Piłkarski Skorpion

Dobry wieczór.

Polska reprezentacja, po świetnym (w porównaniu z tym, do czego nas przyzwyczaiła) turnieju kończy Euro 2016 na ćwierćfinale. Lepiej niż Anglia i Hiszpania, ale już nie lepiej niż Islandia.


Piłkarzom wypada tylko podziękować, choć niedosyt, naturalnie, pozostaje. Piłka nożna jest okrutna: drużyna, która w pięciu meczach spędziła na boisku ponad pięćset minut i ani przez moment nie przegrywała, a dwa z tych meczów wygrała, odpada z drużyną, która (również na pięć meczów i na ponad pięćset minut) nie wygrała ani razu w nominalnym czasie gry, a prowadziła przez niecałe dwadzieścia (jeśli nie liczyć dogrywek) lub odrobinę ponad dwadzieścia (jeśli liczyć dogrywki) minut.

Dla porównania: dwadzieścia minut to czas, przez jaki piłkarze San Marino byli na prowadzeniu podczas pojedynku z Anglią na Wembley w 1993 roku w ramach meczu eliminacyjnego do mundialu w USA.

Polska drużyna zaprezentowała znakomitą defensywę, która długo szwankowała. Straciliśmy z gry dwa gole: jeden to najpiękniejsza bramka turnieju, która wleciała od słupka, drugi wpadł po rykoszecie.

Z drugiej strony nie wolno zapominać, że poziom obu pojedynków Polaków w fazie pucharowej był bardzo wyrównany, o czym świadczy fakt, że oba dotrwały do rzutów karnych. Polacy mają prawo czuć się rozgoryczeni, ale to samo mają prawo powiedzieć o sobie Szwajcarzy. I to samo mieliby prawo powiedzieć o sobie Polacy odpadając ze Szwajcarami, czy Portugalczycy odpadając z nami. O ile Chorwaci odpadli po dogrywce wprawdzie, ale jeszcze przed etapem loterii, o tyle żadna z pozostałych trzech drużyn naszej ćwiartki drabinki nie zasłużyła na odpadnięcie ani na grę dalej bardziej niż inne drużyny.

Czy można było lepiej? Pewnie tak, ale niech rozważają to znawcy. Ja chcę się cieszyć tym, co było i co jest, tym bardziej, że nie mam o co mieć pretensji do naszych piłkarzy.

Lewandowski, że nie strzelał wcześniej? Ale strzelił z Portugalią gola, który był bardzo ważny, bo to dzięki niemu mieliśmy pół godziny radości i wracamy z podniesionymi czołami. A wcześniej absorbował tylu rywali, że inni nasi zawodnicy mieli dzięki temu okazje.


Milik, że pudłował? Ale które z tych pudeł było naprawdę istotne w takim sensie, że mogło dać nam lepszy wynik? Gdybyśmy wygrali grupę, mielibyśmy Słowaków zamiast Szwajcarów, a w ćwierćfinale Włochów zamiast Portugalczyków. To chyba nie byłaby zmiana na lepsze. Może trafienie ze Szwajcarią wniosłoby tyle, że nie musielibyśmy mieć w nogach dogrywki przed Portugalią. Może.

Błaszczykowski, że nie strzelił karnego? Nie strzelił, zgadza się, ale gdyby nie Błaszczykowski, drużyna spakowałaby walizki zanim w ogóle te karne miałyby szanse dojść do skutku.

Tak naprawdę głównym problemem drużyny był (i pewnie nadal jest) brak wartościowych zmienników. To duży komfort, że nie musimy się bać kontuzji czy czerwonej kartki bramkarza, i tego mogą nam zazdrościć najlepsi z najlepszych. Ale na innych pozycjach już aż tak różowo nie jest, a dodatkowo kontuzje Rybusa i Wszołka tuż przed turniejem skomplikowały sytuację. Tym bardziej, że Polacy łapali stosunkowo dużo kartek. Zastanawiał się ktoś, co by było, gdybyśmy przeszli Portugalię, ale w zamian musieli odstawić od gry w półfinale, powiedzmy, czterech zawodników podstawowego składu? Bo mnie wyszło, że odpadlibyśmy w półfinale wprawdzie, ale za to po takim meczu, jakiego żaden kibic polskiej reprezentacji wolałby nie widzieć.

I nie jest to gdybanie z gatunku, że skoro odpadliśmy wcześniej, to sprawa jest bezprzedmiotowa: kto wie, jak graliby wczoraj zawodnicy zagrożeni absencją, gdyby wiedzieli, że nawet jeśli zarobią kartkę, to ma kto ich zastąpić w następnym meczu.


Tak czy inaczej w przyszłość polskiej piłki patrzę z optymizmem, aczkolwiek ostrożnym, bo to dopiero początek.

Jeśli chodzi o sam system Euro, wiesza się na nim psy, moim zdaniem nie do końca słusznie. Jasne, jeśli z 24 drużyn awansuje 16, to faza grupowa, zawierająca najwięcej meczów (36 na 51 meczów ogółem), jest mało eliminacyjna, ale ma to i swoje zalety. Na przykład nie wyklucza żadnych dwóch drużyn już po wylosowaniu grup, a przed pierwszym meczem, zarówno jako potencjalnych finalistów, jak i jako potencjalnych półfinalistów.

Zarzut, że po dwóch porażkach można mieć szansę na wyjście z grupy, jest o tyle chybiony, że w systemie, gdzie na 4 zespoły awansują 2, też można. Punkty mogą się rozłożyć przecież 9-3-3-3 i wtedy jedna z drużyn z dwiema porażkami awansuje; równie dobrze może to być ta, która wygrała w ostatnim meczu. Kolejność meczów nie ma znaczenia dla kolejności w tabeli.

A zarzut, że w jednej części drabinki spotkały się wszystkie potęgi? Cóż, przede wszystkim mianem „potęg” określano pierwsze koszyki grup: Francję, Niemcy, Anglię, Hiszpanię i Włochy (Portugalia jakoś się nie łapała, choć była jedynym pierwszym koszykiem, po którym realnie przed Euro należało się spodziewać względnie bezproblemowego kompletu punktów w grupie). I takie potęgi wymieszałyby się w stosunku 2 do 3 między połówkami drabinki, gdyby nie to, że dwie z nich: Anglia i Hiszpania, okazały się papierowymi potęgami, które nie wygrały swoich grup, a później odpadły w 1/8 finału. O ile Hiszpanom można to wybaczyć, bo trafili na Włochów, o tyle Anglia miała obowiązek przejść Islandię, żeby zachować sens mówienia o niesprawiedliwości drabinki objawiającej się tym, że Anglia, jako jedna z potęg, trafia na inne potęgi.

No i niezależnie od rozkładu miejsca w półfinale są cztery; jeśli więc potęg zdefiniujemy pięć, to któraś musi odpaść wcześniej. Jeśli nie przed ćwierćfinałem, to dwie potęgi spotykają się w ćwierćfinale. Zasada szufladkowa Dirichleta się kłania.

Oczywiście nie oznacza to, że wszystkie zarzuty wobec tego systemu są bezsensowne. Co najmniej dwa mają sens: to, że drużyna może czekać trzy dni po swoim ostatnim meczu, żeby dowiedzieć się, że ten mecz był ostatni, oraz to, że drużyny z później grających grup mają więcej informacji rozpoczynając mecze.

Tak czy inaczej, mnie się ten system podoba.

A jak to będzie dalej? Moje luźne typy, z którymi do bukmachera nie idę, ale podzielę się z Państwem, wyglądają tak:

Dzisiaj Walia ogra Belgię. Do tej pory oba zespoły prezentowały się przyzwoicie (z jednym meczem wyjątku w każdym przypadku), ale Belgowie grają bez dwóch podstawowych zawodników obrony: jeden odpada za kartki, drugi jest kontuzjowany, i to pozwoli Walijczykom strzelić odpowiednio dużo goli. W ogóle może tu paść dużo goli, to spotkanie ma moim zdaniem potencjał na wynik typu 4:2.

W pojedynku Niemców z Włochami typowanie utrudnia fakt, że obie drużyny mają za dobrych bramkarzy w porównaniu z ofensywą przeciwników. Nawet przy dużej przewadze boiskowej jednego z zespołów może się to skończyć rzutami karnymi. Jeśli do nich dojdzie, stawiam na Niemców. Ale myślę, że do nich nie dojdzie i wcześniej wygrają Włosi, bo ich gra jakoś lepiej i bardziej przekonująco wygląda na tym turnieju. Zapłacą jednak za to wykartkowaniem kilku ważnych zawodników na półfinał.


Z Francją. Bo przy całej mojej sympatii i podziwie dla gry Islandczyków nie sądzę, żeby na Francję mieli argumenty. Francuzi grają wyraźnie lepiej niż Anglicy, nawet jeśli niespecjalnie przekonująco, a czego nie zrobią Francuzi, to zrobią sprzyjające gospodarzom ściany.

Jeśli dojdzie to typowanych przeze mnie wyników, to w półfinale Walia powinna wygrać z Portugalią, która, delikatnie mówiąc, niczym nie zachwyca. Pojedynek Francji z Włochami będzie zależał w dużej mierze od tego, jakim kosztem Włosi pokonają Niemców. Nie podejmuję się tutaj typować wyniku, ale ten półfinał będzie de facto finałem w tym sensie, że będzie pojedynkiem o mistrzostwo: kto go wygra, wygra Euro.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *