Out vitro

Dobry wieczór.

Senat odrzucił sejmowy projekt ustawy o in vitro.


Nie oznacza to, oczywiście, że ustawa zostanie w całości wyrzucona na śmietnik historii. Ale szansa na to wyraźnie wzrosła, bo przecież już za niecały miesiąc Prezydent zmienia się na bardziej sceptycznego w tej kwestii, a trudno przypuszczać, żeby obecny lub przyszły Sejm zdołał odrzucić veto w takiej sprawie.

Co ci senatorowie się nie nagadali przy tej okazji! Nie będę zarzucał cytatami, Internet jest tego pełen – dość powiedzieć, że takiego natężenia miejscowego głupoty na poziomie kabaretowym nie było od dawna, choć oczywiście warto brać poprawkę na to, że szary Kowalski wie to, co zrelacjonują media, a te mogą wyolbrzymiać, jeśli chodzi o przeciwników in vitro.

Mnie osobiście najbardziej rozbawił argument o poniżaniu mężczyzn poprzez zmuszanie ich do masturbacji. Ale poza zabawą warto zwrócić tu uwagę na chroniczną przypadłość rządzących (nie tylko polskich). Do tego stopnia przywykli do regulowania życia ludziom, że ich podświadomość nie przyjmuje opcji, że coś może być po prostu możliwe. Jeśli nie jest zakazane, to ludzie są do tego zmuszani.

Aż przeczytałem projekt ustawy. Nie znalazłem tam fragmentu o przymusowym aplikowaniu in vitro ludziom, którzy tego nie chcą. Naprawdę!

Ale ta przypadłość aplikuje się do wszystkich tematów: aborcji, odmowy ratowania biednych od śmierci głodowej, itd. Pozwól na coś ludziom, a zaczną to robić, bo uznają, że muszą. Albo przynajmniej zaczną korzystać z nowego prawa masowo, bo je mają.

Słowo daję, że to tak nie działa. Nie skorzystałem z prawa do zwrotu towaru w terminie kiedyś 10, a dziś 14 dni bez podania przyczyn przy zamawianiu na odległość ani razu w swoim życiu, choć miałem niejedną okazję, odkąd to prawo się pojawiło.


W całej tej dyskusji pojawiło się wszakże mądre zalecenie, żeby wykreślić z ustawy „leczenie bezpłodności”. I słusznie, bo in vitro niczego nie leczy: jak byłeś bezpłodny przed, tak jesteś bezpłodny po. Zabieg pozwala tylko odwrócić do pewnego stopnia negatywne efekty choroby. Owszem, znam parę, której udało się dziecko naturalną metodą, gdy się tego nie spodziewali, po kilkunastu latach bezowocnych prób i trzech synach z dwóch udanych in vitro. Nic mi jednak nie wiadomo o tym, jakoby akurat to ich wyleczyło. Pewnie byli chorzy, ale nie tak, żeby zupełnie niczego nie móc, tylko tak, że mieli znacznie zmniejszone szanse – na takiej zasadzie, na jakiej człowiek chory na AIDS teoretycznie może nie zachorować, wystawiony na atak drobnoustrojów chorobotwórczych.

Ale odbiegłem od tematu, bo wcale nie chciałem dziś pisać o in vitro ani filozofować na temat trzeciej drogi między zakazem czegoś a przymusem tegoż. Chciałem napomknąć o Jednomandatowych Okręgach Wyborczych. Nieszczęsny temat JOW jest wiecznie żywy, więc to oczywiste, że niecodzienne posiedzenie Senatu wyłanianego właśnie metodą JOW wzbudzi emocje.

(Umyka w tym wszystkim fakt, że Senat wybierany jest metodą WOW, czyli Wielomandatowych Okręgów Wyborczych, ale to detal).


I wzbudziło. W większości negatywne, pojawiły się wręcz głosy, że te durne wypowiedzi z jednej czy drugiej strony to dowód na niesłuszność JOW.

Zdecydowanie tych głosów nie podzielam.

Moim zdaniem cała ta dyskusja, jeśli już, była argumentem za JOW. Zakładam, Drogi Wyborco, że skoro uznałeś to za argument przeciw, to nie chcesz, żeby Twoi reprezentanci tak się wypowiadali. Możliwości są jednak dwie: albo te wypowiedzi padły z ust Twojego reprezentanta, albo nie.

Jeśli tak, to JOW umożliwia Ci (nie samodzielnie!) odsunięcie kogoś takiego od stołka przy okazji najbliższych wyborów. To jest naprawdę proste: wystarczy wyzbyć się przywiązania do barw partyjnych, dowiedzieć się o ludziach identyfikowanych po nazwisku i oddać głos na kogoś, kto Cię nie skompromituje. Łatwiej w JOW niż w WOW, ale najtrudniej w ordynacji proporcjonalnej. Jeśli mieszkasz w Warszawie, to na takie kompromitujące indywiduum musi – mimo wypowiedzi – zagłosować ze sto tysięcy osób (to przy WOW). Tymczasem gdyby była ordynacja proporcjonalna, wystarczyłoby kilka tysięcy oraz mocne plecy jakiegoś wyrazistego lidera partyjnego. Przerabialiśmy i przerabiamy to co wybory sejmowe. W innych miastach liczby są mniejsze, ale proporcja podobna.

Jeśli zaś nie, to muszę Cię zmartwić: ten ktoś reprezentuje innych ludzi i jest ich więcej niż takich jak Ty. Znalazłeś się w mniejszości, a JOW to wykazał. Możesz, oczywiście, być niezadowolony z takiego obrotu rzeczy, ale winowajcą nie jest JOW: jeśli ktoś zdobył tyle głosów, żeby wejść z JOW, to przy ordynacji proporcjonalnej, będąc członkiem dużej partii, też by wszedł – a jeszcze wciągnąłby na swoich plecach kilku innych, na co Twój wpływ byłby jeszcze mniejszy.

To, że reprezentant większości pieprzy farmazony, jest oczywiście bardzo dobrym argumentem, ale nie przeciw JOW, a przeciw demokracji.

Osobiście zdania na temat JOW nie mam. Jestem raczej za niż przeciw, bardziej za po senackiej dyskusji o in vitro niż przed, ale zasadniczo uważam, że to jedna cholera, bo i tak poruszamy się wewnątrz tej idiotycznej demokracji. Tu po prostu nie ma dobrych rozwiązań, a z kategorii zeł osobiście jako najmniejsze zło preferuję pojedynczy głos przechodni.

Przypominam o konkursie.

{GM_Krzychu} jest niezawodny i przypomniał tytuł filmu, który pomylił mi się z „Czasem zabijania”. Natomiast rozumowania, że legalizacja związków homoseksualnych służy heteroseksualistom, mimo szczerych chęci, nie jestem w stanie pojąć. Proponuję zadać w odpowiedzi standardowe pytanie, będące odpowiedzią na większość lewicowych uzasadnień lewicowych postulatów:


Czy naprawdę jest to dla mnie aż tak dobre, że trzeba mnie do tego zmuszać?

Jakoś luźno przypomniała mi się ta moja notka.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Jedna myśl nt. „Out vitro”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *