny w sposób, który z uwagi na rachunek prawdopodobieństwa wygląda na ingerencję wyższej inteligencji.

Nie wyklucza to wcale ewolucjonizmu (w końcu jeśli wyższa inteligencja umie stworzyć człowieka, to umie stworzyć i ewolucję) ani np. deizmu. Bóg mógł uruchomić mechanizm raz, by potem po prostu pozwolić mu działać (nie: obserwować z ciekawością, jak działa, ponieważ jeśli to istotnie był Bóg, to wie i nie ma miejsca na ciekawość).

Ewoluujemy, bo tak zostaliśmy wykreowani.


Jeśli więc ktoś spyta Cię, czy jesteś ewolucjonistą czy kreacjonistą, to masz dwa wyjścia. Pierwsze: odpowiedzieć pytaniem na pytanie – srasz czy sikasz? I drugie: poradzić, żeby przeczytał niniejszą notkę.

Osobiście jestem ewolucjonistą i kreacjonistą w jednym. Nie widzę w tym sprzeczności. Ewolucja działa, co do tego nie mam wątpliwości. Może nawet niekiedy przyczyna się do powstania całkiem nowych gatunków, może nawet za pomocą nieznanego nam do tej pory mechanizmu, którego istnienia Darwin nawet nie podejrzewał. Ale jednocześnie wierzę, że Ktoś, kto stoi ponad tym wszystkim, musiał z pełną świadomością zaprogramować i uruchomić ten proces, skoro działa on tak wspaniale, mimo że teoretycznie właściwie nie ma on prawa działać.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

4 myśli nt. „Jedynoracjonizm”

  1. Moim zdaniem nie rozgryźliśmy jeszcze mechanizmu powstania życia. Skoro teoria przypadku wymyka się rachunkowi prawdopodobieństwa, to znaczy, że jest najprawdopodobniej ślepą uliczką. Po prostu jeszcze wiele do odkrycia przed nauką 🙂
    Co do powstawania gatunków – istnieje teoria, która mówi o mutagennych wirusach. Atakują one, dajmy na to, populację okapi, kolejne pokolenie stada ma już dłuższe szyje, może dodatkową parę chromosomów i mamy, dajmy na to, stado żyraf.
    A skoro mowa o życiu – to czy wirusy są żywe? 🙂

    1. O wirusach faktycznie zapomniałem. Istotnie, można je uznać za formy przejściowe. Nie są żywe (np. nie mają metabolizmu), ale zachowują się częściowo jak żywe (np. rozmnażają się i mają DNA). Ktoś je ciekawie określił, jako fragmenty DNA otoczone złymi wiadomościami. Niemniej nie ewoluują one w kierunku istot żywych w pełnym rozumieniu tego słowa, więc nie negują teorii, że nie istnieje byt pośredni między materią nieożywioną a ożywioną w sensie pośredniości na ścieżce ewolucyjnej.

      Mutagenne wirusy to ciekawa teoria dotycząca powstawania nowych gatunków, ale nadal nie odpowiada na pytanie, skąd się wzięły pierwsze organizmy. Czy też same klocki do ich budowy: białka, DNA i RNA, który jest konieczny jako „tłumacz”. Oraz jakim cudem to powstało w tym samym czasie (inaczej cała maszyneria by nie działała). Samo istnienie takich klocków przeczy rachunkowi prawdopodobieństwa. Gdybyśmy wiedzieli, w jaki sposób to spontanicznie i bez nadzoru powstaje, to powiedzielibyśmy, że chemia i fizyka tak mają, ale nie wiemy. Nie znamy, jak słusznie wskazałeś, mechanizmu powstawania życia i nie potrafimy żadnego odtworzyć w laboratorium. Może kiedyś będziemy to umieli i wtedy ewolucjoniści zatriumfują, natomiast im dłużej nie umiemy i nie wiemy, jak to się samo dzieje, tym bardziej umacnia to kreacjonistyczny pogląd, że to wcale nie dzieje się samo, a co więcej: jest sterowane przez inteligencję znacznie przewyższającą naszą, której zaistnienie w dodatku nie mogło być efektem analogicznego procesu, skoro proces jest jej autorstwa.

      Dopuszczamy możliwość, że to się dzieje całkiem samo, ale nie w czasie, jakim dysponujemy jako Wszechświat. Na osi czasu dalekiej przyszłości[1] istnieje oszacowanie czasu, po jakim pojawi się mózg Boltzmanna[2], ale czas ten wyrażony w latach ma liczbę CYFR porównywalną z liczbą ludzi, jaką da się stworzyć przy założeniu, że CAŁA materia dostępna we Wszechświecie zostałaby zużyta tylko na to. Innymi słowy: w żadnym ludzkim sensie to się nie ma prawa wydarzyć samo.

      [1] https://pl.wikipedia.org/wiki/O%C5%9B_czasu_dalekiej_przysz%C5%82o%C5%9Bci
      [2] https://pl.wikipedia.org/wiki/M%C3%B3zg_Boltzmanna

  2. Bardzo ciekawy wpis, jeśli jednak chodzi o argumenty z prawdopodobieństwa (a raczej „nieprawdopodobieństwa”) to gdzieś miałem artykuł obalający je, tzn. wyjaśniający, dlaczego powstawanie białek jest prostsze i dlaczego kreacjoniści źle wyliczają statystyczne prawdopodobieństwo, gdy tylko uda mi sie go odnaleźć, podlinkuję.

  3. Wcale nie zamierzałem wyjaśniać mutagennymi wirusami powstawania życia 🙂 Podoba mi się ta teoria odnośnie tworzenia nowych gatunków.

    Pokazuje ona przy okazji, że przez ładne kilkadziesiąt, jak nie więcej lat, nikt nie wpadł na trzymający się logiki pomysł, jak te gatunki powstają – aż do momentu pojawienia się tej teorii. Być może nawet jeszcze nie sformułowaliśmy analogicznej teorii dotyczącej powstania życia. Ktoś wpadnie na coś, co będzie spójne, prawdopodobne, a potencjalnie może nawet udowadnialne (np. nie zaraz po wymyśleniu z uwagi na koszty, ale za kolejne kilkadziesiąt lat). W końcu bozon Higgsa też długie lata istniał, podobnie jak państwo polskie, tylko teoretycznie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *