Liberum Ceto

Dzień dobry.

Przepraszam za dłuższą przerwę. Tydzień temu byłem niedysponowany, a wczoraj miałem urodziny i nie chciało mi się pisać. Dziś też się nie rozpiszę.


Jednym z gorących tematów od mojego ostatniego wpisu była kwestia ratyfikowania umowy CETA.


Na temat samej umowy nie mam wyrobionego zdania. Nie chciało mi się czytać aktu prawnego mającego ponad dwa tysiące stron, w dodatku nie stanowiących kompletnej informacji o ustaleniach tylko odwołujących się do innych aktów prawnych.

Cała sprawa była natomiast interesująca z punktu widzenia zagadnienia liberum veto.

Na poziomie populistycznym idea liberum veto powinna dziś zyskiwać w Polsce spore poparcie (proszę wziąć dowolnego przeciwnika obecnego rządu, zapytać go o najgorszy pomysł tego rządu, a jest w czym wybierać, a potem pokazać wyniki głosowania nad tym pomysłem i w tym kontekście zaproponować liberum veto), ale tak się nie dzieje. Nie ma czego żałować: poparcie zdobyte populistycznymi metodami nie ma dużej wartości.

Natomiast w przypadku CETA niewiele brakło, żeby zadziałało dwupoziomowe liberum veto.

Przede wszystkim stronami umowy są Unia Europejska i państwo kanadyjskie. Podpisanie umowy przez Unię wymaga zgody wszystkich członków. Gdyby państwo belgijskie zawetowało umowę, nie doszłaby ona do skutku mimo poparcia całej reszty członków. To z kolei groziło ze względu na veto Walonii. To wewnętrzna sprawa Belgii, czy veto pojedynczego regionu wystarcza do zawetowania czegoś takiego na poziomie państwa, najwyraźniej coś jest na rzeczy.

Z wolnościowego punktu widzenia liberum veto jest najlepszą rzeczą, jaka może się przydarzyć, jeśli istnieje jakiekolwiek państwo. Powód jest prosty: jeśli już musimy mieć regulacje, nie obejmujmy nimi dosłownie nikogo, kto się na nie nie zgadza.


Oczywiście mechanizm może działać na różnych poziomach – na poziomie jednostkowego obywatela oznacza to nieco inną rzecz niż na poziomie pojedynczego powiatu czy województwa – ale każde veto jako opcja jest lepsze niż jego brak i zwykły autorytaryzm czy, co gorsza, głosowanie większościowe.

Czy zawsze tak jest? Nie: niektóre decyzje już podjęto w imieniu ludzi, którzy się na nie nie zgodzili. Wycofanie ich nie powinno się odbywać na poziomie liberum veto, wręcz przeciwnie: należy spytać, czy dane ustawy powinny zostać utrzymane (i wtedy liberum veto powinno działać). Dużo zależy od sformułowania pytania i nie jest tak, że kryterium jest utrzymanie status quo. Zasada służy do tego, żeby to, co obowiązuje wszystkich, było akceptowane bezdyskusyjnie. Należy o tym pamiętać, gdy się rozważa jej zastosowanie.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Jedna myśl nt. „Liberum Ceto”

  1. Bardzo ciekawy punkt widzenia. Właściwie tożsamy z moim – żadne prawo nie może obowiązywać żadnego człowieka, który sie na to prawo nie zgadza – ale przemycony inną drogą, niż ja to proponuję.
    Liberum veto sprowadzone do poziomu pojedynczych jednostek oczywiście prowadziłoby w praktyce do niemożliwości uchwalenia niemal żadnego prawa – co w sumie nie jest niczym złym, biorąc pod uwagę to jak durne i szkodliwe jest większość przepisów prawnych – poza może najbardziej oczywistymi zakazami: zabijania czy kradzieży, bo trudno spotkać kogoś, kto chciałby aby inni mogli go legalnie zabić lub okraść.
    Wydaje mi się jednak że o wiele praktyczniejszym rozwiązaniem jest pozbycie się tego problemu poprzez absolutne prawo secesji, gdzie osoby nie zgadzające się nie tyle wetują ustawę, co po prostu ich ona nie dotyczy bo dokonują secesji od porządku prawnego w którym jest uchwalana (albo odwrotnie – mniejszość chcąca takiej ustawy dokonuje secesji).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *