Podnoszenie dolarum

Dobry wieczór.

Wiedzą Państwo, co to jest „podnoszenie dolarum”? Zapewne nie, bo właśnie wymyśliłem ten zwrot. Otóż jest to podnoszenie larum dlatego, że ktoś na czymś zarobił.


Rzuciło mi się niedawno w oczy kilka artykułów na ten sam temat: handlu ludzkimi organami i narządami. Oczywiście wszystkie pisane na jedno kopyto. Oszczędzę Państwu (i sobie, bo z jakiegoś powodu „zgubiłem” je z historii przeglądarki) szukania: najpierw podaje się kilka przykładów ludzi, na ogół z Bliskiego Wschodu i Afryki, którzy pod wpływem przymusu ekonomicznego sprzedają nerkę. Stawka wynosi kilka tysięcy dolarów amerykańskich na poziomie obietnicy, płatność po wynosi kilkaset w porywach do tysiąca (w miejscach, gdzie żyje się za dolara dziennie), niekiedy pobiera się narządy od martwych, niekiedy porywa się ludzi. Oczywiście wszystko to nie po to, żeby kolekcjonować sobie narządy, tylko dlatego, że ktoś potrzebuje przeszczepu i płaci duże pieniądze.

Wszystko to przeplatane jest częstymi przypominaniami, że handel narządami ludzkimi jest nielegalny (wierzę na słowo, że w Pakistanie również), i wymowa jest naturalnie jedna: pełny oburzenia głos na ten proceder.

No to teraz poczytają Państwo głosu nieoburzonego. Owszem, praktyka porywania jest najwyższej kary godna. Na nieco niższą, ale również surową karę zasługuje oszustwo, czyli płacenie znacznie niższej stawki niż obiecana. Dyskusyjne jest sprzedawanie narządów pobranych od zmarłych. I tutaj kończy się moje oburzenie.

Tak w ogóle, to proszę zgadnąć, o co się taki człowiek-postępowiec oburza? O to, że komuś wycięto nerkę, żeby przeszczepić komuś innemu? Bzdura: Przemysław Saleta został bohaterem, a gromy nie sypały się jakoś ani na głowę jego córki, która dostała nerkę, ani na głowy lekarzy, którzy ją przeszczepili. To może na to, że pobrany fragment ludzkiego ciała służy obcej osobie? Też bzdura: słyszał kto, żeby rzucano gromy na honorowych dawców krwi?

Otóż gromy rzucane są na to, że ktoś śmiał na tym zarobić. Dawca organów, ale jeszcze więcej pośrednik. A to, że przy okazji uratował czyjeś życie, nie ma znaczenia jest czynnikiem obciążającym. Przecież gdyby zarabiał na handlu kartoflami, a nie ludzkimi nerkami, nikt by takich gromów nie ciskał, prawda? Ale żeby zarabiać na ratowaniu ludzi, to już hańba. No pewnie, bo lepiej, żeby jeden z drugim umarli z głodu lub z braku zdrowej nerki! Tylko dlatego, że ktoś, kogo motywują dolary, nie będzie miał motywacji, żeby skontaktować jednego z drugim.


Pojawiają się głosy, że takie operacje wykonuje się bez zachowania odpowiednich standardów; zarówno pobranie, jak i wszczepienie narządu. I co, za przeproszeniem, z tego? A niech nawet i biorca, i dawca umrą po pięciu latach. Biorca zyska kilka lat życia, a dawca być może też. Dolar dziennie to głodowa stawka, tysiąc dolarów za nerkę potrafi ją podwoić na trzy lata.

Co słyszę? Że trzeba tym ludziom stworzyć lepsze warunki życia, żeby żyli za kilka dolarów dziennie, zamiast „zmuszać” ich do oddawania nerek? Nikt ich do niczego nie zmusza (przypominam: temat porwań zakończyłem zgadzając się z atakami na uprawiających ten proceder), ale jeśli jesteście tacy mądrzy i tacy dobroduszni, to nie gadajcie tyle, tylko te warunki stwórzcie! Dopóki pieniądze na ten cel nie będą pochodziły z rabunku (w tym: z podatków), macie moje poparcie. A jak dacie numer portfela bitcoin, to i kawałek bitcoina na ten szczytny cel. Tylko pomyślcie może, że zanim stworzycie te warunki, dawca nerki może umrzeć z głodu. Z dnia na dzień Wam się nie uda. A jak już Wam się uda, to pomyślcie, że mogliście się przyczynić do śmierci niedoszłego biorcy. Biorcy, który musi być osobą majętną, żeby było go stać na taki zabieg, zatem najprawdopodobniej wytwarza swoją pracą i swoim istnieniem więcej pożytków, niż każdy z tych potencjalnych dawców, którym musieliście aż pięciokrotnie podnosić poziom życia, żeby byli w stanie cokolwiek odkładać ponad konsumpcję. Może nawet kilkutysięczna wioska potrafi odłożyć w ten sposób tyle, co biorca w tym samym czasie. Gratuluję!

I przypominam człowiekom-egalitarystom, że tak się właśnie zarabia i oszczędza: zarabia się będąc pożytecznym dla innych, a oszczędza się dzięki temu, że nasza pożyteczność dla innych przekracza pożyteczność innych, jaką skonsumowaliśmy.

Już? Zarobiłem na wystarczającego hejta od człowieka-lewaka?


To teraz będzie ciekawiej. Transplantologowie na całym świecie biją na alarm, że jest za mało dawców, w związku z czym jest za mało organów i ludzie umierają, bezskutecznie czekając na „części zamienne”. Tych umierających jest bardzo dużo w porównaniu z tymi, którym udaje się doczekać przeszczepu. Współwinni temu są ludzie, którzy zakazują handlu ludzkimi narządami.

Powiedzmy to wprost: nikt nie wybiera sobie choroby nerek czy białaczki. Ludzie na to chorują z różnych przyczyn, często będących pochodną ich świadomych wyborów i stylu życia, ale nikt na to nie zapada celowo, nikt nie kreuje na to popytu. Za to ci, którzy zakazują handlu, doprowadzają do tego, że ludziom potrzebującym trudniej jest dostać narząd do przeszczepu.

Po pierwsze: bo spada podaż. Oddają ci, którzy chcą oddać za darmo, i ci, którzy są gotowi ponieść ryzyko nielegalnej sprzedaży, która w związku z tym odbywa się w chałupniczych warunkach. Nie oddają natomiast ci, którzy nie chcieliby oddać za darmo, ale chcieliby to zrobić legalnie, bez ryzyka pobrania w niewłaściwych warunkach albo ścigania ich przez fiskusa, żeby powiedzieli, skąd nagle mają na nowy wóz. No i nie oddają ci, którzy są gotowi zaryzykować, ale nie trafią na równie ryzykanckiego handlarza.

Po drugie: bo rosną ceny. Nie tylko dlatego, że spada podaż, ale też dlatego, że każdy uczestnik procederu mnoży swój normalny zarobek przez marżę wynikającą z podejmowanego ryzyka, że jak wpadnie, trafi za kratki. Jak nie wierzycie, to poszukajcie w Internecie, ile kosztują nielegalne narkotyki, a ile te same narkotyki tam, gdzie są legalne. Narządami rządzą prawa tej samej ekonomii.

Efekt jest taki, że wielu potrzebujących nie stać na nową nerkę, a ci, których stać, a którzy nie mają pierwszeństwa do „darmowego” przeszczepu według absolutnie nierynkowych kryteriów ustalonych przez facetów w garniturkach po kilkanaście tysięcy dolców sztuka, muszą się godzić na przeprowadzenie operacji w gorszych warunkach. Niezależnie od tego, ile byliby w stanie zapłacić za lepsze.

Zaraz usłyszę głosy, że gdyby tym handlowano, to ludzi też nie byłoby stać na nerki, bo wszyscy zaczęliby sprzedawać. Po pierwsze, nie sądzę, żeby Przemysław Saleta nagle sprzedał swoją nerkę córce, gdyby to było legalne. Po drugie, i znacznie ważniejsze, to jest nonsens: jeśli ludzi stać teraz, gdy ceny są zawyżone przez idiotyczne zakazy, to tym więcej ludzi byłoby stać, gdyby cały proceder był legalny, w związku z czym operacje byłyby znacznie tańsze. W najgorszym przypadku okazałoby się, że stać innych ludzi, niż ci, którzy dzisiaj mają refundowane te zabiegi. To co, lepiej pozwolić umrzeć większej liczbie ludzi tylko po to, żeby kryterium przeżywalności nie była zasobność portfela? Na tym polega budowanie ustroju opartego na fundamencie, że „życie ludzkie jest najwyższą wartością”?!

Jak bardzo trzeba nienawidzić faktu, że ktoś jest bardziej zaradny od nas, nienawidzić zarabiania na łączeniu ze sobą ludzi, z których każdy ma w nadmiarze coś, czego drugi bardzo potrzebuje, żeby tego zakazywać, gdy na szali leży ludzkie życie? Życie, które można uratować, a przynajmniej dać nadzieję na przedłużenie?

Gdzie leży granica odczłowieczenia, do jakiego może popchnąć nienawiść do cudzego zarabiabia?


Już wiem: trzeba napisać drugą ustawę, zmuszającą do kojarzenia ze sobą takich ludzi za darmo.

A potem dla pewności trzecią: nakazującą przestrzeganie tej drugiej.

Do napisania za niecały tydzień. Miłego weekendu!

Jedna myśl nt. „Podnoszenie dolarum”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *