Palikot jeszcze lepszy niż socjalizm

Dobry wieczór.

Z Palikotem i (do niedawna) jego hałastrą kupa śmiechu. Jak zawsze zresztą, a teraz ten śmiech jest o tyle zdrowszy, że na jakiś (oby jak najdłuższy) czas przestali być groźni.


Po expose Pani Premier Kopacz Janusz Palikot oznajmił, że jak Boga kocha, gdyby wiedział, że Polska doczeka się takiego rządu, to nie wychodziłby z Platformy Obywatelskiej. W sumie jest to prawda przynajmniej w takim zakresie, że Palikot istotnie nie wyszedł z Platformy Obywatelskiej mniej więcej tak, jak Boga kocha.

Brzmi to jak rozpaczliwa próba uratowania swojego politycznego bytu po tym, jak szeregi partii opuściło wielu posłów, a Hartman dodatkowo został wyrzucony. Ale potem było jeszcze śmieszniej: Palikot wprost zaatakował Annę Grodzką twierdząc, że transseksualista nie może stać na czele politycznej formacji. I prawie przyznałbym mu rację, może z dokładnością do tego, że mnie nie interesuje, czy liderzy formacji są transseksualistami, więc dopóki nie wiem, czy nimi są, żadna z opcji mi nie przeszkadza.

W tym momencie przypomniałem sobie krążący po sieci od jakiegoś czasu mem, definiujący socjalizm jako zbiór rozwiązań, które są tak dobre, że aż muszą być przymusowe. Janusz Palikot idzie o krok dalej: jego rozwiązania są tak dobre, że aż muszą być nie tylko przymusowe, ale też często poprawiane. I nie piszę tu o kosmetycznych poprawkach, tylko o woltach o sto osiemdziesiąt stopni, jak w tym przypadku. Albo jak wcześniej, bo przecież Palikot był już w swojej politycznej karierze proklerykalnym konserwatystą.

Wcale bym się nie zdziwił, gdyby obecne ugrupowanie już fizycznie nie przetrwało wyborów samorządowych, a czas do wyborów parlamentarnych Palikot wykorzystałby na stworzenie i wypromowanie nowego ugrupowania. Tym razem zbierającego liczących na stołki sejmowe ludzi od Ziobry, Gowina, a może nawet Marka Jurka.

Bo kto bogatemu zabroni?

A może nawet weźmie paru schizmatyków. Ci co prawda zastrzegają, że założą własną partię („Partia Liberalna” ma się to nazywać i coś mi mówi, że będzie to kalka z dzisiejszego, amerykańskiego „Liberal Party”: liberalizm oznacza wolność do bycia optymalnie uregulowanym przez państwo, które nie wchrzania się właściwie tylko w to, czy przeprowadzasz aborcję, o ile jesteś kobietą, oraz w to, z kim sypiasz, o ile nie chwalisz się, że jesteś hetero, jakby to był powód do dumy). Ale czy to znaczy, że nie zmienią zdania?


Gdybyśmy mieli normalny ustrój, to Janusz Palikot, nawet bez swojego biznesowego zacięcia, mógłby być bardzo pożyteczny dla ludzi i zarabiać naprawdę spore pieniądze układając horoskopy. On przecież taki jest: radykalny z jednej strony, a każdy znajdzie u niego coś, co chciałby usłyszeć z drugiej strony. Ludzie lubią słuchać kogoś, kto im mówi to, co chcą usłyszeć.

Natomiast w demokracji taki polityk to tragedia. Ludzie nadal lubią go słuchać, gdy mówi to, co chcą usłyszeć, tylko tym razem z tego lubienia wynika później fakt, że taki Palikot reprezentuje nie tylko ich, ale i ludzi, którzy nie chcieli tego usłyszeć. I w dodatku nie da się przewidzieć, jak będzie ich reprezentował.

Bo kto dzisiaj, zestawiwszy to, co Palikot mówił, powiedzmy, przez ostatnie dziesięć lat, potrafi na jakiejś podstawie oddzielić z tych wypowiedzi to, w co Palikot naprawdę wierzy od tego, co mówił po to, żeby zyskać elektorat?

Układając horoskopy mógłby nie wierzyć w nic i nie byłoby tragedii, bo nabierałby nie „elektorat”, a „klientelę”. W obu przypadkach tylko frajerzy mogliby mu wierzyć (nawet gdyby akurat mówił prawdę), ale w tym drugim tylko frajerzy by za tę wiarę płacili.


Skoro wspomniałem o Hartmanie, to został on usunięty z partii Palikota za poparcie legalizacji związków kazirodczych. Dziwne, myślałem, że jest to bardzo postępowy postulat. Ale po chwili dotarło do mnie, że palikociarzom musi coś tu nie pasować, skoro ja, libertarianin, który zwykle się z nimi nie zgadzam, tym razem muszę przyznać rację Hartmanowi. Nie widzę powodu, dla którego państwo miałoby wpieprzać się w relacje dwojga dorosłych ludzi w łóżku tak długo, jak długo nie opowiadają o niej publicznie albo nie żądają, żeby uznać tego za normę.

Wiem, konserwatywni Czytelnicy bloga znielubią mnie teraz za to. Nic na to nie poradzę i nie chcę nic na to radzić. Seks między dwojgiem dorosłych ludzi powinien być ich prywatną sprawą tak długo, jak długo oni dbają, żeby był on ich prywatną, a nie publiczną sprawą. Że co, że z tego związku mogą urodzić się chore dzieci? Mogą (choć nie widzę, w jaki sposób ten argument – a wygląda to na najsilniejszy merytoryczny argument przeciwników kazirodztwa, wszystkie inne są albo emocjonalne, albo moralne na zasadzie „ja bym tego nigdy nie chciał robić, więc innym też zakażmy”, albo zwyczajnie głupie – może posłużyć do zakazu seksu między macochą a pasierbem, a taki zakaz też obowiązuje w Polsce, zgodnie z tą samą ustawą).

Ale mam do powiedzenia coś strasznego: zupełnie niespokrewnieni ze sobą ludzie też ryzykują zdrowiem dzieci podczas bzykanka, jeśli choć jedno z nich jest obciążone jakąś wadą genetyczną, która może się nie ujawniać u danej osoby, ale występować u jej rodziców i być przeniesiona na dzieci. To co, zakazać seksu niepełnosprawnym? Czy tylko niektórym niepełnosprawnym?

To mam do powiedzenia coś jeszcze straszniejszego: dowolnie chore dziecko może narodzić się ze związku dwojga dowolnie zdrowych i dowolnie niespokrewnionych ze sobą ludzi!

Tak to jest, jak ktoś chce karać nie za faktyczne, a za potencjalne szkody. Mam wrażenie, że w pierwszym rzędzie należałoby pociągnąć do odpowiedzialności rodziców takich osób. Za jak najbardziej realne tym razem szkody na umyśle, które, co gorsza, powodują szkodzenie innym za pomocą masy antywolnościowych regulacji.

Ciekawi mnie, czy tak potraktowany Hartman znajdzie swoje miejsce u „liberałów”, którzy zdezerterowali od Palikota.

Co do rządu Ewy Kopacz, tak zachwalanego przez Palikota, to pasuje jak ulał do teorii kopernikańskiej: gorszy wypiera lepszy. Z tym że Kopernik mówił tak o pieniądzu, a nie o jego kreatorze. No, ale jaki producent, taki wyrób.

Z expose dowiedziałem się tyle, że podatki zostaną podniesione. Nie wprost, rzecz jasna, ale wydedukowałem to z tego, że posłuchałem o rosnących wydatkach państwa, a nie napotkałem na informację, z czego zostaną sfinansowane, więc wnioskuję, że cięć budżet nie przewiduje.

Przewiduje za to urlopy dla bezrobotnych, co jest nowatorstwem na skalę światową. Od dawna uważam, że nie istnieje granica debilizmu, powyżej którego nie jest w stanie się wspiąć żaden polityk w ramach swojego populistycznego bełkotu, ale skala kreatywności w tym przypadku zaskoczyła nawet mnie.

Rozumiem, że urlop od bezrobocia to praca, i że człowiek nie będzie się mógł tego zrzec, bo co by to było, gdybyśmy pozwolili ludziom na zrzekanie się urlopów?


Na poprawę humoru na koniec infoanarchizuję dowcip podpatrzony w grupie Bitcoin Polska na facebooku:

W Polsce bitcoin jest już tak popularny, że nawet premier kopacz.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *