Między iksem a igrekiem

Dobry wieczór.

Igrzysk w Rio nie śledziłem, więc tylko z niejakim rozbawieniem czytałem którąś tam dyskusję na temat zasadności dopuszczania Caster Semenyi do konkurencji kobiecych. Ale przy tej okazji przypomniał mi się pewien cytat, który kiedyś słyszałem. I o tym cytacie dziś będzie.


Cytat brzmi: „Gdyby mężczyźni zachodzili w ciążę, aborcja byłaby sakramentem.”. Wydawało mi się, że autorką jest Joanna Senyszyn, bo to ją słyszałem mówiącą parę lat temu to zdanie, ale okazało się, że nie: cytat przypisywany jest Florynce Kennedy, amerykańskiej prawniczce i feministce. Najwyraźniej trzeciej fali, bo pierwsza fala feminizmu miała dużo sensu, czego o tym cytacie powiedzieć nie można.

Gdyby bowiem mężczyźni zachodzili w ciążę, aborcja byłaby tak samo potępiana, jak teraz. Przyczyniłyby się do tego kobiety u władzy w symbiozie z Kościołem Powszechnym, na którego czele miałyby prawo stać tylko kobiety i który miałby ogromny wpływ na dużą część świata.

A Florynce Kennedy i Joanna Senyszyn byłyby mężczyznami.

Dlatego, że po prostu nie zmieniłoby się nic poza nazewnictwem: nazywalibyśmy „mężczyznami” kobiety, a „kobietami” mężczyzn i tyle. Nawet język nadążyłby za tym, tworząc rodzaje żeńskoosobowy, nieżeńskoosobowy i męskorzeczowy.

Skąd o tym wiem? Nie wiem, bo nie ma jak tego sprawdzić. Ale czysta logika i intuicja każą tak przypuszczać.

To po prostu imperatyw ewolucyjny.


Po co ewolucja w ogóle wynalazła drugą płeć (drugą, czyli męską: bezwzględnie potrzebna jest tylko ta płeć, która produkuje kolejne osobniki)? Między innymi po to, żeby bardziej zróżnicować organizmy, dając szansę loterii genetycznej na szybsze dostosowywanie się do środowiska. Proszę zauważyć, że zazwyczaj to bardziej złożone organizmy (a więc dłużej się adaptujące) mają dwie płcie, a mniej złożone mają jedną, choć naturalnie wyjątków jest całe multum.

Czyli ustalmy: są dwie płcie, z czego rolą jednej jest rodzenie, a rolą drugiej płodzenie, czyli inicjowanie mechanizmu rozmnażania za pomocą dostarczenia z zewnątrz wiązki genetycznej niosącej informację inną niż organizm macierzysty, w nadziei, że mieszanka tych dwóch wiązek będzie adaptować się szybciej do zmiennych warunków niż jeden zestaw genów, którego jedyną szansą na zmiany są błędy replikacji DNA.

I ten właśnie podział ról odpowiada za płcie. To, że „kobietami” nazwaliśmy przedstawicielki płci odpowiedzialnej za rodzenie, a „mężczyznami” przedstawicieli płci odpowiedzialnej za płodzenie, to czysta konwencja i równie dobrze mogliśmy zrobić odwrotnie.


Natomiast przetrwanie gatunku to już nie konwencja. I nie samo rozmnażanie. Oprócz rozmnożenia się trzeba przeżyć: znaleźć pożywienie, schronienie przed złą pogodą, przed drapieżnikami, a oprócz tego zapewnić to samo swojemu potomstwu. Te wszystkie cele wymagają szczególnych cech: siły, agresji, ryzykowności.

A przy tym wszystkim złożony gatunek dąży do specjalizacji osobników.

I o ile płeć rodząca może, a nawet powinna być silna (ale w inny sposób niż płeć płodząca: siła rodzących nie musi być duża, za to muszą one być w stanie używać jej nieprzerwanie przez długi okres; w skrócie nazywa się to „kondycja”, m. in. dlatego kobiety żyją dłużej), o tyle agresywne i ryzykowne powinny być samce. Płeć nierodząca.

Po prostu: gatunek, w którym nosicielki przyszłych pokoleń byłyby agresywniejszą lub bardziej ryzykującą płcią, nie ma na zdrowy rozsądek żadnych argumentów za tym, żeby być uprzywilejowanym na drodze ewolucyjnej.

Więc to mężczyźni są ryzykantami i agresorami. A jak wiadomo: kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje. Efekt tego jest taki, że to mężczyźni częściej giną tragicznie (a kiedyś dysproporcja była zapewne jeszcze większa, nawet jeśli liczyć jako tragiczną śmierć w połogu), ale też taki, że to mężczyźni wygrywali znaczną większość walk o władzę na etapie, na którym nasz gatunek nie dorósł jeszcze do etapu, w którym był zdolny do świadomej zmiany kierunku własnych działań.

Dlatego świadoma ludzkość na starcie otrzymała rządzących mężczyzn, poza Amazonkami, które jakoś okazały się też nieuprzywilejowane w zetknięciu z wyżej rozwiniętymi cywilizacyjnie społeczeństwami. Inaczej się po prostu nie dało. Nie mogło, bo byłoby to wbrew wszelkiej logice ewolucji.

Każdy gatunek, który wzniesie się na cywilizacyjny poziom ludzkości i będzie miał podział na płcie, będzie miał u władzy przedstawicieli innych płci niż rodząca, poza jakimiś marginalnymi na skalę gatunku przypadkami.

Mnie, jako anarchisty, wcale to nie cieszy, bo wolałbym, żeby nikt nie stał u władzy nad innymi dorosłymi ludźmi, ale na płaszczyźnie racjonalnej nie widzę, w jaki sposób historia mogłaby potoczyć się inaczej.

Dopiero my, w pełni świadomi konsekwencji własnych działań i wystarczająco cywilizowani, by świadomie zmieniać ich kierunek, możemy wyzbyć się traktowania innych jak niewolników, którymi władamy z dowolnych powodów. My, mężczyźni i my, kobiety. My, ludzie.


Bo mnie przeszkadza, że rządzi mną Kaczyński czy Duda, wcześniej Komorowski czy Tusk, a na globalną skalę Obama. I Hillary Clinton też by mi przeszkadzała, Joanna Senyszyn też mi przeszkadzała jako posłanka i przeszkadzałaby mi Florynce Kennedy.

I ta przeszkoda naprawdę nie leży w majtkach.

Tymczasem zbieram się na spotkanie warszawskiego oddziału Stowarzyszenia Libertariańskiego, zatem do napisania za tydzień i miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *