Piłka kołem się toczy

Dobry wieczór.

To, co się dzieje w polskiej polityce, to kabaret. Niemniej nawet w kabarecie zbyt duża dawka w zbyt krótkim czasie może człowiekowi przepalić bezpieczniki. Dlatego dziś wpis o tym, co w tym tygodniu w futbolu.


Od czasu mojego ostatniego wpisu FC Barcelona wygrała Ligę Mistrzów, pokonując Starą Damę (co, mam nadzieję, uda się również w przyszłym roku Randowi Paulowi, oby kandydatowi Republikanów na Prezydenta Stanów Zjednoczonych). Cieszę się z tego wyniku, bo kibicuję Barcelonie od dawna, przykro było patrzeć na kilka lat względnej stagnacji, a teraz odżywają moje nadzieje, że ten klub jako pierwszy obroni tytuł zdobyty w Lidze Mistrzów według nowoczesnej formuły.

Zauważyć warto, że dla FC Juventus (zwanego powszechnie, ale niepoprawnie „Juventus Turyn”) był to prawdopodobnie większy niż dla Barcelony sukces, przynajmniej jeśli mierzyć odległość końcowego wyniku od realnych oczekiwań z początku sezonu. Przez moment nawet podczas samego meczu finałowego wydawało się, że sprawa tytułu nie jest wcale oczywista, i choć ewentualna wygrana Juventusu byłaby tylko trochę mniej niesprawiedliwa z przebiegu gry niż 2:0 ugrane przez Polaków z Niemcami w ramach eliminacji do EURO 2016, to w futbolu nie takie rzeczy się zdarzały.

Skoro o EURO 2016 mowa, jutro nasi grają z Gruzją. Przyznam, że trochę będę gryzł paznokcie ze stresu, bo to jeden z takich meczów, w których wygrana nie jest wielką zasługą, za to dowolny inny wynik to wielki kłopot. To jest ten moment, kiedy już można wykonać duży krok do przodu, ale zarazem jeszcze można wszystko spieprzyć. Podczas eliminacji do Mistrzostw Świata w RPA w 2010 nasi znacznie później zaczęli grać słabo, a mimo to pogubili aż za dużo punktów.

Tym bardziej, że poza polską reprezentacją powodów do optymizmu na najbliższe miesiące raczej nie ma. Polską ligę wygrał Lech Poznań, co też mnie cieszy, bo kibicuję temu klubowi od lat, mimo że mieszkam w Warszawie. Ale nie ma się co łudzić: to nie ten Lech, który parę lat temu toczył równe boje z FC Juventusem i eliminował go z grupy Ligi Europy. Potencjał boiskowy na poziomie europejskim ma znacznie mniejszy niż Legia Warszawa. Pocieszające jest tylko to, że może tam decydenci nie są aż tak ślepo zapatrzeni w siebie, żeby zrobić błąd, który rok temu wyeliminował Legię przy zielonym stoliku, a dodatkowo Lech nie ma w Europie aż tak złej prasy, żeby od razu była presja na wykorzystywanie każdego pretekstu, żeby się go z rozgrywek pozbyć.

A z drugiej strony: może Lech mnie zaskoczy? W końcu gdy się wymienia wielkie marki w polskim futbolu (wielkie jak na nasze warunki), to do głowy przychodzi Lech i Legia, może Wisła, a może, nieco zaskakująco, Jagiellonia. A jednak zespołem, który ostatnio reprezentował nas w Lidze Mistrzów UEFA, nie jest żaden z nich, tylko nieobecny w naszej Ekstraklasie Widzew Łódź.

Można? Można.


Żeby moja córka, która niedługo skończy sześć lat i lubi oglądać mecze, nie była za sto lat twarzą jakiejś kampanii typu: zdążyłam zrobić karierę, zdążyłam kupić dom, zdążyłam polecieć do Paryża, zdążyłam być matką, nie zdążyłam zobaczyć polskiego zespołu w Lidze Mistrzów UEFA.

Do napisania za tydzień, oby z Polską nadal na czele swojej grupy kwalifikacyjnej.

Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *