Libertarianizm a „przemoc werbalna”

Dobry wieczór.

Zabrałem się za tę notkę z pewnymi oporami, bo nie czytałem zbyt wielu klasyków libertarianizmu. Nie wiem więc, czy na przykład nie wyważam otwartych drzwi. Z drugiej strony może to i dobrze, bo dzięki temu moje przemyślenia będą miały więcej świeżości albo będą łatwiej przyswajalne dla nielibertarian?

Tak czy inaczej czuję się w obowiązku zaznaczyć na samym początku, że przedstawiam tutaj głównie własne przemyślenia, które dla mnie wynikają z tego, że uważam się za libertarianina i co przez to rozumiem, niemniej nie mogą one być traktowane jak reprezentatywne dla nurtu, jego przedstawicieli czy sympatyków.


Zaczęło się od sporu ze znajomą nielibertarianką. Spór dotyczył tego, czy jeśli Krzyś i Staś (imiona zmienione) z jednej klasy nie lubią się, przy czym Krzyś jest wyraźnie silniejszy psychicznie od Stasia, a Staś jest wyraźnie silniejszy fizycznie od Krzysia, oraz Krzyś wykorzystuje swoją przewagę do dokuczania Stasiowi za pomocą inwektyw, to Staś jest uprawniony do odpowiedzi przemocą zgodnie z doktryną libertariańską?

Odruchowo odpowiedziałem przecząco. Przecież libertarianizm w ogóle odrzuca zasadniczo przemoc werbalną (i w ogóle jakąkolwiek przemoc niefizyczną). Nieprzypadkowo sam wziąłem to pojęcie w cudzysłów w tytule notki. Agresją jest przemoc fizyczna i tyle, a aksjomat o nieagresji zakazuje inicjowania agresji. Owszem, niektórzy libertarianie rozszerzają definicję agresji (np. na oszustwo czy zabór mienia), większość zgadza się też, że groźbę wolno traktować na równi z jej realizacją (i w tym ujęciu słowa „zabiję cię”, choć kwalifikują się najwyżej jako „przemoc werbalna”, usprawiedliwiłyby fizyczną odpowiedź). Nie ma też raczej wątpliwości co do tego, że wrzaśnięcie komuś do ucha „Ty idioto!” jest agresją, ale właśnie z uwagi na fizyczny aspekt sprawy.

Innymi słowy: agresywna nie jest treść, a fakt wywrzeszczenia jej do ucha, i należy takie zachowanie traktować nie na równi z wypowiedzeniem „ty idioto” spokojnym tonem, a na równi z wrzaśnięciem komuś prosto do ucha „Kocham cię!!!”.

Ale potem zacząłem się zastanawiać, a im dłużej się zastanawiałem, tym bardziej cała sprawa przestawała być dla mnie taka oczywista.

„Aksjomat” o nieagresji nie jest przecież tak naprawdę aksjomatem per se, tylko implikacją innego aksjomatu, stanowiącego fundament libertarianizmu: samoposiadania. Jeśli na początku było Słowo, to na początku libertarianizmu było: „Każdy człowiek jest właścicielem swojego ciała”. Nieagresja jest po prostu zasadą wygodną w stosowaniu, na którą często warto się powołać, bo to ułatwia dyskusję, za to nie warto jej wyprowadzać z samoposiadania, bo tu dyskusję utrudnia.

Pamiętając, że dzieci w wieku szkolnym nie samoposiadają się w pełni i że to jeszcze bardziej komplikuje kwestię i utrudnia jednoznaczne jej rozstrzygnięcie, postanowiłem na razie zignorować ten problem i zastanowić się, co się dzieje bez niego, bo sytuacja może równie dobrze wydarzyć się między dorosłymi ludźmi.

Załóżmy, że jakiś człowiek, usłyszawszy „ty głupku” pod swoim adresem, płacze. Zawsze. Nie dlatego, że chce, tylko dlatego, że ma konstrukcję psychofizyczną godną patrona moralnego Uczuciopedii. On nawet nie chce płakać, ale nie potrafi tego zatrzymać. Łzy same mu płyną.

Oznacza to mniej więcej tyle, że ktoś obcy dysponuje jego własnością wbrew jego woli. Własność człowieka, jaką jest jego ciało, zaczyna się zachowywać sprzecznie z tym, jak właściciel by chciał, na co sam właściciel nie ma wpływu, a jest to bezpośrednią konsekwencją działań kogoś innego. Taka reakcja jest naturalnie częsta u dzieci, które, jak już wspomniałem, nie samoposiadają się, ale tędy nie można uciec od problemu, bo wśród dorosłych można bez problemu wskazać analogiczne sytuacje (np. sąsiad wierci w mieszkaniu, od czego boli mnie głowa).


To może jednak są sytuacje, w których rzucanie pod czyimś adresem inwektyw jest niedozwolone z punktu widzenia libertarianizmu (w związku z czym usprawiedliwia agresję w odpowiedzi)? Nie ze względu na jakąś wyimaginowaną „przemoc werbalną”, tylko zwyczajnie ze względu na naruszenie samoposiadania, czyli samego fundamentu libertarianizmu? Wszak nie na darmo jeden z memów mówi, że „libertarianizm to radykalny pogląd, w myśl którego inni ludzie nie są twoją własnością”.

Odpowiedź, do jakiej doszedłem, bardzo mi się nie spodobała, ale lepszej nie mam. Brzmi ona: „to zależy”. Konkretnie: od lokalnego zwyczaju, który z kolei zależy od rodzaju zjawiska i skali zjawiska. Nie lubię tej odpowiedzi jak diabli, bo zdecydowanie preferuję zerojedynkową ocenę sytuacji w kontekście doktryny, ale chyba nic się na to nie poradzi.

Nasze samoposiadanie jest regularnie i w sposób nieunikniony naruszane przez nas nawzajem choćby przez to, że każdy z nas znajduje się w polu grawitacyjnym każdego innego. Grawitacja, choć bardzo słaba (wiem, ktoś, kto upadł na głowę, może się z tym nie zgodzić, ale proszę pomyśleć, że podnosząc bez większego wysiłku książkę pokonuje się grawitację całej masywnej planety), działa bez ograniczeń, jeśli chodzi o odległość. Nikt nikogo za to nie ściga i libertariańskie PAO też nie będzie, bo po prostu skala zjawiska jest za mała.

Z kolei ktoś nadający decybelami na całą wieś przez całą noc zostanie błyskawicznie sprowadzony do parteru przez sąsiadów, bo jest to ewidentna agresja falami dźwiękowymi.

Wszystko pięknie, ładnie, ale przypadek uczniów wygląda na brzegowy. Co wtedy? Jak już wspomniałem: lokalny zwyczaj. W odpowiedzi na rodzaj i skalę zjawiska jakiś zwyczaj się wytworzy i społeczność będzie się rządzić zgodnie z nim. To jest zresztą piękno libertarianizmu: jeśli jest taki przypadek brzegowy, to będzie mnóstwo niesprzecznych z doktryną rozwiązań, ale ponieważ suwerenne społeczności będą bardzo małe, bez żadnej odgórnej, unifikującej władzy zwierzchniej, to bez większego problemu będzie można zmienić tą, której rozwiązania nam nie odpowiadają, na jakąś, której rozwiązania nam odpowiadają (co też jest odpowiednikiem dzisiejszej migracji, tylko znów: skala zjawiska; gdy państw jest kilkaset, każde uzurpuje sobie monopol na stosowanie przemocy na swoim terenie i są ze sobą powiązane masą umów unifikujących niektóre prawa, to dużo trudniej jest uciec od niechcianego przepisu niż przy milionach suwerennych osiedli niemonopolizujących używania przemocy i kartelizujących się tylko w kwestiach, w których uzgodnienia muszą z jakichś przyczyn być wspólne, np. przeciwdziałanie katastrofom epidemiologicznym o potencjalnie bardzo dużym zasięgu).


Technicznie nawet skłoty są libertariańskie, i to nawet wtedy, gdyby obowiązywała tam najgłębsza możliwa komuna i zupełnie nielibertariańskie sposoby wymuszania stosowania się do niej. Bo łatwo można je opuścić. Gdy ta możliwość znika, przestają być libertariańskie.

Ad rem. Dzieci pozostawione same sobie, bez ingerencji dorosłych, prawdopodobnie wypracowałyby inne rozwiązanie, jeśli chodzi o kwestię reakcji na wyzwiska, niż wobec ingerencji dorosłych (co łatwo wytłumaczyć: wśród samych dzieci reagowanie płaczem jest znacznie bardziej powszechne niż w łącznej populacji dzieci i dorosłych; ponieważ zaś to dorośli płaczą rzadziej, a mają głos decydujący w populacji mieszanej, więc w takiej sytuacji odpowiedź jest taka, jak na zjawisko rzadsze niż odpowiedź udzielona przez niezmąconą niczym pajdokrację). Generalnie każde poważne naruszenie samoposiadania usprawiedliwia agresję jako reakcję, jednakże przewidywane zwyczaje można byłoby z grubsza zaklasyfikować do jednej z kilku grup w zależności od tego, czego by dotyczyły.

Przypadek 1: bardzo rzadka reakcja

Jeśli w całym bloku wszyscy ludzie żyją zgodnie ze sobą, tylko jeden jest taki, który ma bardzo wrażliwy słuch i bardzo wrażliwą głowę, i któremu przeszkadza, gdy inni chodzą za jego oknami, to prawdopodobnie musiałby się pogodzić z naruszaniem samoposiadania. Gdyby odpowiedział agresją, społeczność zwróci się przeciwko niemu i podejrzewam, że nawet udowodnienie przed sądem z użyciem najnowszej techniki, że on naprawdę, w mierzalny sposób doświadcza bólu, nie zmieniłoby werdyktu, bo z takim współplemieńcem po prostu nie da się żyć. Libertarianizm, wbrew temu, co uważają lub usiłują wmówić ludziom etatyści, jest systemem przede wszystkim dla zwykłych ludzi. Jednym z ostatnich zjawisk, jakich należy się w nim spodziewać, jest dostosowywanie się większości do mniejszości, chyba że ta mniejszość ma do zaoferowania większości coś tak pożytecznego, że warto się ugiąć (np. szpital, który jako jedyny potrafi ze stuprocentową skutecznością leczyć nowotwory, prawdopodobnie będzie mógł dyktować niemal dowolne warunki, łącznie z tym, żeby pacjent zjadł własne gówno przed zabiegiem, i miałby klientelę, mimo że większość tej klienteli co do zasady gówien nie jada – oczywiście to przykład akademicki, w praktyce libertariański szpital mający tego typu monopol dzięki know-how odcinałby od niego zupełnie inne kupony).

Zakładając jednak, że gość byłby wrażliwcem jednym na kilka tysięcy, a nie jednym na miliardy, jest całkiem realna szansa, że znalazłby społeczność właśnie dla takich jak on, gdzie dozwolone byłyby tylko filcowe chodniki i wygłuszone ściany. Musiałby zapewne pogodzić się z innymi zwyczajami tej społeczności, bo nie bardzo miałby w czym wybierać, ale też pewnie mógłby na nie wpływać, bo przecież tworzyliby ją ludzie podobni jemu, a więc czujący jakąś tam jedność duchową, a przy tym wszyscy mający bardzo ograniczony wybór, więc bardziej skłonni do kompromisu między sobą w obrębie tego, co mają.

Przypadek 2: rzadka reakcja

Facet wierci, co przeszkadza kilku procentom jego sąsiadów na poziomie powodowania bólu głowy (i, zakładamy, że ból jest dowodliwy przed sądem – to jest ten punkt, co do którego jestem niemal pewien, że klasycy nie mogli go brać pod uwagę).

Tutaj jest już większa szansa na to, że jak odpowiedzą facetowi agresją, to społeczność przyzna im rację. Nadal ciężar dowodu, że ich boli, będzie po ich stronie, podobnie jak (prawdopodobnie) ciężar dowodu, że zanim wytoczyli najcięższe działa, podjęli próbę dogadania się z facetem. Do tego jeszcze wrócę.

Najbardziej prawdopodobne jest to, że się dogadają.

Przypadek 3: typowa reakcja, łatwa do przewidzenia

Jeśli klaszczesz komuś z zaskoczenia tuż przed nosem, to na ogół wyzwalasz w jego ciele reakcję bezwarunkową, nieplanowaną, dość podobną u wielu osób, a przy tym połączoną ze zdenerwowaniem. Choć realne szkody trudno tutaj ofierze wykazać, powinieneś liczyć się z tym, że ktoś Ci w końcu w odpowiedzi przywali. Prawdopodobnie to Ty będziesz wówczas musiał iść do sądu, jeśli uznasz, że niesłusznie, i prawdopodobnie przegrasz.

Przypadek 4: typowa reakcja, trudna do przewidzenia

Przypadek poprzedni można równie dobrze rozpatrzyć w odniesieniu do oryginalnego problemu. Jeśli normą będzie płacz w odpowiedzi na wyzwiska, to odpowiadanie na wyzwisko uderzeniem stanie się akceptowalne. Co za tym idzie: uderzenie jest właściwą odpowiedzią na doprowadzenie kogoś do płaczu wbrew jego woli.

Problem pojawia się, gdy delikwent doprowadzi kogoś do płaczu wbrew jego woli w sytuacji, w której ludzie normalnie płaczą, ale bez złych intencji. Na przykład zamiast powiedzieć „ty idioto” powie „pozdrów żonę”, a dopiero potem dowie się, że żona tydzień wcześniej zginęła. Prawdopodobnie najbardziej brzegowy z podanych przypadków. Jeśli ten, kto się popłakał, zażyczy sobie rekompensaty w postaci jakiejś niezbyt dużej kwoty (5-15 złotych na dzisiejsze realia, a jeszcze bardziej prawdopodobne postawienie czegoś tej wartości: piwa, wina, ciastka, co tam płaczący lubi), to ma duże szanse, że społeczność opowie się po jego stronie. Jeśli jednak uderzy przypadkowego winowajcę, to jest spora szansa, że społeczność uzna, że reakcja była właściwa co do zasady, ale przesadzona co do kalibru, i wtedy to ten, kto zadał pytanie, będzie mógł dochodzić rekompensaty (ale dużo mniejszej niż gdyby dostał w pysk po prostu, bez dania racji).

I tu czas na to, do czego obiecałem wrócić w punkcie drugim: libertarianie uważają, że przemoc jest co do zasady zła. Nie może być inaczej, skoro fundamentalne dla libertarian jest samoposiadanie, a przemoc ze swej natury musi w nie ingerować. Jeśli nie jest ona inicjacją agresji tylko odpowiedzią na agresję, to może być usprawiedliwiona, ale zawsze traktowana jest w kategoriach najmniejszego zła.

Niezależnie od tego, czy pobudki są utylitarne, etyczne czy doktrynalne, panuje raczej zgoda co do tego, że lepiej jeśli rekompensata wobec ofiary jest w jakiś sposób pożyteczna dla ofiary. W wielu przypadkach jest to odszkodowanie. Na poziomie dzieci: powiedziałeś Stasiowi coś przykrego, popłakał się przez ciebie, to teraz po obiedzie oddasz mu swój deser. Nawet nie za karę, tylko dlatego, żeby Staś wyszedł na swoje. W przypadku, gdy komuś zniszczę jego własność, odszkodowanie jest wręcz najbardziej naturalnym sposobem rekompensaty.

Przemoc jest tutaj wyjściem awaryjnym. Na ogół zresztą, jeśli już zachodzi potrzeba jej stosowania, to nie po to, żeby winny został pobity, tylko po to, żeby wymusić na nim zrekompensowanie ofierze straty. Libertarianie dopuszczają przemoc wobec złodzieja, ale zasadniczo nie chodzi o ucięcie ręki, tylko o to, żeby odzyskać skradzione mienie z właściwą nawiązką, nawet jeśli złodziej ma w nosie zasady, nie chce go oddać i broni go ze wszystkich sił. Wyegzekwowanie odszkodowania materialnego wymaga wówczas zastosowania przemocy fizycznej, jednak tylko jako środka, bo celem jest rekompensata ofierze.


Może być tak, że tylko przemoc może rekompensować ofierze stratę, bo innych środków po prostu nie ma. Na przykład jeśli sprawca wybije ofierze oko, po czym okaże się, że można ofierze przeszczepić oko od sprawcy, to wydanie i wykonanie takiego wyroku, niezależnie od oporów sprawcy, jest jak najbardziej dopuszczalne (ale, oczywiście, nie wtedy, gdy ofiara aktywnie się temu sprzeciwi: w końcu to ona ma roszczenie o oko). Jeśli jest możliwe oddanie oka w inny sposób, to zmuszenie sprawcy do skorzystania z tego sposobu jest też dopuszczalne, aczkolwiek nie panuje pełna zgodność, czy w dowolnych granicach. Drastyczny przypadek brzegowy jest taki: Kowalski wybił Nowakowi oko, jedynym dawcą oka dla Nowaka jest Malinowski, który zgadza się pod warunkiem, że Kowalski wcześniej sam siebie spali na stosie. Moim zdaniem po krótkim upewnieniu się, że nie ma innych możliwości, należy uczynić zadość temu żądaniu, używając wobec Kowalskiego tyle przemocy fizycznej, ile trzeba, żeby wyegzekwować, co trzeba, bo istotą jest oddanie Nowakowi tego, co mu zostało bezprawnie zabrane, na koszt tego, kto to zrobił – ale daleki jestem od potępiania kogoś, kto mieni się libertarianinem, a nie zgodzi się na takie rozwiązanie, albo od uznania go za niegodnego zaszczytnego miana libertarianina.

Końcowa konkluzja jest taka, że o ile odrzucam „przemoc werbalną” per se jako oksymoron i odrzucam opcję karania przez libertariańską społeczność za coś, co określane jest tym mianem, samo z siebie, czy też dopuszczania przez tę społeczność agresji w odpowiedzi, o tyle dostrzegam możliwość dość wyraźnego (i na pewno wystarczającego, by usprawiedliwić agresywną reakcję) naruszenia cudzego samoposiadania niekoniecznie za pomocą tego, czego zakazuje enumeratywna lista agresywnych zachowań w definicji aksjomatu o nieagresji (abstrahując już od tego, że nie ma zgody wewnątrz libertarian co do kształtu tej listy). Ewentualnie można uznać doktrynalnie zachowanie prowokujące drugą osobę do płaczu wbrew jej woli za formę agresji, i po prostu pogodzić się z tym, że istnieją zachowania, które są agresją wobec jednych ludzi, a nie są agresją wobec innych, jedynie ze względu na różnice w psychofizycznej konstrukcji odbiorcy.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Jedna myśl nt. „Libertarianizm a „przemoc werbalna””

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *