Po co kupuję „Detektywa”?

Dobry wieczór.

Nie dalej jak wczoraj kupiłem sobie czerwcowy numer miesięcznika „Detektyw”. Taki mają cykl wydawniczy, że prawie każdy numer ukazuje się, zanim rozpocznie się przypisany do niego nominalnie miesiąc, a ja kupuję to czasopismo regularnie i raczej nie czekam, aż zniknie z kiosków. Można tu zadać pytanie, po co to robię?


Odpowiedź wydaje się oczywista: bo mam ochotę sobie poczytać historie kryminalne. No, owszem, mam. Ale równie dobrze mógłbym, zamiast kupować to czasopismo, poszukać wśród moich znajomych kogoś, kogo też to interesuje, i pożyczać od niego. Względnie umówić się, że kupujemy na przemian i sobie wypożyczamy.

Nie jestem przy tym nałogowym czytelnikiem gazet w ogólności, unikam też programów informacyjnych w telewizji. Nie mam więc absolutnie awersji do bycia ostatnim, który dowiaduje się o jakiejś zbrodni. Mógłbym więc, zamiast wydawać cztery złote bez grosza na aktualny numer, kupować po złotówce za sztukę (albo za dwie sztuki) numery archiwalne. Dzisiejsze też z czasem staną się archiwalne. Liczba artykułów się zgodzi, kasa zostanie w kieszeni.

Podobno to nielegalne, a wydawca ostrzega przed tym w każdym numerze, ale, na moją (nikłą) prawniczą wiedzę, to jest to pistolet na kapiszony bez żadnego umocowania prawnego. Zresztą groźba skierowana jest tylko wobec sprzedawców, a nie wobec kupujących.

Bardzo dobrze się składa, na marginesie, ponieważ zdarzało mi się kupić archiwalne numery od ulicznych sprzedawców. Pismo ma niemal tyle lat, co ja, a jest tylko dla dorosłych, więc siłą rzeczy trochę numerów przeoczyłem, a w normalnym cyklu pracy kiosków są one teraz nie do zdobycia.

I wcale nie miałbym aż tak dużych trudności ze znalezieniem odpowiednich miejsc. Mieszkam w Warszawie, w okolicach dworców, których trochę tu mamy, aż roi się od tego typu straganów.


Dlaczego więc tego nie robię?

Odpowiedź jest prosta, taka, jakiej udzieliłem na początku: bo lubię czytać „Detektywa”. Jako świadomy konsument decyduję się więc na rozwiązanie, które najbardziej sprzyja utrzymaniu się pisma na rynku.

Wolnorynkowcy, do których się zaliczam, lubią mówić, że rynek różne rzeczy zweryfikuje. Zweryfikuje, w jakim zakresie potrzebne są usługi medyczne, gastronomiczne, transportowe, i inne, a także, którzy przedsiębiorcy powinni świadczyć te usługi, a którzy wypaść z rynku. Oznacza to tyle, że konsumenci własnymi portfelami z całą bezwzględnością skażą jednych na niebyt, a innym pozwolą na funkcjonowanie.

Janusz Korwin-Mikke pisał kiedyś o sprzecznych interesach konsumentów, którzy chcą wydać możliwie mało na możliwie dobry produkt, i ludzi pracy, którzy chcą zarobić, a się nie narobić. Zasadniczo jest to prawda, z tym że świadomy konsument potrafi kierować się nie tylko ceną, a myśleniem długofalowym. Zdaje on sobie sprawę, że tak, jak pasożyt czy wirus nie może wyssać żywiciela zbyt skutecznie, bo sam zginie (proszę prześledzić historię zbierających najobfitsze żniwa pandemij i zauważyć, jak bardzo nagle one ustępowały!), tak samo i konsument, który będzie żyłował każdy grosz, może doprowadzić przedsięwzięcie do stanu nieopłacalności.


To jest zbawienne, jeśli istnieje sensowna konkurencja. Tak się jednak składa, że wszystkie „detektywopodobne” czasopisma na rynku to nieudolne naśladownictwo stojące o kilka klas niżej w jakości, przynajmniej dla mnie. Dlatego mnie nie zależy, żeby utrzymało się coś. Mnie zależy, żeby utrzymał się „Detektyw”.

I dlatego jestem skłonny zapłacić nieco drożej i kupić standardowym kanałem dystrybucji. Oczywiście: istnieje pewna granica, powyżej której nie będę płacił za to pismo.

Proszę zauważyć, że abstrahuję zupełnie od etycznej, moralnej czy prawnej strony tego typu postępowania, jak również alternatyw. One są, oczywiście, bardzo ważnym czynnikiem, w oparciu o który człowiek podejmuje decyzję, ale mają moim zdaniem niezbyt wielki wpływ, jeśli celem jest skutek, o którym piszę.

Akurat niedawno Wikipedia zaczęła prosić swoich użytkowników o datki. Nie ma w tym nic dziwnego ani zdrożnego. Pojawiły się natomiast w sieci komentarze, w tym sugerujące, że państwa powinny dotować tego typu projekt.

Oczywiście niczego nie dotowaliby państwa tylko podatnicy. I właściwie na tym można zakończyć analizę: wysokość dotacji nie zależy ani od woli dotującego, ani od tego, czy i w jakim stopniu korzysta on z zasobów Wiki. Zależy od widzimisię urzędników. Nie ma żadnej weryfikacji rynkowej. Co gorsza, istnieje bardzo duże ryzyko, że następnym krokiem byłaby państwowa kontrola treści. Co prawda rynek na pewno by na to odpowiedział alternatywną, pozapaństwową wersją internetowej encyklopedii, która z czasem stałaby się lepsza od oryginału. Po odpowiednio długim czasie do tego stopnia, że i ona zostałaby przejęta przez państwa.

Tylko że taka kołomyjka marnuje zasoby i czas, które mogłyby być przeznaczone na rozwój jednego, dobrego projektu, któremu póki co żadne państwo nie przeszkadza, dzięki czemu może on dostarczać wysoką jakość.

Jak wysoką i jak potrzebną? Ocenienie i rynkową weryfikację tego właśnie zaproponowano użytkownikom. Oni powinni to zrobić i myślę, że to zrobią, weryfikując Wikipedię pozytywnie. Szkoda tylko, że nie dali opcji dotowania BitCoinem (choć, z drugiej strony, ja ją dałem na swoim blogu i nikt z niej nie korzysta).

Tak czy inaczej, Wikipedia i „Detektyw” mają pewne cechy wspólne. Dostarczają treści, które oceniam jako wysokojakościowe. Nie są mi dostarczane przez państwo. Jestem przekonany, że powyższe dwie cechy są silnie związane ze sobą.


I niech tak pozostanie.

Do napisania. Miłego weekendu!

 

3 myśli nt. „Po co kupuję „Detektywa”?”

  1. Odsprzedaż przeczytanych gazet jest nielegalna??
    Na jakiej zasadzie? Na mocy jakiego prawa?
    Osobiście w to wątpię – o ile ganianie za ulicznymi sprzedawcami pewnie nie jest warte zachodu, to za tymi z np. Allegro jest znacznie prędzej. Na Allegro jest sprzedawanych mnóstwo używanych książek i gazet, część z nich przez firmy w ramach normalnej działalności gospodarczej. O ile samo stwierdzenie „wszyscy tak robią” jeszcze niczego nie dowodzi, o tyle dopisanie „i nikt ich prawnie nie ściga, ściganiem nie grozi, ani nawet publicznie nie protestuje w obronie swoich praw” już bardziej.
    Jak właściwie brzmi to ostrzeżenie wydawcy „Detektywa”?

    1. Według Wydawcy odsprzedaż jest legalna, ale tylko po cenie uwidocznionej na okładce (żeby nie opłacało się unikać kupowania dzisiaj dla zaoszczędzenia kilku złotych na kupieniu później). Dokładna treść:

      Wydawca miesięcznika „Detektyw” ostrzega, że bezumowna sprzedaż aktualnych i archiwalnych numerów miesięcznika po innej cenie niż ustalona przez Wydawcę jest działaniem nielegalnym i skutkuje odpowiedzialnością karną.

  2. Dziwne, bo to chyba podpada pod jakąś ustawę o zakazie stosowania cen minimalnych? Nawet jeśli to zastrzeżenie nie jest nielegalne, to z pewnością jest nieskuteczne – wątpię, żeby prawo mi zakazywało hurtowej sprzedaży mojej kolekcji starych Detektywów w internecie po tej złotówce za sztukę.
    Z odpowiedzialnością karną to jakaś jawna ściema dla naiwnych, a nawet odpowiedzialność cywilna jest moim zdaniem nieprawdopodobna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *