O maturze z religii

Dobry wieczór.

Jednak piszę. PiS postanowił dać możliwość zdawania matury z religii jako przedmiotu nieobowiązkowego. Podniosło się larum, które jest zrozumiałe tylko przy założeniu, że ci, co podnoszą to larum, mają wściekłe ratlerki zamiast mózgów. Ale to założenie nie wydaje się jakoś szczególnie naciągane.


Oczywiście sama matura w obecnej postaci to bzdura jako element większej, bzdurnej całości, którą jest system nauczania powszechny, bezpłatny, do pewnego stopnia obowiązkowy i o zunifikowanym na poziomie państwowym programie. Wiadomo, co libertarianin o tym sądzi, ale to inny temat, grubsza sprawa. Mamy co mamy i zastanówmy się, czy naprawdę dodanie nieobowiązkowej matury z religii jest aż tak złe?

Przede wszystkim to, co się rzuca w oczy, to obrzydliwie konsekwencjonalistyczna postawa przeciwników (a i niektórych proponentów tego rozwiązania). Argumenty przeciwko potrafią być typu: a, bo dzięki temu chodzący na religię będą mieli łatwiej. Ze zdaniem tej konkretnej matury będą mieli łatwiej, rzecz jasna, podobnie jak chodzenie na język włoski ułatwia zdanie matury z języka włoskiego, ale co to ma do rzeczy?

Zapewne chodzi o obawę, że to stawia uczęszczających w uprzywilejowanej sytuacji, ponieważ oceny z religii mają zwyczaj oscylować powyżej średniej. Brzmi to, oczywiście, jak zwykła, polska zawiść, że ktoś inny będzie miał lepiej, a ja będę miał tak samo, jak miałem, bo przecież nikt nie wygryzie Cię dobrym wynikiem matury z religii z kolejki na Politechnikę czy na Prawo. Ale w oczy kłuje, to trzeba gnojów zdeptać.

Pytanie tylko, czy samo wprowadzenie matury ich nie zdepcze. Wcale nie jest powiedziane, że będzie ona równoznaczna z piątką za darmo, a szóstką za co łaska, czy jak teraz wyglądają oceny na maturze (za moich czasów były od jedynki do szóstki, ale zdaje się, że się pozmieniało i teraz są jakieś procenty). Wręcz przeciwnie: może się okazać, że przedmiot traktowany do tej pory po macoszemu nagle robi się wymagający. I że w perspektywie dwóch, trzech lat ta trudność stopniowo, niezauważenie, ale niepowstrzymanie przenika z maturalnych arkuszy na lekcje religii.


A w ogóle to twierdzę, że mamy już maturę z religii, i to obowiązkową. Tylko nikt tego tak nie nazywa, więc nikt tego nie widzi, więc nikt się nie oburza. Oficjalnie jest ona z języka polskiego, ale tak naprawdę to w jakim stopniu sprawdza ona rzeczywiście znajomość języka? Co jak co, ale polski teoretycznie każdy maturzysta musiał zdać. To proszę wejść do Internetu i zobaczyć, ile się napotka „w każdym bądź razie”, „po najmniejszej linii oporu”, „siódmy luty”, „bynajmniej” zamiast „przynajmniej”, itd. Nawet dziennikarze, dla których słowo pisane i mówione to narzędzie pracy, potrafią podawać z dokładnością do jednej liczbę szkół w Świętokrzyskiem, podczas gdy „w Świętokrzyskiem” oznacza „w regionie Świętokrzyskiem” i nie da się tej liczby sprecyzować, bo nie istnieją precyzyjne granice regionów. A to, o co im chodzi, to liczba szkół w „świętokrzyskim”. Bez „e” i małą literą (nie: „z małej litery”!).

A to dlatego, że zdali wprawdzie maturę z czegoś, co niby nazywa się język polski, ale tak naprawdę wcale znajomości języka polskiego nie sprawdza. Sprawdza znajomość lektur. I to nie dowolnych, a narzuconych. A właściwie nawet nie tyle znajomość samych lektur czy ich treści, ile wiedzę w zakresie jedynej słusznej interpretacji tych lektur.

Przypomina Wam to coś?


Te jedynie słuszne interpretacje często są zresztą mocno osadzone na fundamentach ideologicznych, których podważanie na maturze jest posunięciem co najmniej ryzykownym. Wiadomo: polska martyrologia jest najważniejsza, bo polska państwowość była cudowna, zaborcy byli be i nawet nie próbujcie mówić, że było inaczej. Co z tego, że wóz Drzymały był przykładem takiej praworządności ze strony władz, o jakiej dziś możemy najwyżej pomarzyć, a i tak zostaniemy zaetykietowani jako utopiści? Lepiej mieć władzę niepraworządną, ale naszą.

W Brukseli.

I nie pyskuj, gówniarzu, bo tak właśnie jest i tak ma być.

Przypomina Wam to coś?

Niuans jest przy tym taki, że o ile historyczność wydarzeń opisanych w Piśmie Świętym jest kwestią kontrowersyjną, o tyle w przypadku sienkiewiczowskiej Trylogii czy mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza” żadnych kontrowersji nie ma: to czysta fikcja literacka, mocno osadzona w realiach historycznych, społecznych, geograficznych i kulturowych, ale opisująca wydarzenia, które nigdy nie miały miejsca. To już „Złotopolscy” są bardziej realistyczni: wieś o nazwie Złotopolice naprawdę istnieje, w odróżnieniu od Soplicowa.

Chcielibyście mieć test z jedynej słusznej interpretacji zdarzeń rozgrywających się w serialu „Złotopolscy” jako element obowiązkowej matury? Bo coś takiego właśnie mamy, tylko na nieco innych przykładach.

I ludzie, którym to nie tylko nie przeszkadza, ale którzy wręcz pochwalają taki stan rzeczy i wrogo odnoszą się do koncepcji jego zmiany (na przykład wycofania się z obowiązkowości tego przedmiotu na maturze lub wycofania z jego programu lektur na rzecz prawdziwej nauki języka, choćby dyktand), mają czelność sprzeciwiać się wprowadzeniu religii jako przedmiotu, którego nie będzie musiał zdawać nikt, kto nie będzie tego chciał,  a mimo to będzie mógł otrzymać świadectwo dojrzałości.


Ja świetnie rozumiem niewierzących, których się zmusza, żeby zachowywali się tak, jakby wierzyli, bo sam jestem jednym z nich. Ale przecież nie będę z tego powodu zakazywał dobrowolnej matury z WOS, gdzie uczniowie odpowiadają na pytania, jak funkcjonują państwa, nawet jeśli nie wierzę w państwa!

Naturalnie matura z religii ma swoje wady, co świetnie ujął Antistate (właściwie słowo „świetnie” mogłem sobie darować, w przypadku Antistate jest to niemal pleonazm, a to też błąd językowy). Zupełnie inne od opisanych powyżej i zachęcam do kliknięcia w link i do lektury.

Do napisania za tydzień. Miłego weekedu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *