Noworoczne refleksje

Dzień dobry.

W okolicach Nowego Roku jestem na urlopie, więc jakoś dni tygodnia zlały mi się w jedno i zapomniałem, że wczoraj był piątek. Przepraszam. Najwyżej system do statystyk się zdziwi: właśnie poinformował mnie, że prawie wszystkie moje wpisy w 2014 roku były z piątku. Pamiętam nawet wyjątek: w Wielki Piątek nie piszę.


Nie lubię robić jakichś wielkich podsumowań ani planów związanych z Nowym Rokiem, bo uważam ten twór za wysoce sztuczny. O ile rok jako taki ma swoją naturalną reprezentację w postaci ruchu Ziemi wokół Słońca, o tyle numer 2015 i data 1 stycznia jako początek są czysto arbitralne. Nie wszędzie się zresztą przyjęły.

Ale wykorzystując resztki nastroju związanego z doniosłą zmianą cyferki w kalendarzu spróbujmy odpowiedzieć sobie na pytanie: ile to jest rok? Albo ogólnie prześledzić trochę jednostek czasu. Tak refleksyjnie.

Rok to przeciętnie ok. 1,5% czasu życia człowieka (było bliżej 2,5%, ale ten wredny XIX-wieczny kapitalizm drastycznie obniżył oprocentowanie). Z kolei obecny średni czas życia człowieka stanowi jakieś 0,5% spisanych dziejów ludzkości. I te pół procenta to jest wbrew pozorom dużo. Bo to oznacza, że cała ludzkość składa się z jakichś dwustu współczesnych ludzi, żyjących jeden po drugim. Może bliżej czterystu, jeśli uwzględnimy krótsze życie sprzed rewolucji przemysłowej, która miała miejsce całkiem niedawno. Oczywiście, tylko w sensie czasowym.

To bardzo krótko. Konkretnie, jakieś dziesięć tysięcy lat. W skali kosmicznej okamgnienie.

Ale to i tak dłużej niż trwa przeciętny interglacjał, rozumiany z praktycznego dla człowieka punktu widzenia. Interglacjał to okres wyższych temperatur pomiędzy zlodowaceniami, przez praktyczny punkt widzenia rozumiem tutaj branie pod uwagę zlodowaceń z ostatnich kilkunastu milionów lat i takich przerw między nimi, które umożliwiają zaawansowany rozwój życia lądowego. Przeciętny taki interglacjał trwa około 8 tysięcy lat. Obecny trwa już jakieś 12 tysięcy. Nie wiemy, dlaczego. Nie wiemy, ile potrwa. Interglacjały są nieregularne.

Wiemy tyle, że gdy się skończy, to na Ziemi zrobi się bardzo zimno. I choć globalne ocieplenie może nas lękać na zasadzie strachu przed nieznanym, bo Ziemia od kilkudziesięciu milionów lat nie była porządnie upalna, to jednak globalne oziębienie, takie solidne, jest znacznie bardziej prawdopodobnym scenariuszem.

I nic nie możemy na to poradzić.

Oczywiście: globalne oziębienie, podobnie jak wędrówki lądolodów, to jeszcze nie tragedia. To się przeżywa. Gatunek ludzki, nawet tylko homo sapiens, ma znacznie więcej niż te marne naście tysięcy lat. A obecne dowody świadczą za tym, że neandertalczycy znakomicie sobie radzili na co dzień w tak trudnych warunkach. Tyle że nic spektakularnego nie osiągnęli. A w każdym razie z dzisiejszej perspektywy ich osiągnięcia na pewno są poniżej ambicji ludzkości. Przynajmniej ludzi zasługujących na to miano, a nie tylko biologicznych homo sapiens, których ambicje zamykają się w „żyć i żreć”.


Konkludując: możemy być umiarkowanymi pesymistami. Naturalnie wielu ludzi tego nie przeżyje, ale gatunek nie zginie. Może się natomiast zmodyfikować do tego stopnia, że z perspektywy kolejnych setek tysięcy lat nie będzie wiadomo, czy to ten sam gatunek.

Zlodowacenie to zresztą nie jest najgorsza rzecz, jaka mogłaby nam się przytrafić i jakimś dziwnym zrządzeniem losu nie przytrafia się trochę dłużej niż się przyjęło. Znacznie gorzej znieślibyśmy wybuch wulkanu Yellowstone. W promieniu dwóch tysięcy kilometrów nie przeżyłby nikt, a dalej trup słałby się gęsto w trochę mniej bezpośredni sposób: a to z powodu trującego powietrza, a to znowu z zimna (wznoszące się pyły blokowałyby dostęp promieni słonecznych do planety, i to na ładnych parę lat). I z wielu innych przyczyn.

To też się przeżywa: homo sapiens ma milion lat z hakiem, jego dwunożni przodkowie szacunkowo siedem milionów, a Yellowstone wybucha średnio raz na sześćset tysięcy lat. Ostatnio jakieś sześćset trzydzieści tysięcy lat temu.

Teraz proszę sobie zdać sprawę z liczb. Ziemia ma prawie 5 miliardów lat i jest mniej więcej w połowie swojego żywota. Oznacza to, że z jej punktu widzenia wybuch wulkanu Yellowstone jest jak porządny, zdrowy stolec zdrowego człowieka: zdarza się raz dziennie i nie jest niczym niezwykłym. Tak wynika z proporcji czasowych. „Dzisiaj” mamy mniej więcej godzinowe opóźnienie w stosunku do stałej pory stolca. Nic wielkiego, w każdym razie nic, co by wskazywało na to, że ten jednak nie nastąpi. Tyle że im później, tym potężniejszy.


Spisana historia ludzkości to jedna trzecia tego opóźnienia.

Spisana historia ludzkości na tym zegarze to kwadrans z niedużym haczykiem. Naprawdę, cholernie, cholernie mało. I proszę mi wybaczyć użytą metaforę, ale chciałem możliwie obrazowo podać wielkości, których znaczenie trudno sobie wyobrazić, patrząc na suche liczby.

Gdy Ziemia w końcu się zesra, ludzkość zostanie zredukowana do kilkunastu milionów osobników, a może i kilkunastu tysięcy, i wróci do jaskiń. Gatunek przetrwa, ale cała cywilizacja, jaką znamy, przestanie istnieć.

Oczywiście to nie wszystko, co nam grozi w takiej skali. Ale wystarczająco dużo.

To teraz ważny punkt: po co w ogóle o tym wszystkim piszę?

Po to, żeby Państwo spojrzeli na życie z właściwej perspektywy. I przestali słuchać socjalistów, ekologów i innych takich wesołków, którzy – niekiedy w najszlachetniejszych intencjach – stawiają wóz przed koniem, a priorytety na głowie.

Nie ma takiej możliwości, żebyśmy naszym nieprzemyślanym działaniem zniszczyli naszą planetę. Ona jest dla nas zbyt silna. Nie ma nawet możliwości, żebyśmy zniszczyli życie na naszej planecie. Nie wiedzielibyśmy nawet, jak się zabrać do eksterminacji gatunków żyjących sobie np. kilka kilometrów pod powierzchnią oceanu. Niezależnie od tego, ile gazów cieplarnianych i ołowiu wyemitujemy do atmosfery i jak mocno naruszymy warstwę ozonową, życie się dostosuje i przetrwa. Bardzo trudne (choć nie niemożliwe) byłoby nawet unicestwienie całego gatunku ludzkiego, i to mimo tego, że człowiek – jako duży i bardzo złożony organizm – jest bardzo wrażliwy na gwałtowne zmiany i potrzebuje splotu wielu sprzyjających okoliczności, żeby trwać i się rozwijać.

Istnieje za to ryzyko, że zniszczymy całą ludzką cywilizację. Mam tu na myśli to wszystko, co możemy z dumą pokazywać na dowód, że różnimy się znacząco od zwierząt. Istnieje ryzyko, że znowu zostaniemy zwierzętami. I przed tym trzeba się ochronić.

A szansę na ochronę daje tylko możliwie jak najszybszy rozwój. Nie wiemy, kiedy nastąpi zlodowacenie. Nie wiemy, kiedy wybuchnie Yellowstone. Ale wiemy, że jeśli zdołamy zasiedlić Marsa za 200 lat i zacząć odtwarzać tam cywilizację, to mamy większe szanse na ocalenie tej cywilizacji niż jeśli zdołamy to zrobić za 300 lat.

Dziś jesteśmy w stanie zapewnić biologiczne przetrwanie wszystkim ludziom. Ale to nie jest argument, żeby to robić kosztem rozwoju, „bo nas stać”. Nie stać nas na to, żeby opóźniać rozwój pomagający skolonizować Kosmos po to tylko, żeby przedłużyć czyjeś życie o kilkanaście lat (bo nie zapominajmy, że nie ma czegoś takiego jak „ratowanie życia”; życie jako stan planety jest chwilowo niezagrożone, natomiast życie jako stan jednostki ma skończoną długość i możemy je przedłużać, ale nie możemy osiągnąć nieśmiertelności). A tym bardziej nie stać nas na to, żeby robić to w imię zapewniania wszystkim ludziom zaspokojenia potrzeb wyższego rzędu niż biologiczne, na przykład kulturowych. Opóźnianie rozwoju w imię ocalenia zwierząt jest w ogóle poza dyskusją.

Wolny rynek zapewnia najszybszy rozwój, i dlatego musimy się nań zdecydować. Najlepiej w skali globalnej. Oczywiście: natura wolności powoduje, że nie możemy zagwarantować konkretnego ukierunkowania tego rozwoju. To trochę jak z zasadą nieoznaczoności Heisenberga: możemy albo mieć wolność, albo zdecydować, jak będzie używana. Dajmy ludziom pełną wolność, a okaże się, że ambicje większości nie sięgają wiele wyżej ponad „żyć i żreć”. Najwyżej ściągną sobie trójwymiarowe, zapachowe tła na telefony komórkowe, gdy rynek wykreuje i zaspokoi tę potrzebę.

Ale prawa ekonomii i prawo wielkich liczb jest nieubłagane. Globalnie na wolnym rynku bogactwo przyrasta najszybciej i rozwój jest najszybszy. A nas jest ponad siedem miliardów. Nawet jeśli 99,99% z nas będzie chciało tylko „żyć i żreć” (z czego część będzie wymyślać te tła tylko po to, żeby żyć na wyższym poziomie i żreć lepsze rzeczy), to zostaje prawie milion ambitnych wizjonerów mających warunki, aby realizować swoje wizje. To wystarczy, żeby położyć podwaliny pod dowolnie zaawansowaną cywilizację w obcym miejscu.


Tylko nie wolno tym ludziom przeszkadzać.

Wiedzę potrzebną do napisania tej notki zaczerpnąłem w dużej części ze znakomitej książki popularnonaukowej Billa Brysona: „Krótka historia prawie wszystkiego”. Książkę gorąco polecam. Wnioski są moje autorskie.

Nie obiecuję wpisu za tydzień. Do napisania zatem za tydzień lub dwa. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *