Napad na Naapadę

Dobry wieczór.

Dla polskich internautów nie ma rzeczy niemożliwych, toteż wcale mnie nie zdziwiło, gdy się dowiedziałem, że zapewnili internetową sławę losowemu Wietnamczykowi z powodów, których ten zapewne nie był w stanie początkowo nawet zrozumieć.


209942_naapada-nabangCzłowiekowi się zasłynęło za nazwisko. Zaczęło się od rozmowy obok, z której oczywiście nic zapewne nie zrozumiał, ale też nie chodziło o to, żeby zrozumiał, tylko o to, żeby było z czego zrobić zrzut ekranu. Potem zrzut pojawił się na jednej popularnej grupie, potem na kolejnych, niedługo zdobył polskojęzyczny Internet. Naapada, żyjący sobie w strefie czasowej wyprzedzającej naszą o 6 godzin, zapewne spał lub próbował spać, jeśli zostawił telefon połączony z Facebookiem, gdy w godzinach nocnych z 13 na 14 marca zaczął dostawać tysiące wiadomości, komentarzy na profilu i powiadomień o obserwowaniu. Nie żartuję z tymi tysiącami: człowiek dorobił się kilkunastu tysięcy obserwujących w ciągu jednej nocy.

Na początku zgłupiał, potem się zirytował, potem spróbował podejść do tego z dystansem, ale efekt końcowy jest taki, że ktoś, kto do 13 marca zapewne wiódł jakieś zwyczajne życie, 15 marca zdecydował się skasować konto na Facebooku.

Można byłoby rzec, że trolling jak trolling. Niby oryginalne, ale nie takie rzeczy Internet widział. Można. Jednak mnie, jako teoretyka libertarianizmu (mam nadzieję, że Rothbard, Mises, Rand, Hoppe i inni wybaczą mi zastosowanie tego terminu wobec samego siebie) cała rzecz sprowokowała do myślenia. I doszedłem do wniosku, że istnieje klasa sytuacji, w których libertarianizm niezbyt dobrze sobie radzi (uprzedzając ewentualny triumfalizm czytających mnie nielibertarian: inne ustroje też sobie w tej klasie sytuacji nie radzą).

Zacznijmy może od tego, że istnieje szereg zachowań, libertariańska ocena agresywności których nie jest binarna i zależy od skali zjawiska. Dobrym przykładem jest agresja dźwiękiem. Wrzeszczenie pod czyimś domem to oczywista agresja, natomiast mówienie półgłosem, nawet jeśli on to słyszy, a nie ma na to ochoty, to zwyczajna immisja, z którą musi się on pogodzić, bo jest ona częścią zwykłego, ludzkiego funkcjonowania. Próba rozstrzygania na poziomie doktryny, gdzie dokładnie leży granica, psuje doktrynę i próbę taką podejmują w gruncie rzeczy tylko nowicjusze albo trolle usiłujący skompromitować ideę. Nie jest to potrzebne: w 99% zdarzających się naprawdę sytuacji 99% zainteresowanych ideą ludzi bez wątpliwości i zgodnie ze sobą oceni, czy to agresja czy nie, a na pozostały margines są sądy.

Ale nie o tym miała być ta notka. Pytanie brzmi:

Jak z libertariańskiego punktu widzenia ocenić sytuację i prawa kogoś, kto pada ofiarą agresji będącej wypadkową nieagresywnych zachowań innych osób w momencie, gdy granica między agresją a nieagresją zależy od skali?

Od początku.

Sąsiad puszcza bardzo głośno muzykę z jednego nadajnika pod moim mieszkaniem. Oczywiście jest to agresja.

Powiedzmy, że nadajnik nie jest jeden, ale jest ich tysiąc. Każdy z nich nadaje muzykę na tyle cicho, że sam z siebie nie jest narzędziem agresji, jednak sumaryczne natężenie jest już agresywne. Oczywiście nadal jest to agresja.

Teraz załóżmy, że ten tysiąc nadajników nie należy do jednego sąsiada, ale do tysiąca różnych osób. Tutaj ważne jest, czy działają one w porozumieniu czy bez, a jeśli bez, to czy mają lub powinny mieć świadomość, że ich działanie przyczyni się do takiego, a nie innego efektu skumulowanego, czy niekoniecznie?


(Na wypadek, gdyby ktoś uznał te kryteria za zbyt zawiłe, wyjaśniam na przykładzie powodowania korków ulicznych. Masa Krytyczna to przypadek działania w porozumieniu, bo uczestnicy skrzykują się na jednoczesność działań w konkretnym miejscu i czasie. Poranny dojazd do pracy to brak porozumienia ze świadomością, ponieważ nikt się nie umawia z nikim innym, że pojadą sobie zakorkować główną ulicę w godzinach szczytu, ale każdy powinien wiedzieć, że to są godziny szczytu i że korek jest prawdopodobny. Korek poza godzinami szczytu wywołany zablokowaniem jednego pasa z powodu awarii to przypadek braku porozumienia i braku świadomości: nikt się z nikim nie umawiał na zakorkowanie ulicy i nikt nie mógł oczekiwać, że tak się to skończy).

Przypadek działania w porozumieniu to nadal agresja.

Przypadek działania bez porozumienia i bez świadomości to oczywista nieagresja. Przypadek środkowy, gdy nie ma porozumienia, ale jest świadomość, może być dyskusyjny; mimo wszystko ja zaklasyfikowałbym go do nieagresji.

Czy to oznacza, że w tych nieagresywnych przypadkach człowiek, z którego punktu widzenia doświadcza on jednak agresji, nie może w żaden zgodny z libertariańskiego punktu widzenia sposób odpowiedzieć na to i musi pogodzić się z tym losem? Oczywiście nie: istnieją libertariańskie metody radzenia sobie z takimi sytuacjami.

Przerwę na moment rozważania, żeby krótko napisać, jak taki libertarianizm będzie wyglądał w praktyce. Hoppe wyobraża sobie to jako ustrój parafeudalny, gdzie najbogatsi wykupują kawałki ziemi, na których oni określają regulamin, a wszyscy osiedlają się w kawałkach zarządzanych według regulaminu, jaki im odpowiada (ustrój jest parafeudalny, a nie feudalny, ponieważ feudałowie nie ustanawiali praw na swoich terenach, nie mieli np. prawa nakładania na wasali podatków, choć mieli prawo pobierania podatków uchwalonych na wyższym szczeblu na własny użytek). Co do zasady zgadzam się z tą prognozą. Trochę więcej na ten temat pod koniec tej notki.


Takie niewielkie terytoria spokojnie mogłyby mieć zabezpieczenia przed tego typu zbiorową agresją-nieagresją dzięki jednej ogólnej zasadzie: takiej mianowicie, że wolno nałożyć na ludzi ograniczenia, które mają zapobiec takim sytuacjom. Na przykład w tego typu sytuacji wolno byłoby arbitralnie ograniczyć dozwolone natężenie dźwięku emitowanego przez jedną osobę tak, żeby natężenie to było nieagresywne, jeśli dźwięk o takim natężeniu jednocześnie wyemitują wszyscy. A ponieważ ci feudałowie zarządzaliby na ogół niezbyt dużymi w porównaniu z dzisiejszymi państwami terenami, „wszyscy” nie oznacza wcale aż takiej dużej liczby, nawet biorąc jakiś margines na turystów. Można też przyjąć, że to ograniczenie działa tylko przez taki czas, przez jaki faktycznie dużo ludzi korzysta z prawa emisji dźwięku w jednym czasie.

No dobrze, to był prosty przypadek. Ale co jeśli nieagresywne co do zasady immisje generowane przez jednego człowieka są binarne i nie skalują się?

Przykład: zamiast nadajników z poprzedniego przykładu mamy psy. Wszyscy sąsiedzi w bloku, bez porozumienia między sobą, postanowili kupić sobie po jednym psie. Jeden pies może być dokuczliwy, zwłaszcza dla kogoś, kto tak jak ja psów nienawidzi, ale na pewno nie wolno by mi było stosować przemocy, aby uciszyć takiego psa, powołując się na agresję wobec mnie, bo to immisja, z którą muszę nauczyć się żyć.

Sto psów, indukujących się szczekaniem jeden od drugiego, to już znacznie większy problem. A dodatkowo nie da się kazać człowiekowi, żeby ściszył swojego psa o połowę. Co wtedy?

Z rozwiązaniem problemu ad hoc jest już kłopot. Na dłuższą metę rozwiązaniem mogłoby być koncesjonowanie psów (zakaz posiadania psów bez rejestracji i zakaz rejestrowania psów ponad ustalony limit w bloku), ale od momentu wystąpienia tego problemu do momentu, kiedy uda się to zrobić naprawdę, minie jakiś czas. A i to nie rozwiązuje wszystkich problemów, np. co jeśli limit jest wyczerpany, a czyjaś suka ma młode?

Jeszcze bardziej oczywistym przykładem, gdzie nie można zastosować recepty powyższej, jest zamiana psów na małe dzieci.

A to też nie jest wszystko, bo tu przynajmniej mamy możliwość zadziałania za pomocą prawa stanowionego przez właściciela terytorium. Co jednak, jeśli uciążliwość, która powyżej pewnej skali staje się agresywna, ma eksterytorialny charakter?

Kolejny przykład: człowiek nie może spać, bo dostaje w nocy tysiąc SMS-ów. Jeśli to od jednego nadawcy lub grupy działającej w porozumieniu, to agresywność takiego działania jest dość oczywista, ale co jeśli to przychodzi od różnych osób, które nawzajem się nie znają? Mogą pochodzić z dowolnych części świata. Można niby takiemu człowiekowi powiedzieć, żeby wyłączył telefon na noc, ale chyba nie tak powinno wyglądać rozwiązanie problemu; najwyżej łata, jeśli problem nie ma lepszego (lub żadnego) rozwiązania. To trochę tak, jakby wejść komuś do przedpokoju bez jego zgody i powiedzieć, że jak nie chciał, mógł zamknąć drzwi (ale tylko trochę; ta analogia nie jest doskonała, ponieważ wejście do cudzego przedpokoju to naruszenie prywatnej własności, a to jest agresją niezależnie od skali). Człowiek mógł z ważnych powodów, choćby rodzinnych, nie chcieć wyłączać telefonu (w takim sensie, że poniósłby na tym takie straty, choćby emocjonalne, że zmuszanie go do tego pod groźbą bycia ofiarą agresji jest agresywne samo w sobie).

Prawdopodobnie to właśnie był przypadek Naapady w wersji z osobami działającymi bez porozumienia, ale ze świadomością.

Dodajmy, że przykład można jeszcze bardziej skomplikować; telefon nie należy do człowieka, któremu przeszkadza spać, ale do jego chwilowo nieobecnego współlokatora, a wyłączyć go nie można, ponieważ telefon ma ustawione przekierowanie ewentualnych rozmów na inny numer, pod którym współlokator jest dostępny, jeśli dzwoni konkretna osoba, co zostało włączone, gdyż jest kwestią życia i śmierci.

Powiem szczerze: nie widzę dobrego libertariańsko rozwiązania w tego typu sytuacjach w przypadkach brzegowych, nawet z punktu widzenia ewentualnego sędziego rozstrzygającego sprawę post factum. Nie ma się co oszukiwać, że libertarianizm jest idealnym systemem, bo nie jest: w naszym świecie każdy ideał jest daleko idącym uproszczeniem, które prędzej czy później nie wytrzyma konfrontacji z rzeczywistością.

Nie jest to też argument przeciwko libertarianizmowi, ponieważ inne ustroje również nie poradziłyby sobie z konkretnym przypadkiem Naapady (chociaż gdyby marksizm konsekwentnie funkcjonował od momentu jego sformułowania, i to w trockistowskiej wersji, czyli globalnie, to ten problem by się rozwiązał, bo ludzkości do tej pory nie byłoby stać na wynalazki typu Internet czy sieć komórkowa; tyle że koszt rozwiązania tego problemu byłby zbyt wysoki i myślę, że nawet Naapada Nabang by się tu ze mną zgodził). Nawiasem: gdy ktoś próbując zaatakować libertarianizm poda Wam jakąkolwiek sytuację, w której libertariańskie rozwiązanie intuicyjnie nie działa tak, jak powinno się rozwiązać daną sytuację, i jest to próba przekonania Was, że libertarianizm nie jest optymalny, zacznijcie od zadania pytania – sobie lub rozmówcy – czy proponowany przez niego ustrój na pewno rozwiązuje tę konkretną sytuację lepiej.

Można, oczywiście, próbować wprowadzać jakieś obostrzenia, które naturalnie obok libertarianizmu nawet nie leżały, ale nie wyobrażam sobie, żeby miały być sensownie egzekwowane i jednocześnie skutecznie eliminować problem. Bo co: nakażemy każdemu, żeby był w stanie podać przed Sądem Internetowym uzasadnienie, dlaczego w tym i tym dniu o tej i o tej godzinie zaczął obserwować tę i tę osobę?! Zatkałoby się znacznie gorzej niż Sądy Pracy rozpatrujące uzasadnienia wypowiedzeń.

Oczywiście nie jest to zapewne zbyt duża pociecha dla samego Wietnamczyka, któremu wcale nie musi być w smak to, że ludzie usiłują zabawić się, a niekiedy skorzystać jego kosztem (właściwie ja też: dodałem do notki tag „Naapada Nabang”, licząc na ewentualne wizyty z wyszukiwań w google), albo podszywają się pod niego na Facebooku (co już w momencie, gdy zrobią cokolwiek, co ktokolwiek inny uzna za wiążącą deklarację samego Naapady, robi się ewidentnie nielibertariańskie i jak najbardziej usprawiedliwia przemoc i inne formy agresji w odpowiedzi).

Trudno: nie żyjemy w idealnym świecie. Libertarianizm i tak jest wyjściem najlepszym z możliwych i znanych.


Ktoś skomentował moją poprzednią notkę na Facebooku, że nie najadł się nią. Przepraszam i mam nadzieję, że dzisiejsza to wynagradza. Ale skądinąd wiem, że Komentator to zwolennik infoanarchizmu. Ponieważ ja sam infoanarchistą raczej nie jestem, mam dla Komentatora dobrą wiadomość: tylko to, że się nie najadł moją notką, pozwala mu tkwić przy infoanarchizmie bez popadania w absurd. Najeść się można tylko dobrem rzadkim, a cały infoanarchizm bazuje na fundamencie, że informacja dobrem rzadkim nie jest.

Za tydzień na pewno nie napiszę: w Wielki Piątek nie piszę. Może napiszę w czwartek, jeśli nie, to dopiero za dwa tygodnie.

Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *