O członkach UEFA

Dobry wieczór.

Podobno decyzje UEFA w mniejszym czy większym stopniu zależą od jej członków. Wierzę w to bez zastrzeżeń, trudno bowiem przypuszczać, żeby za nimi stało cokolwiek innego, jak na przykład mózgi.


Piję oczywiście do ostatnich problemów Legii Warszawa, ukaranej karą finansową za race oraz wieloma meczami bez wsparcia publiczności (2 przy pustych trybunach u siebie oraz zakaz wyjazdów kibiców do końca sezonu) za rasistowskie okrzyki.

Chcę być jasno zrozumiany: do ciała, które wydało taki wyrok, nic nie mam. Ono pełni funkcję władzy sądowniczej, która ma orzekać przede wszystkim sprawiedliwie, a wyrok „sprawiedliwy”, jak sama nazwa wskazuje, musi przede wszystkim mieścić się w ramach nakreślonych przez prawo.

To uefowskie prawo jest durne.

Hierarchia UEFA jest bowiem taka, że niewybaczalne są dwa przestępstwa: korupcja i rasizm. Wyrok to oddaje: zakazy stadionowe wymierzone przez UEFA są znacznie bardziej dotkliwe od kary finansowej, zarówno dla klubu, jak i dla kibiców.

Gdzie jak gdzie, ale akurat tam najlepiej powinni wiedzieć, jakie są skutki pokazywania rasizmowi czerwonej kartki. Sami zdecydowali, że skutkiem czerwonej kartki jest wysłanie delikwenta na trybuny na kilka kolejek.

Dobra, żart na stronę. Jakby ktoś do tej pory nie załapał, to przypominam, że odpalona raca może piłkarza uderzyć, poparzyć, kontuzjować, oślepić, w pechowym przypadku wyłączyć z gry na parę miesięcy, a w bardzo pechowym nawet zabić. Czy sama potencjalna możliwość uzasadnia wymierzanie kar, to temat do dyskusji. Na ogół uważam, że nie. Ale w tym przypadku dopuszczam taką możliwość, ponieważ sam strach przed efektami oberwania racą wpływa na grę piłkarza, co w konsekwencji wypacza wynik sportowej rywalizacji. A o to tu podobno chodzi.


Rasistowski okrzyk nigdy nikogo jeszcze nie zabił. Owszem, zdarzało się, że zabijali ludzie poderwani do mordu okrzykami. Również rasistowskimi. To niczego nie zmienia. Dorosły człowiek ma być wolny i odpowiedzialny. Jeśli daje się namówić na coś, czego normalnie by nie zrobił, tylko dlatego, że ktoś krzyknie, żeby to zrobił, to nie jest to wina krzykacza.

W tym konkretnym przypadku w dodatku sam poszkodowany nie czuje się poszkodowany. Ale nawet gdyby się czuł: za rasistowskie okrzyki nie powinno się karać równie surowo, co za race. Ani surowiej.

Pozostaje pytanie, czy w ogóle należy za nie karać. Moim zdaniem nie.

Powód ideologiczny wynika z mojej interpretacji libertarianizmu, który dopuszcza ograniczenie wolności słowa tylko wtedy, gdy mamy do czynienia z groźbą użycia przemocy. W ostateczności można karać za podżeganie dzieci do użycia przemocy, bo na dzieci nie wolno zrzucać odpowiedzialności za uleganie okrzykom dorosłych: od tego są dorośli, żeby wskazywać dzieciom drogę.


I na tym koniec.

Ale jest też powód praktyczny. Czy tego chcemy, czy nie, rasizm w ludziach tkwi. Nie miejsce tu i czas na rozważanie problematyki rasizmu w ogólności, natomiast pragnę zauważyć, że blokowanie ujścia emocji bywa szkodliwe. Nie tylko dla tego, komu się blokuje. Jak ktoś jest rasistą i narasta w nim to poczucie, to chyba lepiej, jeśli pozwolimy jego emocjom ujść na stadionie za pomocą puszczenia w eter wiązanki albo udawania na cały głos małpy, niż gdy poczekamy, aż nagromadzone emocje nakażą mu pobić, albo nawet zabić przechodzącego obok człowieka tylko dlatego, że jest czarny. Oczywiście nic rasisty nie usprawiedliwia, ale po co nam jeden zamordowany człowiek więcej i jeden więzień więcej, skoro można tego uniknąć, po prostu pozwalając na rasistowskie okrzyki (i bezwzględnie karząc przechodzenie od słów do czynów)?

Tak to bywa, gdy na czele organizacji stoi Francuz.

I nie dajcie sobie wmówić, że UEFA musi. UEFA zawiesza związki w niej zrzeszone i wyklucza z rozgrywek kluby należące do tych związków za to tylko, że państwo miesza się w funkcjonowanie tych związków. I nikt jej nie podskoczy. Nikt więc na nią nie naciska, żeby stosowała polityczną poprawność. A w razie sporu Trybunał Arbitrażowy jest w Lozannie: poza Unią Europejską i w państwie, które potrafi się zdobyć na zakaz budowy meczetów.

I naprawdę, nie ma realnej groźby, że państwa, np. Rzeczpospolita Polska, wytrącą UEFA główną broń z ręki, znosząc monopol zrzeszonych w niej związków na swoim terenie (bo nie wiem, czy Państwo wiedzą, ale w Polsce nie wolno założyć związku konkurencyjnego wobec PZPN, nawet gdyby nie miał „Polski” w nazwie). Nie ma, bo więcej by same straciły niż zyskały. A poza tym rządzący współcześnie nie myślą w tych kategoriach. Oni monopolizują i regulują, bo mają wdrukowane, że tak się robi. Znoszenie monopoli odrzucają niemal a priori.

Teraz coś z innej beczki z naszego podwórka. W Sejmie przepadł projekt PiS dotyczący zmian w Kodeksie Wyborczym. W założeniu zmiany miały utrudniać oszustwa, a najbardziej kontrowersyjnym pomysłem było nominowanie części członków PKW przez kluby parlamentarne. Jest to, oczywiście, pomysł groźny, bo w żaden sposób nie powoduje, że wybory robią się bardziej wiarygodne z punktu widzenia przedstawicieli opcji, które do Sejmu dopiero próbują się dostać, ale nie w tym rzecz.

Rzecz w tym, że jeśli naprawdę poszło akurat o to, to projektodawcy mogliby spokojnie się z tego wycofać, bo przecież każdy rozsądny człowiek, słuchając wrzawy wokół ostatnich wyborów, musiał zauważyć, że jeśli one rzeczywiście zostały sfałszowane na masową skalę, to przecież nie na poziomie PKW. Nawet nie na poziomie poszczególnych OKW. Właściwym poziomem są poszczególne Obwodowe Komisje Wyborcze. PKW się dostało, bo podawanie wyników trwało długo, system okazał się wadliwy, a oni dolewali oliwy do ognia, próbując tłumaczyć ludziom, że nic się nie dzieje, zamiast przyznać, że ktoś srogo zawalił. Ale powtarzam: jeśli fałszerstwa na masową skalę miały miejsce, to nie w PKW.

Z kolei Mariusz Witczak z PO zarzucił projektowi, że jest niekonstytucyjny. Dziwne. Wydawało mi się, że od rozstrzygania tego jest w Polsce Trybunał Konstytucyjny. Poseł powinien głosować za ustawą, jeśli uważa, że jest dobra, przeciwko, jeśli uważa ją za złą, a wstrzymać się od głosu, jeśli nie ma zdania. Natomiast jeśli jedynym jego argumentem przeciwko jest domniemana niekonstytucyjność, to powinien potraktować ten argument jako niebyły, bo nie on jest od rozstrzygania na tym poziomie.

Oczywiście możliwe jest też to, że ma inny argument przeciwko: taki mianowicie, że zmiany byłyby wbrew partykularnym interesom jego partii i jego samego, czego oczywiście powiedzieć na głos nie może, a coś powiedzieć musi.


Możliwe jest i to, że po prostu wydobywa z siebie losowy potok słów złożony z wyuczonych frazesów, który musi być jedynie jako tako poprawny składniowo, chwytliwy medialnie, i pozwolić się bez większych problemów dopasować jako uzasadnienie oddanego właśnie głosu.

Może to dziwne, ale drugą opcję uważam za bardziej prawdopodobną.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *