Orange Is The New Black

English version

Dobry wieczór.

Donald Trump został 45. Prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.


Jest to z pewnością spora niespodzianka. We wtorek kładłem się spać w przekonaniu, że zwycięży Hillary Clinton, żeby w środę obudzić się z informacjami, że jednak nie.

Osobiście sam do końca nie wiem, co mam o tym myśleć. Na pewno nie życzyłem sobie wygranej Clinton, ale Trump też jest daleki od mojego ideału. Najchętniej widziałbym na stanowisku Głowy Państwa (jakiegokolwiek) wakat, a z kandydatów walczących o fotel prezydencki w Stanach Zjednoczonych Gary’ego Johnsona.

Ale i Trumpa przyjmuję z zadowoleniem, że nie jest to Clinton.

Warto zauważyć, że wyniki te są kolejnym już przypadkiem obserwowanej ostatnio tendencji, w którą wpisuje się również wygrana Andrzeja Dudy w Polsce, a w Wielkiej Brytanii konserwatystów, a potem zwolenników Breksitu. Tym, co łączy wszystkie te głosowania, jest zupełnie zaskakujące w świetle ostatnich przedwyborczych sondaży zwycięstwo opcji, która jest gorsza z punktu widzenia polityków i publicystów kreujących narrację polityczną ostatnich lat. Nie da się nie zauważyć, że w ciągu ostatniego półwiecza zarówno Europa, jak i Stany Zjednoczone skręciły mocno w stronę postępową (nie chcę używać podziału Lewica-Prawica, który jest anachroniczny i oznacza nieco różne rzeczy po obu stronach Atlantyku) i przez wiele lat wyborcy kolejnymi głosowaniami zdawali się popierać ten trend, a tu nagle nie dość, że wyniki odwrotne przestają być ewenementami (przecież mamy jeszcze Węgry, był też Haider w Austrii), to jeszcze w większości przypadków stanowią kompletne zaskoczenie.

Dlaczego tak się dzieje? Kwestia jest o tyle istotna, że przecież na USA świat się nie kończy, niedługo czekają nas wybory we Francji i Niemczech, a konserwatyści wcale nie są na straconych pozycjach.

Rozbiję pytanie na poszczególne kwestie.

Dlaczego wyborcy nagle zaczęli głosować inaczej?

Musimy zdać sobie sprawę, że używanie zbiorczej formy „wyborcy” jest zwodnicze, ponieważ każde kilka lat różnicy nieco zmienia przekrój społeczny. Niemniej jednak przez kilkadziesiąt lat nie obserwowaliśmy zjawisk, które ostatnio nagle się nasiliły. Wydaje mi się, że istnieją przynajmniej trzy, niewykluczające się wzajemnie, wyjaśnienia tego zjawiska.

Odpowiedź na pogardę

To chyba najlepiej tłumaczy, dlaczego zwrot akcji nastąpił tak nagle. Okopani na swoich posadkach postępowcy poczuli się tak pewnie, że przestało im wystarczać rządzenie. Stali się zwyczajnie, po ludzku, bezczelni i wyniośli, po czym z poparciem mediów państwowych i quasi-państwowych (czyli formalnie prywatnych, ale faktycznie uzależnionych biznesowo od skali państwowych kontraktów reklamowych) coraz śmielej brnęli w narrację, w myśl której każdy, kto się nie zgadza na ład, do którego dążą wszechwiedzący władcy, jest w najlepszym razie głupkiem. Dla wielu ludzi, którzy zdają sobie sprawę, że są prości, ale jednocześnie mają poczucie, że co dzień ciężko pracują, aby utrzymać rodziny, a do tego wiodą uczciwe życie, i choćby z tego powodu należy im się szacunek, brak tego szacunku za samo to, jakie wartości wyznają, mogło przelać czarę.

Oczywiście błądzić jest rzeczą ludzką, głupi jest tylko ten, kto powtarza swoje błędy. Nie można by więc było osądzać elit zbyt surowo, bo w końcu wcześniej nie dostawały takiego prztyczka w nos, a nie ma się co łudzić, że Amerykanie będą się w sensie politycznym i politologicznym na serio przejmować tym, co dzieje się w jakiejś tam Polsce. Ale to właśnie te elity okazują się głupie, bo nadal do nich nie dotarło, że prości ludzie szanujący na co dzień te czy inne tradycyjne wartości mają dość opluwania, jakie ich z tego powodu spotyka w mediach. Polecam poczytać choćby reakcje Paula Krugmana na wybór Donalda Trumpa.

Internet

Jakakolwiek by narracja dużych mediów nie była, na dłuższą metę przy decyzjach podejmowanych wolą większości okaże się ona skuteczna, jeśli będzie jedyną narracją o szerokim zasięgu. Od jakiegoś czasu tak jednak nie jest, a wpływ Internetu rośnie w tempie wykładniczym. W ciągu ostatnich kilku lat udział Internetu w wymianie informacji i poglądów między ludźmi wzrósł dużo bardziej niż ciśnienie Demokratów parę dni temu. Co więcej: ten trend się utrzyma. Co polecam wziąć sobie do serca jako przestrogę zarówno dotychczasowym elitom, jak i ich następcom.

Postęp poszedł za daleko

Czynnik, którego ku mojemu zdziwieniu nikt jakoś nie bierze pod uwagę. Większość ludzi ma poglądy mniej lub bardziej umiarkowane: ani tak konserwatywne, jak chcieliby radykalni zwolennicy Trumpa, ani tak postępowe, jak chcieliby radykalni zwolennicy Clinton. Co więcej: większość ludzi nie lubi być kojarzona z ekstremizmem, więc sami dla siebie chcą utwierdzać się w przekonaniu, że dryfują ku centrum. Stosunki społeczno-polityczne, obyczajowe i gospodarcze sprzed dziesięcioleci mogły być dla nich zbyt konserwatywne, stąd zgadzali się na zmiany, z których każda pchała świat coraz bliżej ich optimum. Ale nagle osiągnięto punkt, w którym idąc dalej tą samą drogą już oddalamy się od optimum. Być może ci sami ludzie teraz oczekują zwrotu, bo tak jak nie akceptowali traktowania czarnoskórych jak podludzi, nie są w stanie zaakceptować, bo ja wiem – kobiety na stanowisku Prezydenta najpotężniejszego mocarstwa świata? To tylko przykład, ale pokazuje, o co mi chodzi.


Należy też pamiętać, że nie ma jednego typu centrowca. Jeśli centrowy wyborca ma opcję zagłosowania na centrowego polityka, wcale niekoniecznie musi to zrobić: może się okazać, że polityk jest, jak na oczekiwania wyborcy, trochę zbyt liberalny, jeśli chodzi o aborcję, zbyt restrykcyjny, jeśli chodzi o podatki, za bardzo ogranicza dostęp do broni, za dużo luzu dałby chodzącym po ulicach nagusom… i po krótkiej kalkulacji okazuje się, że jakiś polityk bliżej ekstremum jest sumarycznie mniej odległy od przekonań wyborcy. To jeden z powodów, dla których zmiany, o których piszę, nie doprowadziły do rządzenia bardziej umiarkowanych ludzi (należy przy tym pamiętać, że po tak długim skręcie mniej więcej w jedną stronę „umiarkowany” jest pojęciem względnym).

Dlaczego sondaże tak się pomyliły?

Najprościej byłoby powiedzieć, że pogarda elit wobec „maluczkich” dosięgnęła również poziomu sondowania, ale w to nie chce mi się wierzyć, podobnie jak w mechanizm w drugą stronę: że elementem pogardy zwrotnej było celowe psucie sondaży przez ludzi chcących zrobić władzy na złość.

Inna hipoteza brzmi, że sondażownie znały realne poparcia, ale ich nie publikowały celem ochrony establishmentu: chodziło o to, żeby nie przekonywać ludzi głosujących „pod sondaż”, że ich antysetablishmentowy kandydat ma szansę.

W żadną z tych teorii nie wierzę, jeśli chodzi o wybory w USA. Tam jest po prostu za dużo niezależnych sondażowni, żeby taki numer przeszedł, oraz dużo bardziej świadomy niż w Europie elektorat, zbyt świadomy, żeby nabrać się na głosowanie „pod słupki”.

Wydaje mi się natomiast, że ludzie głosujący na złość mogli w dużej części podjąć decyzję w ostatniej chwili albo głosować mimo wszystko wbrew sobie. Wcale nie musiał im się podobać Trump, wiedzieli, że mimo wszystko na niego zagłosują, ale nie mogli z czystym sumieniem odpowiedzieć twierdząco na pytanie, czy go popierają.

Może być też tak, że ludzie bali się ujawniać swoich preferencji z obawy przed ujawnieniem ich powodów. Oczywiście to nie jest tak, że nagle pół Ameryki to seksiści i rasiści, bo wybrali Trumpa, który jest seksistą i rasistą (według establishmentowych mediów). Myślę, że na każdy głos oddany na Trumpa dlatego, że jest rasistą, przypada co najmniej kilka głosów, które dostał, mimo tego że jest rasistą, oraz kilkanaście głosów od ludzi, którzy uważają, że są istotniejsze kwestie do oceny niż rasizm kandydata. Ale ten jeden zarobiony za rasizm mógł być głosem, do którego człowiek się nie przyzna ankieterowi, bo jeszcze gotowi go wsadzić do pierdla i nie pozwolić zagłosować.


A przypominam, że sondaże rozminęły się o bardzo niewiele. Tyle że tym razem wystarczyło to do przechylenia szali w głosowaniu elektorskim.

Przy okazji tego typu wpisu trudno pominąć inny aspekt wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych.

Głosowanie elektorskie a głosowanie powszechne

Nie wiadomo, kto wygrał w głosowaniu powszechnym (dosłownie kwadrans przed rozpoczęciem pisania tej notki zobaczyłem zrzut ekranu, w którym prowadził Trump), ale załóżmy, że Clinton, bo długi czas wyniki zdawały się za tym przemawiać.

Gdyby tak było, byłby to piąty przypadek w historii amerykańskich wyborów prezydenckich, gdzie zwycięzcą jest kandydat, który przegrywa głosowanie powszechne. Co ciekawe, w każdym z tych przypadków wybory w głosowaniu elektorskim wygrał (a w powszechnym przegrał) Republikanin.

Nic więc dziwnego, że sporo ludzi sympatyzujących z Demokratami uważa, że należałoby zmienić system głosowania na powszechny: to z jednej strony bardziej demokratyczne, a z drugiej strony zapewniłoby Demokratom więcej prezydentur…

…tyle że niekoniecznie. Jakoś wszyscy zdają się ignorować fakt, że nie możesz zmienić reguł gry i jednocześnie oczekiwać, że gracze będą po zmianie wykonywać nadal te same ruchy. W tym przypadku chodzi o wyborców. Zwolennicy Trumpa w Kalifornii mogli równie dobrze siedzieć w domach, bo od lat wiadomo, że ten stan jest dla Republikanów nie do wygrania, a przy systemie, w którym zwycięzca bierze wszystko, różnica głosów nie ma znaczenia. Ale przy głosowaniu powszechnym każdy głos miałby znaczenie, więc sporo tych ludzi mogłoby zmienić zdanie i iść do urn.

Nie jest też tak, że system elektorski ze swej natury działa na korzyść Republikanów. Na portalu Neuropa.pl powstał niezły artykuł wyjaśniający niuanse amerykańskiego systemu wyborczego, a w ramach niego poniższa mapka, która pokazuje remis, ale bardzo specyficzny, mianowicie: 269 głosów elektorskich przypada na tzw. „swing states”, a drugie 269 głosów jest już „rozdanych” tam, gdzie właściwie nie może być mowy o innym wyniku:

I proszę zauważyć, że przy tym układzie Demokraci na starcie prowadzą 169:100. W „meczu” do 270 to bardzo dużo, nawet jeśli się uwzględni, że dysponujący dużą liczbą elektorów Teksas, zaznaczony tutaj jako „swing state”, częściej premiuje Republikanów.

Czy system elektorski jest lepszy niż powszechny? Nie ma na to jednej odpowiedzi.

Ja w ogóle nie lubię głosowania jako metody doboru rządzących, ale póki ono istnieje, system elektorski jest lepszy od powszechnego w Stanach Zjednoczonych z tego samego powodu, dla którego powszechny jest lepszy od elektorskiego np. w Polsce: lepiej oddaje preferencje ludzi, a jednocześnie lepiej zapobiega apriorycznemu traktowaniu pewnych miejsc po macoszemu przed kandydatów.

Chodzi o to, że Stany Zjednoczone są z punktu widzenia Europejczyka niewyobrażalnie duże. Mają czwartą powierzchnię świata (po Rosji, Kanadzie i Chinach) i trzecią liczbę ludności świata (po Chinach i Indiach). Jednak warto sobie też zdać sprawę, że choć Stany Zjednoczone mają powierzchnię niemal dwóch Europ i ponad dwóch Unii Europejskich, to jednocześnie mają „zaledwie” dwie trzecie ludności Unii Europejskiej. Dodatkowo rozkład tej ludności w Unii jest dużo bardziej jednorodny niż w Stanach.

Gdyby w Stanach Zjednoczonych decydowało głosowanie powszechne, to kandydaci mogliby w wielu przypadkach zupełnie ignorować wyborców z północnych stanów, skupiając się tam, gdzie mieszka najwięcej ludzi. Pal sześć gdyby robili to dopiero kandydaci, ale gdyby urzędujący prezydent w ten sposób kupował sobie drugą kadencję lub kadencję swojemu następcy, to nagle okazałoby się, że mało zaludnione stany w ogóle państwa nie interesują. Mnie, jako anarchistę, cieszyłby taki stan rzeczy, ale demokracja nie do końca na tym polega.

Z kolei Europa zaludniona jest znacznie bardziej jednorodnie. Tutaj system elektorski spowodowałby tylko bardzo sztuczne zróżnicowanie wagi głosów poszczególnych ludzi (już jest to widoczne na poziomie głosowań unijnych i powoduje spore zgrzyty).

Nie mówiąc o tym, że po latach funkcjonowania systemu powszechnego podział na okręgi elektorskie byłby pożywką do korupcji. Gdyby Polskę podzielono według województw, a elektorów przyznano proporcjonalnie do liczby ludności i szanowano zasadę, że zwycięzca bierze wszystko, ostatnie wybory prezydenckie wygrałby Bronisław Komorowski. Jednakże sam podział na województwa budzi pewne wątpliwości w kontekście ewentualnego głosowania elektorskiego.

Na koniec chciałbym poruszyć dwie kwestie.


Pierwszą jest rzekomy cytat Janet Reno. Była ona pierwszą kobietą na stanowisku Prokuratora Generalnego Stanów Zjednoczonych, mianowaną przez Billa Clintona. W rzekomym cytacie powiedziała ona, że póki ona żyje, Donald Trump nie będzie Prezydentem Stanów Zjednoczonych. Nie byłoby w tym nic specjalnego, gdyby nie to, że w momencie jej śmierci sondaże dawały sporą przewagę Clinton, a było to 7. listopada, dzień przed wyborami. W związku z tym mam pytanie: czy ktoś może potwierdzić autentyczność tego cytatu, podpierając się najlepiej jakimś wiarygodnym źródłem?

I druga rzecz: wśród przeciwników Trumpa popularne jest porównywanie go do Hitlera. Jako zarządca niniejszego bloga ogłaszam zatem, że tutaj Prawo Godwina obowiązuje, ale w ograniczonym zakresie. Odwołanie do Hitlera jest dozwolone pod warunkiem, że chodzi o kontekst historyczny, a nie o uniwersalną obelgę. Mówiąc prościej: jeśli Twoja argumentacja obroni się bez przyjęcia założenia, że implikacja „x jest hitlerowskie => x jest złe” jest prawdziwa, to Twoje odwołanie do Hitlera nie jest powodem ogłoszenia Twojej porażki mocą Prawa Godwina.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Jedna myśl nt. „Orange Is The New Black”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *