O co chodzi z ustawą antyaborcyjną?

Dobry wieczór.

Na temat aborcji nie ma w Polsce dyskusji tylko gównoburze. Wystarczy, że rozpoznawalny polityk powie, żeby nic nie ruszać, a już efekt jest taki, jakby ktoś porządnie dźgnął gniazdo szerszeni. Nie mówiąc o tym, co się dzieje, gdy ktoś powie, żeby ruszać. Dziś sytuacja jest taka, jakby ktoś odpalił petardy: zbyt słabe, żeby zaszkodzić szerszeniom, ale wystarczające, żeby uszkodzić gniazdo i je rozjuszyć.


Nic więc dziwnego, że „dyskusja” w Internecie toczy się głównie na bon moty i memy. I to niezbyt wysokich lotów:

„To jest Ania. Ania ma 14 lat. Została zgwałcona. Wytłumacz jej, że będzie musiała urodzić”.

A z drugiej strony:

„To jest Ludwig. Ludwig jest upośledzony. Ludwig mimo to napisałby kilka ponadczasowych symfonii, ale tego nie zrobi, bo leży w kilku kawałkach w szpitalnym śmietniku”.

I mniej więcej na tym poziomie. O ile podawanie przykładów skrajnych pomaga często zrozumieć clou problemu, o tyle dobieranie tych przykładów tak, żeby mocno oddziaływały na emocje, nie dopuszcza do głosu rozumu i nie pomaga w niczym.

I dlatego nawet te nieliczne wpisy, które próbują podejść do zagadnienia merytorycznie, rozmijają się z logiką, rzeczywistością, lub z jednym i drugim.

Przyznaję, że sam popełniłem taką pomyłkę. Nie wczytując się w temat wywnioskowałem z tego, co mi wrzucano na ścianę na facebooku, że rząd PiS planuje nadzwyczajne zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej. Uznałem, że to tylko pretekst, żeby pod osłoną medialnego szumu przeprowadzić jakieś karkołomne reformy mające zapewnić źródła dochodów, z których pokryte zostaną rządowe pomysły na świadczenia socjalne.

Ale dziś postanowiłem zgłębić temat i natknąłem się na ten artykuł w „Gościu Niedzielnym”. I oto już pierwsze zdziwienie: projekt ustawy nie jest rządowy tylko obywatelski, opracowany przez kilka fundacji i stowarzyszeń i ostatecznie napisany głównie przez Ordo Iuris.


Premier Beata Szydło, zapytana przez media, wypowiedziała się przychylnie o tym projekcie, w podobnym tonie odpowiedział Jarosław Kaczyński. Trudno tu jednak doszukiwać się stanowiska rządu czy partii. Tym bardziej, że Jarosław Gowin jest raczej sceptyczny, choć z powodów, które przeciwników ustawy raczej nie przekonają, a Marszałek Sejmu Marek Kuchciński, również z PiS, wyraźnie ociąga się z przedłożeniem projektu ustawy Wysokiej Izbie. Oczywiście nie jest tajemnicą, że Prawo i Sprawiedliwość jest raczej partią ludzi przeciwnych aborcji, ale mimo wszystko byłoby dobrze właściwie adresować zarzuty.

Z socjologicznego punktu widzenia ważna wydaje się odpowiedź na pytanie, jak w ogóle doszło do tego, że powstał taki obywatelski projekt ustawy. Tym bardziej, że, jak twierdzą przeciwnicy nowelizacji, Polacy raczej są zwolennikami utrzymania status quo lub zmian w drugą stronę. Co tak nagle zmobilizowało konserwatywny elektorat, którego część jest zresztą mało aktywna politycznie poza Internetem, czego dowiodły problemy partii KORWiN z zebraniem podpisów przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi?

Moja hipoteza brzmi: konserwatyści czują się (i słusznie) sfrustrowani poprzednimi ośmioma latami, kiedy to byli traktowani jak ludzie gorszego sortu (tylko że Platforma Obywatelska była o tyle gorsza od Kaczyńskiego, że nawet nie miała odwagi tego powiedzieć wprost). Polski konserwatyzm ma różne oblicza, często na przykład oblicze niechętne homoseksualistom. Niekoniecznie chce wsadzać ich do więzień, ale w najlepszym razie traktuje jak dziwolągi. A poprzednia władza pluła na to oblicze i wymierzała mu policzek, mniej lub bardziej jawnie popierając unijne trendy zmierzające do legalizacji małżeństw homoseksualnych, wprowadzenia nauki o homoseksualizmie do szkół, a niekiedy nawet sankcji karnych za krytykę (nie mówiąc już o obrażaniu) osób homoseksualnych czy związanych z ruchami LGBT. I o ile samo to jeszcze może dałoby się przełknąć, o tyle nonszalancka postawa typu „zakażemy wam mówić, co naprawdę myślicie o gejach, i co nam zrobicie?” mogła być już przegięciem.

No to nastąpiła zmiana warty, aborcja jest zawsze wdzięcznym tematem, to trzeba działać, bo trudno sobie wymarzyć lepsze warunki do odpowiedzi typu: „teraz ja jestem Sprite, a ty pragnienie”.


Prawo i Sprawiedliwość może wykorzystać uniwersalną zdolność tematu do wywoływania medialnej burzy i przepchnąć parę nowych podatków i parapodatków, tym bardziej, że to właściwie jedyna korzyść, jaką może tu odnieść. Sam projekt jest PiS-owi wybitnie nie na rękę, bo obecna ustawa, nazywana mniej lub bardziej słusznie „kompromisem”, jest przez kolejne rządy traktowana jak zgniłe jajo, którego pozbyć się nie da, więc lepiej nie tykać, bo wybuchnie. Częściowo dlatego, że każdy rząd lubi mieć temat, który w razie potrzeby zawsze wywoła szum, a częściowo z obawy na efekt wahadła: że po trzech latach całkowitego zakazu i kolejnych wyborach następcy nie będą tak subtelni, tylko bez pardonu wprowadzą pełne pro-choice. A z drugiej strony temat, choć nośny, bardziej sprzyja budowaniu elektoratu negatywnego niż pozytywnego.

Niemniej Prawo i Sprawiedliwość będzie musiało się tym zgniłym jajem zająć, bo inaczej za dużo ryzykuje w oczach swojego najbardziej betonowego elektoratu. Możliwy scenariusz jest na przykład taki, że ustawa przechodzi w Sejmie, przechodzi w Senacie, Prezydent Andrzej Duda ją pod byle pretekstem kieruje do Trybunału Konstytucyjnego, a Trybunał Konstytucyjny pod byle pretekstem kieruje ją do kosza. Wszyscy są zadowoleni: okolice Partii Razem oddychają z ulgą, że nie ziścił się najbardziej koszmarny scenariusz, mniej skrajni działacze pro-life wzmacniają retoryczny przekaz, w myśl którego obecna ustawa jest „kompromisem”, a Prawo i Sprawiedliwość nie rozbija zgniłego jaja i w dodatku poprawia sobie wszędzie prasę, respektując wbrew własnemu głosowaniu wyrok Trybunału Konstytucyjnego i wzmacniając dla odmiany retorykę, że poprzednia odmowa to sytuacja szczególna, bo Trybunał orzekał o ustawie orzekającej o nim.

Na marginesie: głosowanie za wcale nie musi oznaczać, że głosujący uważa ustawę za dobrą. Najlepszą ustawę z możliwych trzeba się starać napisać, gdy się ją tworzy. Na etapie głosowania wybiera się najlepsze wyjście z oferowanych. Jeśli ktoś uważa obecną ustawę za bardzo złą, a nową za tylko złą, to powinien zagłosować za nową, choć nie uważa jej za dobrą.

Ale przypuśćmy, że ustawa wejdzie w życie, bo to drugi prawdopodobny scenariusz. Czytam właśnie, jakie to będzie mrowie oskarżeń, spraw sądowych i przepełnionych więzień oraz umierających kobiet, w ogóle drugi Salwador. Ale skoro już odwiedziłem stronę „Gościa Niedzielnego”, to jest tam link do projektu nowelizacji. Więc chłodzę emocje i czytam projekt, od którego to się zaczęło.

Oto on.

„Uwielbiam” te projekty prawnicze pisane w taki sposób, żeby trzeba było sięgać do kolejnych tekstów ustaw, aby się dowiedzieć, jaki właściwie proponuje się tekst jednolity. Jeśli kogoś to interesuje, zapraszam do samodzielnego wyszukania odnośnych aktów prawnych. Ja się skupię na tym dokumencie.

Po pierwsze, sami autorzy strasznie odjechali. Napisali preambułę tak, jakby przez fakt przynależności do osobników gatunku homo sapiens przejawiających cechy żywych organizmów w naszym rozumieniu życia uważali, że należy zrównać prawa podmiotowe płodów i urodzonych ludzi, a treść proponowanej ustawy dowodzi, że sami w to nie wierzą. No powiedzcie sami: jak można twierdzić, że trzymiesięczny płód jest człowiekiem tak samo, jak, dajmy na to, dziesięcioletnie dziecko, w związku z czym jego życiu należy się taka sama ochrona prawna, po czym proponować zmiany, w wyniku których, podobnie jak obecnie, zabicie jednego i drugiego będzie zagrożone karami w różnych wysokościach?!

Dalej odjeżdżają już tylko krytycy ustawy, co mnie osobiście raczej boli niż cieszy, ponieważ osobiście uważam tę zmianę za koszmarną na kilku poziomach.

Piszą na przykład, że kobieta musi na czas ciąży odstawić wszystko, co potencjalnie może zaszkodzić dziecku, pod groźbą więzienia. Tymczasem normalne uprawianie wielu sportów nie szkodzi ciąży, a przynajmniej nie ma tego na celu, a ustawa wprost mówi, że kobieta, która nieumyślnie doprowadzi do poronienia, nie podlega karze. Nie według uznania sądu, tylko mocą samej ustawy (Art. 2 ust. 2 § 6). Można wyrażać obawy odnośnie respektowania przez polskie sądy domniemania niewinności, ale to inna kwestia.

Na wypadek, gdyby ktoś nie był pewien: nieumyślne działanie wg polskiego prawa to takie, które powoduje, że czyn zabroniony jest popełniony wskutek nieostrożności. Jeśli kobiecie będzie bardzo zależało, może samodzielnie zdjąć firanki, wyprać i samodzielnie zawiesić. Dwa-trzy okna opędzone w ten sposób i efekt praktycznie gwarantowany.

Nie jest też prawdą, że nie będzie wolno usunąć ciąży w razie zagrożenia życia matki, o czym wprost pisze Art. 2 ust. 2 § 4. Może się co prawda zdarzyć, że jeśli źródłem zagrożenia będzie sama ciąża i nic poza tym, jej usunięcie nie będzie kwalifikowane jako „działanie lecznicze”, ale to tylko możliwość. Ustawa tego nie określa, na mój chłopski rozum wycięcie z organizmu czegoś, co mu zagraża, obojętne czy to jego własna tkanka, cudza tkanka czy nieożywione ciało obce, jak najbardziej wyczerpuje znamiona działań leczniczych.

Nie grozi nam też na pewno drugi Salwador, gdzie za wspomagane poronienie zapadały wyroki po 30 lat, bo polskie prawo w ogóle nie przewiduje kary 30 lat więzienia, a nowelizacja ogranicza się do 5 lat. Warto przy tym zauważyć, że przeciwnicy zmian powołują się zawsze na Salwador, a nigdy np. na Maltę, gdzie też obowiązuje całkowity zakaz aborcji i jakoś nie słychać o związanych z tym dantejskich scenach. Nie ma nic złego w takim podejściu, zgodnie z tym co pisałem o pokazywaniu clou problemu na przypadkach skrajnych, ciekawe jest tylko to, że ludzie uważający się za postępowców stosują podstawową sztuczkę retoryczną konserwatystów: pokazują najgorszy możliwy efekt wprowadzenia zmian bez analizy prawdopodobieństwa, że akurat ten efekt nastąpi, w imię tego, żeby zmian nie wprowadzać.


Mimo powyższych obiekcji jestem zdecydowanym przeciwnikiem wprowadzania nowych przepisów zamiast obecnie istniejących i to do tego stopnia, że poważnie rozważam zwleczenie czterech liter i udział w jakiejś demonstracji, nawet gdybym miał stanąć ramię w ramię z działaczami Partii Razem, co chyba dość dobitnie pokazuje skalę mojego sprzeciwu. Tylko po prostu cholernie nie lubię, gdy coś jest atakowane lub bronione w nielogiczny sposób.

Poprzedni wpis był oczywiście żartem, łącznie z „za tydzień”. Ale trochę też ironią pokazującą sposób myślenia wielu posłów (i wielu zwykłych Polaków): wszyscy mają tak robić, bo ja tak lubię. Koncepcja, że ktoś może lubić coś przeciwnego, jest dla wielu ludzi trudna do przyswojenia, od babć serwujących obiadki wnukom po ustawodawcę.

Do napisania w przyszły weekend. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *