Kogo się bać?

Dobry wieczór.

Ci z Państwa, którzy czytują mój blog regularnie lub znają mnie skądinąd, wiedzą, że jestem wierzący (choć, jak to mam w zwyczaju, i tu podążam pod prąd, nie zaliczając siebie do katolików). Dzisiaj podzielę się z Państwem swoimi odczuciami na temat tego, w jakiej nietypowej sytuacji ta wiara wcale nie jest dla mnie kojąca.


Zdaję sobie sprawę, że moje podejście w tej kwestii może być grzeszne, ale od lat zdaję sobie z tego sprawę i od lat nie jestem w stanie go przewalczyć.

Boję się.

To, samo w sobie, nie jest niczym złym. Jezus Chrystus sam mówił, żeby się bać:

„Pokażę wam, kogo się macie obawiać: bójcie się Tego, który po zabiciu ma moc wtrącić do piekła. Tak, mówię wam: Tego się bójcie!”

To cytat z Ewangelii Łukasza rozdział 12, werset 5. Nawiasem: nowicjuszom w kwestii wiary polecam zaczynanie Ewangelii właśnie od Łukasza. Jest moim zdaniem najłatwiej przyswajalny, najbardziej „ludzki”, najmniej groźny i najmniej niezrozumiały. Pośrodku są Mateusz i Marek, którzy zresztą napisali Ewangelie będące niemalże swoimi kopiami, a na przeciwległym biegunie jest Jan, którego Ewangelia jest trudna, momentami dołująca (mimo że „Ewangelia” znaczy dosłownie „Dobra Nowina”) i zasadniczo polecam ją tym, którzy czują, że już są gotowi interpretować również trudniejsze i mniej przyjemne momenty Biblii po swojemu.

Oczywiście boję się Boga, głównie ze względu na opisany tu scenariusz. Ale nie tylko.


Boję się również tej ewentualności, że pójdę do Raju.

Boję się, bo jak sobie o tym teraz pomyślę, to Raj będzie pozbawiony tego wszystkiego, co daje mi radość doczesnego życia: wyzwań intelektualnych, problemów wymagających twórczych rozwiązań, dylematów moralnych, itd. Wszystko dlatego, że Raj, jako kraina szczęśliwości, w ogóle nie stawia żadnych wyzwań. Nawet w szachy się grać nie będzie dało, bo trudno sobie wyobrazić Raj bez dostępu do wszechwiedzy.

Boję się wiecznej, dojmującej nudy, która w pewnych okolicznościach może stać się istnym piekłem.

Oczywiście Piekło jako alternatywa wobec Raju jest jeszcze mniej kuszące. Być może nuda tam nie grozi, niemniej trudno korzystać z uroków jakichkolwiek rozrywek, gdy wszystko człowieka boli, a zdaje się, że w Piekle jest właśnie tak, i to w skali, jakiej na Ziemi nie jesteśmy w stanie osiągnąć ani nawet sobie wyobrazić.


Wygląda więc na to, że ani tędy, ani owędy. Pewną nadzieją wydaje się być tutaj ateizm i koncepcja pośmiertnego nieistnienia (wiecznego lub czasowego, o czym pisałem tutaj), przy czym jeśli najlepsze możliwe wyjście jest wyjściem na zero (bo pozytywnych odczuć też jako nieistniejący nie doznaję), to nie jest to takie fajne.

Dlaczego wobec tego wierzę? Bo nie mam wyboru. Wiara, ta prawdziwa, jest niezależna od woli człowieka, ponieważ ludzka wola zawsze kieruje się jakimiś przesłankami, a oparcie na przesłankach już robi z wiary dedukcję (ang. „educated guess„).

Dlaczego wobec tego nie spróbuję owej dedukcji? Bo skoro dotarło do mnie, że nie da się udowodnić ani istnienia, ani nieistnienia Boga, to dotarło do mnie również, że żadna przesłanka nie może zbliżać w kierunku żadnej z konkluzji. Jak można się zbliżyć do czegoś immanentnie nieosiągalnego?! Żyjąc dwadzieścia lat powyżej średniej człowiek ani trochę nie zbliża się do nieśmiertelności, a rozpędzając się do prędkości dwustu dziewięćdziesięciu tysięcy kilometrów na sekundę ani trochę nie zbliżamy się do przekroczenia bariery prędkości światła.

Próba dedukcji byłaby przyznaniem, że liczba jeden jest w jakiś sposób bliżej nieskończoności niż liczba zero, co jest intuicyjnie kuszące, ale racjonalnie bezsensowne. A ja się staram być racjonalistą.

Tak: jestem wierzący, ponieważ jestem racjonalistą. Racjonalnie wiem, że nie da się udowodnić istnienia Boga i nie da się udowodnić nieistnienia Boga, dysponując ludzkim aparatem poznawczym, zatem muszę oprzeć na wierze każdy pogląd, jaki mam na ten temat. Racjonalni ateiści też są wierzący: wierzą w nieistnienie Boga. Tylko nieracjonalni twierdzą, że to wiedzą.

Dlaczego wobec tego nie jestem agnostykiem? Bo uważam, że agnostycyzm to tchórzowska ucieczka od problemu. Oczywiście, że nie wiemy. Nikt nie wie i agnostycy nie są tu wyjątkiem, może najwyżej są odrobinę odkrywczy w stosunku do najbardziej wojujących chrześcijan czy ateistów. Ale to nie powód, żeby z faktu niewiedzy czynić centrum i fundament światopoglądu.

Uważam, że sensowny światopogląd powinien się opierać na czymś, a nie na braku czegoś.

Wiara w Boga jest czymś. Wiara w brak Boga też jest czymś: Boga w niej nie ma, ale jest wiara w ten brak. Natomiast agnostycyzm nie jest czymś: to brak wiedzy i brak wiary zarazem, ograniczony do sokratejskiego wiedzenia, że się nie wie.

A skąd mój optymizm, jeśli chodzi o pośmiertną przyszłość, będący nieodzownym atrybutem wierzącego?

Z poprawki na to, że wszystkie moje obawy są mierzone ludzką miarą i przez to z definicji są ułomne. Świadomie wierzę, że w Raju będzie cudownie, a wszystkie moje obawy okażą się bezpodstawne z powodów, które Bóg zna, natomiast ja nie dostąpiłem łaski ich poznania i zrozumienia. Nie mam o to do Boga pretensji: Jego łaski, Jego sprawa, jak je wydziela. Więcej: nie mogę wykluczyć, że spłynęła na mnie łaska niewiedzy. Gdybym był w stanie odpowiedzieć sobie dzisiaj na dręczące mnie wątpliwości, być może byłbym gorszym człowiekiem, albo nie realizowałbym Bożego planu (którego przecież nie znam)? Kto wie?


Dlatego wierzę Bogu, że przygotował dla mnie miejsce w Raju, w którym nie będę się nudził. Tylko nie mam pojęcia, jak to się stanie.

I dlatego, czysto po ludzku, boję się, czy to się uda. Wierzę, że tak, ale się boję.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *