Post votem

Dobry wieczór.

Zacznę od smutnej wiadomości: zmarł ojciec Pawła Kukiza. Z tego powodu postaram się nie pisać prawie niczego, co ocenia kampanię Pawła Kukiza lub jego samego, ponieważ mając poparcie ponad jednej piątej głosujących człowiek stoi już w pozycji, w której na publicznie wyrażone zdanie na własny temat (przychylne lub nie) wypada jakoś reagować, a nie godzi się wymagać reakcji politycznej od kogoś, kogo dotknęło takie nieszczęście. Złożę tylko Panu Kukizowi szczere kondolencje.


Pisanie w piątki niesie za sobą różne konsekwencje, zwłaszcza w kontekście komentowania wyborów, które zwykle są w niedziele. Na ogół przez Internet zdąży się już do tego czasu przetoczyć fala komentarzy, przez co z jednej strony mogę mieć świeże spojrzenie i pewność, że różni się ono od spojrzeń innych ludzi, ale z drugiej strony ktoś może mieć to samo spojrzenie i napisać o nim dzień czy dwa wcześniej.

Samych wyników komentować w tej chwili nie będę, bo dla mnie znacznie bardziej interesujące jest to, co się stało po wyborach. A właściwie: co się dzieje.

Najprościej byłoby przyjąć, że od niespodziewanej porażki Bronisław Komorowski, a wraz z nim cała Platforma Obywatelska oraz mainstream, zaczęli panikować. Stąd seria niewyobrażalnie głupich ruchów, sprawiających wrażenie kompletnie nieprzemyślanych i doraźnych. Wytłumaczyć to można prosto za pomocą metafory,  być może zbyt dosłownej: gdyby dowolne zwierzę (czy człowiek) zaczęło czuć, że pali mu się dupa, to też popadłoby w szaleńcze drgawki przypominające taniec świętego Wita. Dla każdego zaś z zewnątrz (zwłaszcza gdyby nie widział wydobywających się z sempiterny płomieni) całość sprawiałaby wrażenie spontanicznego, źle prowadzonego show, bez pomysłu, a co więcej: bez wyraźnego celu.

A Andrzej Duda? Konsekwentnie realizuje strategię, wymyśloną przez jakiegoś geniusza, a sprowadzającą się w gruncie rzeczy do bardzo prostych środków: uciszenia na czas kampanii Jarosława Kaczyńskiego, Antoniego Macierewicza, Krystyny Pawłowicz i im podobnych, oraz nie dopuszczenia, żeby Andrzej Duda poszedł retorycznie w ich ślady. Efekty niewyparzonej gęby kandydata pokazał Janusz Korwin-Mikke, efekty niewyparzonej gęby otoczenia kandydata widać na przykładzie Stefana Niesiołowskiego, a sytuacja jest taka, że strategia zwyczajnego unikania denerwowania ludzi może być wystarczająca do zwycięstwa. Tylko poczekać i zacząć patrzeć, jak Prawo i Sprawiedliwość wraca do władzy, wspinając się na wyżyny, a Platforma Obywatelska odchodzi w niebyt.

A ja twierdzę, że to by było za proste. W notce „W oparach demokracji” pisałem, że PiS i PO grają tak naprawdę do jednej bramki. Podtrzymuję to zdanie. Obie partie już dawno nie mają swoim wyborcom nic sensownego do zaoferowania, więc budują swoją siłę na tym, na czym mogą. A możliwość pozostaje właściwie jedna: przedstawianie tych drugich w roli partii rządzącej jako apokaliptycznej wizji i jednocześnie siebie jako jedynej alternatywy. Motorem napędowym PiS jest elektorat negatywny PO i na odwrót. Dlatego prawdziwym zagrożeniem do tej pory było tylko to, że ludzie się w tym połapią. Ponieważ mamy demokrację, nie było to realne zagrożenie: wystarczyło wiarygodnie udawać, że partie te są ze sobą skłócone. Nie było to trudne zadanie i odpowiedni ludzie z obu partii, ze wsparciem usłużnych mediów, poradzili sobie z tym.


Ale nagle pojawił się Kukiz: człowiek jednego postulatu, który jest zbyt słabo zrozumiały, żeby wywołać kontrowersje. Człowiek, który karierę zawodową zrobił na estradzie, porywając za sobą tłumy. Człowiek spoza polityki, z którego podczas debat przebijała nieporadność, ale za tą nieporadnością wyczuwało się szczerość. A jednocześnie niewypowiadający ani jednego zdania, które jednoznacznie stawiałoby go po którejś stronie w jakiejś kontrowersyjnej kwestii.

Krótko pisząc: idealny, naturalny zbiornik na ogólnie pojęty negatywny elektorat.

Można byłoby powiedzieć, że to taka inkarnacja Palikota sprzed kilku lat, ale nagle Kukiz zdobył ponad 20 procent głosów – rzecz bez precedensu, jak na trzecie miejsce w wyborach prezydenckich przy niemalże zduopolizowanej scenie politycznej w parlamencie, i to nawet na skalę świata. Zapewne też rozdzwoniły się telefony w obu sztabach i nagle PiS i PO odkryły, że to nie jest przybudówka żadnej z tych partii, mająca – wzorem Palikota – udawać „antysystemową”.

A więc zagrożenie. Co z tym można zrobić? Zareagować. Jak?


Przypominam hipotezę: PiS i PO to zakulisowi sojusznicy. Celem jest jak największe łączne poparcie, dwie trzecie minimum. Jednocześnie Platforma Obywatelska ma ostatnio złą prasę. Wydaje się, że nic nie może uratować jej prowadzenia w tym wyścigu, nawet jeśli strategia PiS i PO uprzednio to zakładała. Trzeba więc po pierwsze: stracić możliwie mało, a po drugie: możliwie dużą część straty skierować na PiS. Miotanie się Komorowskiego i jego ekipy od ściany do ściany, od referendum w sprawie JOW do obiecywanej przez premier Ewę Kopacz i ministra finansów Michała Szczurka, przyjaznej dla obywatela reformy systemu podatkowego, gdy jeszcze parę tygodni temu słyszeliśmy z ust tych samych ludzi, że to niemożliwe albo zbyt kosztowne z jednej strony, a jednocześnie nierobienie niczego głupiego przez przyglądającego się temu z pozornym spokojem Andrzeja Dudę z drugiej strony – to narzucający się sposób realizacji tej strategii. Tym bardziej, że czasu jest mało: raptem dwa tygodnie między turami i kilka miesięcy do wyborów parlamentarnych.

Ktoś mógłby zapytać, o co chodzi z tym czasem między turami? Przecież z punktu widzenia hipotetycznej, zakulisowej koalicji nic się nie stało. Do drugiej tury awansowali Duda i Komorowski, prezydentem zostanie któryś z nich. To prawda, ale mimo wszystko jest coś jeszcze do ugrania.

Nie wiem, czy Państwo zauważyli, ale aż do dziś rano w mediach nie pojawiały się (albo przynajmniej: nie pojawiały się zbyt głośno) żadne sondaże dotyczące wyników drugiej tury. Pojawiały się za to sondaże dotyczące wyników wyborów parlamentarnych, które dopiero za kilka miesięcy, w dodatku uwzględniające dwie partie, które jeszcze nawet nie istnieją, i dające tym partiom łącznie 30% poparcia.

Pytanie za sto punktów brzmi: dlaczego?

A oto najbardziej prawdopodobna, moim zdaniem, odpowiedź: po to, żeby ludzie poszli do urn. Oficjalne wyniki potwierdziły wygraną Andrzeja Dudy w pierwszej turze, ale różnica wyniosła raptem 0,99 punktu procentowego. To bardzo mało w kontekście drugiej tury. Akurat tyle, żeby wyzwalać w ludziach mobilizację, by pójść do urn, bo a nuż ten głos okaże się ważny? Brak sondaży tylko tę mobilizację potęguje. Może spadło do 0,01%? Może Komorowski już prowadzi? Może różnice są niewykrywalne sondażowo? Al Gore przegrał z George’m Bushem pięcioma głosami…

Idealna recepta na zwiększenie frekwencji. A jaki będzie efekt tego, że wyniesie ona, powiedzmy, 65% zamiast zwyczajowych 45-50%? Ano taki, że między wierszami zarówno partia zwycięzcy, jak i pokonanego, będzie mogła powiedzieć, że najwięcej ludzi poszło do urn wybierać między Dudą a Komorowskim, a to oznacza, że niezależnie od zawirowań znaczna większość Polaków ufa PiS-owi, albo PO, więc nie ma co zmieniać, tylko kontynuujemy, co trwa od 2005. I doświadczeni pijarowcy podołają temu zadaniu.

A ordynację mamy, niestety, taką, że na kartach do głosowania nie ma pozycji „głos przeciwko Dudzie” i „głos przeciwko Komorowskiemu”. Karta przekłada się na głos, wyciszając powód jego oddania. Jeśli rzeczywiście pójdzie 65% ludzi, to większość nadwyżki nad niecałymi 49% z pierwszej tury będzie stanowić negatywny elektorat kandydata, przeciwko któremu zagłosuje. Z tych 49% jedna trzecia zagłosuje też bez przekonania: w końcu mając do wyboru kogoś jeszcze nie powiedzieli „tak” ani Dudzie, ani Komorowskiemu. Wysoka frekwencja będzie tak naprawdę wyrazem niezadowolenia zarówno z PiS, jak i z PO.

Tyle tylko, że to PiS i PO będą trzymać w ręku mikrofony.


I o to, moim zdaniem, chodzi z rozgrywaniem przez Dudę i Komorowskiego niespodziewanego wyniku Pawła Kukiza (który, na marginesie, fantastycznie rozgrywa swoją kartę, jak do tej pory: zaproszenie na debatę, którą sam poprowadzi, było mistrzowskim posunięciem).

Przypominam o konkursie.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *