Libertarianizm a aborcja

Dobry wieczór.

Kto chce poznać pięć różnych opinii na temat optymalnego prawa aborcyjnego, powinien zapytać o to trzech libertarian. Powinno wystarczyć.


Aborcja jest dla libertarianizmu problemem. Nie, problemem nie jest to, że kobiety się skrobią. Problemem jest to, że z doktryny nie wynika jasno, jakie właściwie stanowisko wobec aborcji powinien mieć libertarianin.

Fundamentem libertarianizmu jest zasada samoposiadania. Mówi ona, że każdy jest właścicielem swojego ciała. Ale nie precyzuje już, kto to jest „każdy”. Jedni uważają, że każdy człowiek, inni, że każdy dorosły człowiek, jeszcze inni, że każdy naczelny, dochodzą do tego problemy z zaszeregowaniem ewentualnych kosmitów… Najczęściej spotyka się pogląd, że samoposiadanie przysługuje istocie, która jest samoświadoma (czyli: która wie, że istnieje) i od której można wymagać i egzekwować odpowiedzialność za jej czyny.

Nie oznacza to jednak, że istota żywa, która nie spełnia tych wymagań, w ogóle się nie samoposiada i może być własnością kogoś, kto ma prawo z nią zrobić to, co chce. Można spotkać libertarian traktujących samoposiadanie binarnie, ale najczęściej spotka się takich, którzy powiedzą, że samoposiadanie dotyczy tylko ludzi (z pozostawieniem sobie opcji na poszerzenie jej na nieznane dziś inteligentne cywilizacje podmorskie czy pozaziemskie) i że człowiek stopniowo nabywa samoposiadania wraz z rozwojem samoświadomości i odpowiedzialności za swoje czyny.

No i, oczywiście, nie oznacza to, że z człowiekiem, którego można uznać za niesamoposiadającego się chwilowo, wolno zrobić cokolwiek, jeśli się go zawłaszczy. Mowa tutaj o ludziach w śpiączce, somnambulikach, czy też właśnie zarodkach/dzieciach w fazie prenatalnej/płodach (niech każdy nazywa to jak chce).

Dodatkowy problem polega na tym, że jedyne rozwiązania, które nie doprowadzają prędzej czy później do logicznej sprzeczności (chyba nie tylko przy przyjęciu libertariańskich założeń) to rozwiązania radykalne. Można zakazać od poczęcia, jak chce Ordo Iuris. Można zezwolić przez cały czas aż dziecko nie stanie się całkiem samodzielne (również w fazie postnatalnej, w każdej fazie z jednakowym prawem do podjęcia takiej decyzji przez matkę i ojca). Pierwsze jest niewykonalne, drugie jest jawnie sprzeczne z duchem libertarianizmu. Oba są nieakceptowalne w praktyce przez ludzi ceniących wolność jednostki jako wartość najwyższą.

A prawie każde rozwiązanie pośrednie ma jakieś wady i sprzeczności.

Ustalmy może kilka spostrzeżeń, które raczej nie budzą wątpliwości.

Życie zaczyna się w momencie poczęcia.

Pozorny truizm na poziomie laika, a na trochę wyższym poziomie zaskakująco trudne do weryfikacji zdanie. Może to wydaje się dziwne, ale do tej pory ludzie nie dopracowali się jednej, powszechnie akceptowanej definicji życia. Jednakże większość ludzi z którymi rozmawiałem, w tym radykalnych pro-choice, zgodziło się z tym twierdzeniem, gdy tylko obiecałem, że nie użyję go jako samodzielnej przesłanki za całkowitym zakazem unicestwiania tego życia (a nie użyję, bo analogicznie musiałbym zakazać np. mycia się, które zabija miliardy bakterii będących również formami życia).

Osoba nie zaczyna się w momencie poczęcia.

Niezależnie od tego, co na ten temat powiedzą Wam fundamentaliści różnej maści, moment poczęcia jest wcześniejszy niż ostateczny moment, w którym wiemy, o ilu osobach w ogóle mówimy. W przypadku bliźniaków jednojajowych poczęcie poprzedza moment rozdzielenia się nowej formy życia na dwie osoby. Niekiedy nawet o kilka dni. Oczywiście dopóki nie ma osoby, nie ma też osobowości, nie może więc też być mowy nawet o szczątkowym samoposiadaniu.


Płód to człowiek.

Oczywiście człowieczeństwo można definiować na bardzo wielu płaszczyznach, a tutaj mowa tylko o jednej: genetycznej. Nawet nie biologicznej. Niemniej, z genetycznego punktu widzenia płód jest człowiekiem, ponieważ spełnia wszystkie kryteria odróżniające homo sapiens od innych gatunków. To trochę dziwne, gdy się weźmie pod uwagę, że działa to od momentu poczęcia, a więc nagle z jednego człowieka może zrobić się dwóch (ale genetycznie nieodróżnialnych od siebie), ale można chyba poprzestać na konsensusie, że płód od momentu poczęcia ma w sobie coś z człowieczeństwa i z czasem ma tylko coraz więcej, a nie coraz mniej.

Płód nie jest częścią ciała matki.

Jest mieszkańcem tego ciała, połączonym z matką relacją, którą można z biologicznego punktu widzenia nazwać pasożytnictwem. Nie jest jednak częścią jej ciała, bo częścią ciała jest macica, tak samo jak częścią ciała człowieka jest jelito cienkie, ale nie jest nią tasiemiec. Dlatego hasło „moje ciało, mój wybór” to nadużycie semantyczne, bo chodzi nie tylko o „moje” ciało.

Najbardziej inwazyjne metody aborcji są najbardziej dopuszczalne.

Tu już czysta zasada samoposiadania, dająca prawo dysponowania własnym ciałem. Ciało dziecka, jak już napisałem, nie jest ciałem matki, ale macica, w której się gnieździ, już tak. Usunięcie całej macicy nie narusza więc, przynajmniej co do litery, zasady samoposiadania, o ile sam lokator nie zostanie przy tym dotknięty, na tej samej zasadzie, na jakiej prawo własności pozwala mi zniszczyć mój własny skafander kosmiczny bez dotykania zamkniętej w nim osoby, nawet jeśli mam pewność, że spowoduje to jej śmierć. Mimo to są libertarianie, którzy uważają, że z samej takiej literalnej wykładni nie wynika automatycznie dopuszczalność takich czynów w obu przypadkach (właściwie wszyscy poza nurtem propertariańskim).

Aborcja z powodu zagrożenia życia matki różni się od typowej obrony własnej.

Jest to, oczywiście, rodzaj obrony własnej w jej najbardziej radykalnej formie, czyli połączonej z zabiciem kogoś innego lub przynajmniej z dopuszczeniem takiej możliwości. Jednakże w typowym przypadku takiej obrony własnej (np. zastrzelenie grożącego nam mordercy czy rabusia) ginie agresor, co podczas aborcji nie jest prawdą i dla niektórych stanowi to decydującą różnicę.

Dopuszczalność aborcji zrywa związek między podejmowaniem decyzji a ponoszeniem ciężaru jej skutków.

Nie jest to logiczna implikacja, która musi być prawdziwa, ale tak się jakoś składa, że zawsze okazuje się prawdziwa w praktyce. Nie mówię tutaj o samym nienarodzonym dziecku, bo to normalne, że wielu decyzji dzieci nie respektujemy, ale też nie pozwalamy na zbyt głęboką korelację między nimi a osobistą odpowiedzialnością za nie. Tutaj chodzi o inny przypadek: zazwyczaj jeśli prawo dopuszcza aborcję w jakichś warunkach, to gdy one zajdą, pozostawia decyzję ciężarnej do jednoosobowego podjęcia. To ona jest jedyną osobą, która może zdecydować, że dziecko się nie urodzi. Tym samym staje się jedyną osobą, która może ostatecznie zdecydować, że dziecko jednak się urodzi. Mimo to, jeśli tak jest i zdecyduje się urodzić, ta jednoosobowość decyzji wcale nie powoduje wygaśnięcia roszczeń alimentacyjnych wobec ojca dziecka. Piszę o tym dlatego, że libertarianie konsekwencjonalistyczni (tacy, którzy popierają libertarianizm nie dlatego, że uważają jego fundamenty za jedynie słuszne etycznie, ale dlatego, że uważają jego efekty za najlepsze z możliwych), a i część deontologicznych (to ci drudzy), często podkreślają powiązanie decyzyjności z odpowiedzialnością jako zaletę ich światopoglądu. Poniekąd słusznie: dość łatwo można ją wyprowadzić z libertariańskich aksjomatów, a ponieważ decyzje mają konsekwencje, ktoś musi je ponosić. Tu się zgodzę, że zawsze lepiej, jeśli poniesie je osoba, która tę decyzję podjęła, niż jeśli poniesie je osoba, która tej decyzji nie podjęła.


Nie da się chronić życia od momentu poczęcia.

Jeśli ktoś to postuluje, to powinien palnąć się w łeb, zanim zarzuci komukolwiek utopijność poglądów (częsty zarzut wobec libertarian). Obecny stan zaawansowania technicznego ludzkości przez pierwszych kilka dni nie pozwala nawet wykryć ciąży z sensowną dozą prawdopodobieństwa. To ma bardzo konkretne przełożenie na ewentualne skutki zbyt radykalnych ustaw. Na przykład trzeba będzie drobiazgowo zbadać wnętrzności każdej kobiety w wieku rozrodczym, która zginie w wypadku drogowym, żeby ustalić kwalifikację prawną czynu. Abstrahując od ideologii chyba nas na to zwyczajnie nie stać.

Aborcja ma się do prawa jak mechanika kwantowa do mechaniki newtonowskiej.

Przyznaję, to napisałem już pół żartem. Ale po zapoznaniu się z mechaniką newtonowską i doświadczalnym nauczeniu się jej działania zasady mechaniki kwantowej zdają się przeczyć wszystkiemu, co rozumiemy. Dokładnie takie samo wrażenie można mieć przy aborcji.

Niemal każde hasło ogólnikowe, które ma bronić takiego czy innego poglądu w tej sprawie, nagle u głosiciela tego hasła przestaje działać, gdy tylko przeniesiemy je na inne kwestie.

Zwolennicy legalności aborcji podkreślają wybór związany z własnością ciała, prawie po libertariańsku, ale na legalizację sprzedaży nerek, zażywania twardych narkotyków czy antybiotyków bez recepty w życiu by się nie zgodzili. Podkreślają prawo wyboru w tej jednej kwestii, odmawiając go w kwestiach takich, jak ubezpieczenie zdrowotne, odkładanie na emeryturę, decydowanie o kształcie edukacji własnych dzieci czy nawet prozaiczne zapinanie pasów w samochodzie albo pracowanie za 1200 złotych brutto na etat. Na każdym kroku podkreślają wagę wolności, natychmiast z niej rezygnując, gdy tylko zacznie ona dotykać spraw gospodarczych albo szkodzenia samemu sobie przez dorosłych ludzi. Czasem nawet podkreślają, że to dziecko kobiety i ma ona prawo decydować w jego imieniu, ale znów: w momencie, gdy dziecko kończy ileś lat i decyzja dotyczy nie życia dziecka, a jego edukacji, prawo nagle się urywa.

A przeciwnicy legalizacji aborcji często mają to wszystko co powyżej, tylko na odwrót. Przy czym o ile kwestia narkotyków jest jeszcze jakoś tam zrozumiała (zażywaniem narkotyków szkodzisz sobie, a przerywając ciążę szkodzisz dziecku wewnątrz tej argumentacji), choć z libertariańskiego punktu widzenia całkowicie nieakceptowalna, to już niezbyt zrozumiałe jest powoływanie się na Pismo Święte przy jednoczesnym notorycznym zapominaniu o zasadzie „nie sądźcie, abyście sądzeni nie byli”.

W ogóle przyznam szczerze: gdyby większość haseł, które widziałem na demonstracji przeciwko nowelizacji ustawy antyaborcyjnej zaproponowanej przez Ordo Iuris, zorganizowanej przez zasadniczo wrogą mi Partię Razem, zastosować z żelazną konsekwencją do kwestii gospodarczych i do kwestii wolności osobistej dorosłych ludzi na wszystkich jej polach i niezależnie od płci, to moim zdaniem mielibyśmy w Polsce raj na Ziemi i to, jaki byłby kształt ustaw regulujących dopuszczalność aborcji, w żaden sposób nie wpłynęłoby na moją powyższą, generalną ocenę. Ale zdaje się, że tak się składa, że zamordystycznej skądinąd Partii Razem i pokrewnym chodzi o zastosowanie reguł tylko do aborcji, udając, że bazują w ogólności na jakichś tam wolnościowych fundamentach.

Skrajne przypadki nie dowodzą niczego.

Rzadko się podpisuję pod takim stwierdzeniem. Zwykle uważam, że na skrajnych przypadkach najlepiej się pokazuje istotę sprawy. Ale dzieje się tak między innymi dlatego, że skrajne przypadki są akademickie, co ma dwie zalety. Pierwsza, mniej ważna: przypadek się układa i można dzięki temu zadbać o to, żeby był naprawdę skrajny i żeby mieć silne przesłanki albo wręcz dowód, że tak jest. Druga, znacznie ważniejsza: przypadek nie dotyczy nikogo osobiście, co ułatwia analizowanie go rozumem bez zbędnego dopuszczania do głosu emocji.

W przypadku aborcji obie strony zaś epatują skrajnościami, które naprawdę miały miejsce. Z jednej strony usłyszymy o Ludwigu van Beethovenie, Karolu Wojtyle, Celine Dion czy Cristiano Ronaldo. Cała czwórka w swoich okresach prenatalnych kwalifikowałaby się do dopuszczenia przerwania ciąży według dzisiaj obowiązującego prawa, a w przypadku trójki z nich (bez Beethovena) było to wręcz zalecane albo silnie sugerowane ich ciężarnym matkom.

Z drugiej strony pokazuje się przykłady skrajnie zdeformowanych noworodków, które zostały ocalone od aborcji niemal siłowo, na przykład przez profesora Bogdana Chazana. Mają one nienaturalne kolory, kosmiczne kształty czaszek (nieraz dosłownie: toczka w toczkę przypominają one te, które pojawiają się w wyobraźni twórców i później na planach filmów typu „Independence Day”), czasem za dużo albo za mało oczu, generalnie przykro się robi na samą myśl, że to też jest człowiek, który coś tam odczuwa, nawet takiemu indywiduum jak ja, praktycznie pozbawionemu empatii.

Warto byłoby, żeby ludzie z jednej strony tego sporu wbili sobie do głów, że takie noworodki umierają po kilku godzinach, czasem żyją dłużej, ale nigdy nie stają się nowymi Beethovenami, Wojtyłami, Dionami czy Ronaldami, a drudzy żeby wbili sobie do głów, że takie mutacje letalne, a postnatalne, leżą bardzo daleko od zwykłego zespołu Downa, który również jest dopuszczalnym kryterium przerwania ciąży według możliwych interpretacji obecnej, podobno zbyt restrykcyjnej, ustawy.

Innymi słowy: Wasze przykłady to żadne argumenty.

Równie dobrze można argumentować za Korwin-Mikkem, że jest się przeciw aborcji, bo życie pokazało, że wyskrobano nie tych, co trzeba, po czym dodawać, że jest to właściwie argument za rozszerzeniem legalności aborcji na okres postnatalny.

A to, czy ktoś tak argumentuje czy nie, zależy tylko od tego, czy człowiekowi zależy na wbiciu oponentowi szpili i popisaniu się bon motem czy na zmianie przepisów na takie, które naprawdę poprawią sytuację, a przynajmniej na takie, w które on wierzy, że poprawią sytuację w ramach jego moralnych wartości.


Nie, nie jestem za całkowitą legalizacją aborcji. Nie, nie jestem też za całkowitym zakazem aborcji. I nie, nie uważam obecnej ustawy za dobre rozwiązanie.

I nie: nie napiszę, jakie rozwiązanie tej kwestii osobiście uważam za dobre, a przynajmniej jeszcze nie teraz.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Jedna myśl nt. „Libertarianizm a aborcja”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *