Miara empatii

Dobry wieczór.

Naszło mnie niedawno, żeby zadać na facebooku pytanie o miarę i semantykę empatii. Rany Boskie, co tam się działo w komentarzach!


Zacznijmy od definicji. Empatia jest to zdolność odczuwania stanów psychicznych innych istot, umiejętność przyjęcia ich sposobu myślenia, spojrzenia z ich perspektywy na rzeczywistość (za Wikipedią).

Przyznaję, że przykład z premedytacją dobrałem prowokujący. Powołałem się na zwierzę, które cierpi, bo jest katowane, oraz na jego kata-sadystę, który też cierpi, gdy jest karany za znęcanie się nad zwierzęciem lub gdy strach przed karą zmusza go do odmówienia sobie tej przyjemności.

A potem zestawiłem ze sobą dwóch obserwatorów tego zjawiska: Pana A i Pana B. Pana A cechowała empatia wystarczająca do tego, żeby wczuć się w cierpiące zwierzę: odczuć jego stan psychiczny, sposób myślenia, spojrzeć na rzeczywistość z jego perspektywy. W każdym razie tak deklarował (pamiętajmy, że tutaj musimy uwierzyć na słowo zarówno w deklaracje człowieka, jak i w to, że właściwie odczytuje on to, w co się wczuwa!). I na tym koniec. Żadnej empatii z sadystą.

Pan B natomiast odczuwał tę samą empatię, co Pan A, w stosunku do zwierzęcia. Ale, w odróżnieniu od Pana A, Pan B potrafił również odczuwać empatię wobec sadysty: odczuć jego stan psychiczny, sposób myślenia, spojrzeć na rzeczywistość z jego perspektywy. Bez jawnie wyrażonych ocen moralnych (jakieś oceny moralne zapewne powstają przy rozważaniu takiej sytuacji, ponieważ eliminacja tych dwóch cierpień wyklucza się wzajemnie i człowiek wystarczająco empatyczny, żeby wczuć się w oba, musi się pogodzić z przynajmniej jednym w imię likwidacji drugiego).

A pytanie, które zadałem, brzmiało: którego z panów cechuje większa empatia?

Co tam się wyrabiało w komentarzach, urągało logice i zdrowemu rozsądkowi do tego stopnia, że po jakimś czasie przestałem to czytać, więc z góry przepraszam, jeśli ktoś przeoczony przeze mnie za późno dołączył do dyskusji z czymś sensownym.

Zanim odszedłem, naliczyłem dosłownie jeden komentarz będący próbą odpowiedzi na moje pytanie. Brzmiała ona tak, że więcej empatii miał Pan A, ponieważ Pan B nie uwzględnił cierpienia miłośników zwierząt, których jest więcej niż sadystów. Moim zdaniem jest to błędna odpowiedź, ale przynajmniej jest z czym polemizować.


Dlaczego błędna? Do tego, że jednych jest więcej niż drugich, wrócę za chwilę. Teraz inne kwestie.

Po pierwsze: nic o miłośnikach zwierząt nie było wspomniane w założeniach, nie wiadomo tak naprawdę, jak silnie Pan B empatyzował z miłośnikami zwierząt (można jedynie domniemywać, że Pan A empatyzował w stu procentach jako jeden z nich, co dawało mu spore fory na starcie w tej klasyfikacji).

Ale znacznie ciekawsze jest automatyczne wiązanie cierpienia katowanego kotka z cierpieniem miłośników zwierząt, co nastąpiło przy okazji innego komentarza, ale wiązało się i z tym. Jest to moim zdaniem subtelny błąd logiczny, ten sam, który prowadzi do próby obrony tezy Milla, że moralne jest to, co zwiększa sumę szczęścia ludzkości. Typowym atakiem na tę tezę jest podanie przykładu gwałtu zbiorowego jako niemoralnego czynu spełniającego przesłanki, na co niekiedy następuje obrona, że gwałt zbiorowy zmniejsza szczęście nie tylko ofiary, ale też jej bliskich oraz wszystkich, na których w związku z tym padnie blady strach.

I tu właśnie kryje się błąd, ponieważ cierpienie bliskich ofiary i innych osób postronnych nie jest efektem gwałtu tylko efektem tego, że ofiara się komukolwiek na ten gwałt poskarży. Powszechna wiedza o fakcie dokonania gwałtu zbiorowego nie jest nierozerwalną częścią gwałtu, wręcz przeciwnie: gwałciciele na ogół robią wszystko, żeby jej uniknąć. Nawet fałszywe doniesienie o gwałcie zbiorowym będzie przecież miało takie same efekty, o ile będzie odpowiednio wiarygodne.

I prawie to samo jest w przypadku katowania zwierząt. Prawie, ponieważ wśród oprawców zwierząt istnieje mniejszy opór przed ukrywaniem się z tym faktem, a niektórzy wręcz się tym publicznie chwalą, ale to nie zmienia zasady: działaniem powodującym cierpienie miłośników zwierząt jest to, że oni dowiadują się o krzywdzie. To działanie mogą podjąć oprawcy zwierząt, ale nie muszą to być oni. I także może być zmyślone.


Niemal cała reszta komentarzy to był bluzg pod adresem sadysty, pod moim adresem, że zamieściłem taki przykład, a wreszcie, że empatyzuję z sadystą. Bo napisałem tam całość tak, że siebie postawiłem w roli Pana B. Przyznaję, to mógł być błąd taktyczny, bo mógł sugerować, że pytanie jest postawione z tezą. Dlatego też Państwu się do tego przyznaję dopiero teraz, gdy mieli Państwo już wystarczająco dużo czasu, żeby bez tej wiedzy samodzielnie pomyśleć, kto wykazał się większą empatią: Pan A czy Pan B?

Ja istotnie stawiam tezę, że Pan B, ale to nie dlatego, że sam się stawiam w tej roli. Nie mam ku temu powodów, bo nie uważam empatii za cechę chwalebną (chyba że ktoś potrafi empatyzować z tymi, którym się wiedzie lepiej niż jemu). Komentarze zdawały się to potwierdzać: było tam sporo takich Panów A (częściej Pań A), które wprost pisały, że empatia z sadystą to jakiś żart. Czyli, w tłumaczeniu na ludzki język, coś, co je przerasta, ale do czego absolutnie nie chcą się przyznać.

Dlaczego nie chcą? Bo uważają empatię za coś dobrego, a kogoś wczuwającego się w sadystę za złego, więc gdyby musiały mu przyznać, że jest bardziej empatyczny od nich, to byłoby to odpowiednikiem przyznania racji ideologicznemu wrogowi. Ludzie tego nie lubią, nawet jeśli alternatywą jest wyjście na totalnego kretyna na poziomie logicznym, jak w tym przypadku (oczywiście ta ocena nie bierze się z tego, że ktoś twierdził, że to Pan A jest bardziej empatyczny, bo to miało być przedmiotem dyskusji, do której jednak nigdy nie doszło, tylko z tego, że w ogóle brakowało odpowiedzi na pytanie jako punktu odniesienia do jakiejkolwiek polemiki czy też zgody).

I tu dochodzimy do tytułowej kwestii: co jest miarą empatii? Bo jeśli chcemy stwierdzić, że ktoś jest bardziej empatyczny od kogoś innego, to jakąś miarę musimy mieć.

Padła propozycja, żeby to była liczba ludzi, z którymi ktoś empatyzuje. A ponieważ miłośników zwierząt jest więcej niż zwolenników znęcania się nad zwierzętami (wierzę na słowo), Pan A ma więcej empatii. Cóż, nic nie było powiedziane o empatii wobec miłośników zwierząt, ale zostawmy ten wątek. O ile dobrze zrozumiałem komentarz, miłośnik zwierząt nie potrafi w tej kwestii empatyzować z sadystą, więc Pan B ma za mało empatii, żeby wczuć się w sposób myślenia miłośnika zwierząt, bo nie umie sobie wyobrazić kogoś, kto nie potrafi tego zrobić.

Istotnie: tutaj może empatii nie starczać. Mnie w każdym razie nie starcza, żeby spojrzeć na świat z perspektywy kogoś, kto nie umie czegoś, co ja umiem, o ile nie jest to umiejętność, którą mogę sobie na chwilę zabrać. Mogę zamknąć oczy i przejść parę kroków, żeby empatyzować z niewidomym, mogę zatkać uszy, żeby empatyzować z głuchym, ale nie mogę zatrzymać procesów mózgowych, żeby empatyzować z kimś, kto nie jest do nich zdolny.

Tylko czy to jest dobra miara, zwłaszcza, gdy wchodzimy na metaempatię, czyli gdy wymaganiem jest wczucie się w kogoś, kto empatii nie ma? Bo jeśli tak, to tak samo nieempatyczni są wszyscy empatyczni, którzy nie umieją wczuć się w wyzutych z uczuć psychopatów. Wydaje się, że to błędna droga.

Ale najbardziej mnie w niej razi to podejście do liczebności grupy, której samemu jest się członkiem. Dla mnie empatia z kimś, z kim się zgadzam na rozważany temat, to żadna empatia – odczuwam po prostu swój punkt widzenia i swoje postrzeganie świata, co nie wymaga żadnej empatii i nie staje się nagle empatyczne od tego, że ktoś mój pogląd podziela. Ale nawet gdyby chodziło o cudzy pogląd czy sytuację, to jeśli Pan C wczuje się w głodnych, których jest sto tysięcy, a Pan D wczuje się w bezdomnych, których jest sto pięćdziesiąt tysięcy, to Pan D nie jest od tego bardziej empatyczny niż Pan C (i nie staje się nagle mniej empatyczny przez noc, jeśli podczas niej w wyniku siarczystych mrozów umrze sto tysięcy bezdomnych).

Co wobec tego w zamian?

Pokuszę się o własną definicję: miarą empatii jest maksymalna różnica między tymi stanami psychicznymi innych istot, w które człowiek potrafi rzeczywiście się wczuć tak silnie, jak gdyby to były jego własne stany psychiczne.

Trochę to może i pokręcone, a na pewno lekko oszukane, bo to nie jest żadna miara: trudno jest zmierzyć różnicę między stanami psychicznymi. Zdroworozsądkowo jednak chodzi mi o to, że ideałem empatii jest dla mnie ktoś, kto potrafi wczuć się zarówno w skrajnego sadystę, jak i w kogoś, kto nigdy, w żadnej sytuacji nie przejawia sadystycznych skłonności. Oczywiście to tylko jedna oś, może być ich wiele.


Jeśli ktoś jest blisko ekstremum w jakiejkolwiek sprawie, ma dość łatwy test: wystarczy próbować wczuć się w ekstremistę z przeciwnej strony barykady. Ale centryści (a jest ich zapewne więcej) mają trudniej, dlatego nie wymagam dużej odległości od siebie. Wystarczy duża odległość między sobą od tych, w których ktoś się wczuwa. Centrysta, który potrafi jednocześnie wczuć się w lewe skrzydło Partii Razem i w prawe skrzydło Partii Wolność, też wykazuje sporą dozę empatii moim zdaniem.

Nie oznacza to, oczywiście, że empatia kogoś, kto potrafi wczuć się tylko w cierpiące zwierzę, jest mała. Może być umiarkowana (jeśli ktoś sam przeżył znęcanie się nad sobą) albo bardzo duża (jeśli ktoś wiedzie życie jak z bajki pozbawione jakiegokolwiek cierpienia), a zazwyczaj leży gdzieś pomiędzy. Ale twierdzę, że jeśli już przyjmiemy tę empatię jako założenie, to druga empatia, z sadystą katującym zwierzęta dla zabawy, jest na osi empatii wartością dodaną i świadczy o większej, a nie mniejszej, empatii kogoś, kto to potrafi.

Do napisania za tydzień. Miłej resztki weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *