Prawa zwierząt

Dobry wieczór.

Zacznę, jak to mi się często zdarza, nie w temacie, bo i mój pogląd na kwestię praw zwierząt to tylko – albo aż – implikacja nieco bardziej fundamentalnej tezy.


Jak Czytelnicy niniejszego bloga zapewne wiedzą, jestem libertarianinem. Ale libertarianizm (podobnie jak socjalizm, komunizm, feminizm, rasizm, nacjonalizm i każda właściwie ideologia) ma różne oblicza. Część z tych różnic bierze się ze źródeł stojących u podstaw tego, że dany człowiek jest zwolennikiem danej ideologii, a źródła te na ogół są jakąś pochodną dwóch klas fundamentów: deontologicznego i konsekwencjonalistycznego.

Poparcie deontologiczne to takie, które bierze się z przeświadczenia o moralnej i etycznej słuszności założeń danej ideologii. W przypadku libertarianizmu: założenia o samowłasności (nie lubię terminu „samoposiadanie”: „posiadacz” to nie to samo, co „właściciel”, gdy pod groźbą pistoletu nakazałbym komuś napisanie sprayem na ścianie „RAFAŁ KOCHA IGĘ”, to ja zachowywałbym się jak właściciel ściany, sprayu, a także ciała przymuszonego człowieka, choć on byłby ich posiadaczem; w tym ujęciu państwo, dowolnie ograniczając wolność, nie narusza samoposiadania, dopóki nie powoduje, że przestajemy mieć fizyczne władztwo nad naszymi ciałami) i aksjomatu o nieagresji.

Z kolei poparcie konsekwencjonalistyczne cechuje się tym, że jego źródłem jest przekonanie o słuszności efektów wdrożenia ustroju opartego na takich czy innych zasadach. Na przykład: ludzie przestaną być biedni, przestaną kłuć w oczy innych swoim bogactwem, będą się nawzajem traktować jednakowo, itd. (to, oczywiście, nie jest libertariański konsekwencjonalizm!).

Generalnie te podejścia są dychotomiczne. Oczywiście: trudno jest na poziomie etycznym popierać założenia, które prowadzą do niemoralnych skutków, ale nikt normalny tego świadomie nie robi. Powodem jest albo brak wiedzy lub wiary w negatywne skutki przyjęcia danych założeń, albo własna ocena etyczna, w myśl której skutki zasadniczo oceniane jako złe są przez kogoś oceniane jako dobre, albo przekonanie, że nie żyjemy w idealnym świecie, a opisane skutki to najmniejsze możliwe zło. To ostatnie jest ważne, bo zaraz napiszę o większym i mniejszym źle.

A właściwie teraz o tym napiszę. Prawie każdy, kto usiłuje przekonywać innych do swoich racji z pozycji deontologicznych, prędzej czy później jest stawiany przed hipotetyczną sytuacją, w której te jedynie słuszne moralnie założenia prowadzą do na wskroś niemoralnych efektów. Czy to moment, żeby zgodnie z biblijną maksymą „po owocach ich poznacie” wycofać się z tezy o słuszności założeń i przyjąć inne lub przejść na konsekwencjonalizm?

Odpowiadam: w żadnym wypadku!

Skąd w ogóle o tym wiem? Z opowieści znajomych libertarian deontologicznych i z własnych doświadczeń, bowiem jestem libertarianinem skrajnie deontologicznym. Popieram libertarianizm, ponieważ uważam, że jego założenia są tak słuszne moralnie, że jestem z nimi na dobre i złe. Konsekwencje, rzecz jasna, ocenione moralnie.

Konsekwencjonalizm rodzi moim zdaniem zbyt wiele problemów. Najpoważniejszym jest to, że można wpaść w pułapkę skrajnie różnych ocen etycznych tej samej sytuacji. Jest to nieuniknione, jeśli człowiek zmienia horyzont czasowy, bo właściwie każda poważniejsza idea, konsekwentnie stosowana, przynosi inne efekty w perspektywie roku, inne w perspektywie dekady, a jeszcze inne w perspektywie wieku. Niekiedy wzajemnie sprzeczne, a wszystkie wpadające do jednego worka z napisem „konsekwencje”.


A drugim problemem jest to, że konsekwencjonalizm to tak naprawdę opieranie się na bardzo kruchych podstawach. Podważyć etykę na poziomie założeń u idealisty nie jest wcale tak prosto, ponieważ z założeniami się nie dyskutuje. Jeśli to naprawdę idealista, to właściwie są tylko dwie metody, zazwyczaj obie zawodne. Pierwsza polega na próbie wykazania wewnętrznej sprzeczności w etycznych założeniach oponenta, a druga polega na próbie wsypania w te tryby piasku w postaci innych założeń, sprzecznych z tymi fundamentalnymi, co do których mamy nadzieję, że oponent będzie się wzdragał przed ich zakwestionowaniem.

Często próbuję tego drugiego w dyskusji z deontologicznymi socjalistami, bo rzeczywiście zanegowanie tezy, że nie wolno ot, tak, bić drugiego człowieka, jeśli ten ani nas nie pobił, ani nam nic nie zabrał, ani nam nic nie zniszczył, itd., nie przychodzi większości ludzi łatwo. Ale gdy wyobrażą sobie przypadek brzegowy wewnątrz ich fundamentów, czyli bogacza, który nie chce nic dać biedakowi, któremu z żadnego powodu nie jest nic winien, ale któremu grozi śmierć głodowa, to są skłonni się zgodzić, że w tej wyjątkowej sytuacji wolno nawet pobić bogacza, jeśli będzie bronił swojej własności. Skoro dopuszczają wyjątek, to nie może to być fundament w sensie deontologicznym – a dopuszczają go właśnie z tego powodu, że jego dopuszczalność wynika z ich fundamentów.

Konsekwencjonaliście wystarczy natomiast pokazać przykład, gdy jego ustrój nie przynosi założonych efektów, najlepiej jakiś spektakularny, oraz zaproponować alternatywę. Dlatego taka postawa jest mniej stabilna, zwłaszcza jeśli jest podatna na spektakularne efekty. To, oczywiście, wygodne dla tych, którzy chcą konsekwencjonalistów przekonywać do swoich racji, w tym dla mnie. Ale niewygodne dla tych, którzy nie chcą być przekonani do racji oponenta, bo czują się już mocno okopani w swoich tezach, czyli też dla mnie.

Dlatego nie tylko nie jestem konsekwencjonalistą, ale też gdybym miał wybierać, to natychmiast odrzucam konsekwencjonalizm, który ocenia (a jeszcze częściej: porównuje) dwa systemy przez pryzmat najgorszej z rzeczy, do których mogą doprowadzić. Nie: konsekwencją decyzji nie jest tylko najgorsza z rzeczy, do których ona doprowadziła, ale też całe spektrum innych, mniej złych, albo niekiedy nawet całkiem dobrych rzeczy. Jedyny względnie mi bliski konsekwencjonalizm to taki, który ocenia całokształt realnych skutków lub wartość oczekiwaną takowego, jeśli pewne skutki następują z pewnym prawdopodobieństwem.


Dlatego ustrój X, który doprowadzi do tego, że jakiś czubek będzie mógł skonstruować w piwnicy bombę i wysadzić całą Ziemię w powietrze, w czym nikt mu nie przeszkodzi, a w którym scenariusz taki zachodzi z prawdopodobieństwem jeden do septyliarda, wcale nie musi być gorszy od ustroju Y, w którym prawdopodobieństwo zagłady wynosi zero. Bo istotne jest, co poza tym i z jakim prawdopodobieństwem oferują X i Y.

Oczywiście: może się okazać, że Y wypadnie lepiej. Może być tak, że z kimś się nie zgodzę, co lepsze, bo będziemy mieli różne fundamenty etyczne, co przełoży się na różną ocenę różnych działań. No i może być tak, że różnie oszacujemy prawdopodobieństwo, a także, że zupełnie różnie zrozumiemy wyniki, bo ludzki mózg generalnie nie jest za dobrze przystosowany do pojmowania, co właściwie w przełożeniu na świat rzeczywisty znaczą liczby, które mają za dużo zer, czy to po, czy przed przecinkiem. Septyliard to jedynka i czterdzieści pięć zer, mógłbym równie dobrze skreślić pięć lub dopisać pięć, a i tak drugi człowiek odbierze to jako „dużą liczbę”, i to pewnie „tak samo dużą” w każdym przypadku (albo małą, jeśli septyliard będzie w mianowniku). We wszystkich tych przypadkach będę przeciwnika szanował.

Gorzej, jeśli wyskoczy, że absolutnie nie X, bo w X jest możliwe coś strasznego, a w Y nie jest (tak naprawdę: też jest możliwe, bo zawsze trzeba brać trudną do oszacowania poprawkę na to, że ludzie, którzy nie będą chcieli zachowywać się zgodnie z założeniami ustroju, okażą się na tyle liczni, silni, sprytni, lub obdarzeni kombinacją tych cech, że założenia okażą się niemożliwe do realizacji w praktyce).

No dobrze, to teraz możemy wrócić do praw zwierząt. Jestem absolutnie przeciwny istnieniu takiego czegoś w normach, jak jakiekolwiek prawa podmiotowe nadawane zwierzętom. Samowłasność może (moim zdaniem) przysługiwać jedynie jednostce samoświadomej oraz zdolnej ponosić odpowiedzialność za swoje czyny w sensie kulturowym. Dzieci mają ją w szczątkowym stopniu, nabywając jej wraz z rozwojem, przy czym ponieważ ogromna większość z nich osiąga prędzej czy później pełnię samowłasności, wystarcza mi to, żebym uznał, że każde zasługuje na kredyt zaufania w tej kwestii na poziomie doktrynalnym. Uznałbym również takie prawo dla szympansa czy orangutana, gdyby w jakiś sposób wykazały (właściwie w tej sytuacji to już „wykazali”) zdolność kulturowego ponoszenia odpowiedzialności za łamanie aksjomatu nieagresji. Ale ponieważ to się nie zdarza, zakładam, że byłyby to wyjątki od reguły.

Wspominam zaś o tym przy tej okazji, ponieważ multum libertarian jest zwolennikami praw zwierząt w takiej czy innej formie i patrząc po samych argumentach, jakimi nie tyle bronią swojej tezy, co usiłują zaatakować moją, widać, że nie tylko są to konsekwencjonaliści, ale też, że można zakwestionować często ich libertarianizm. W każdym razie trudno znaleźć jakiś fundament etyczny u kogoś, kto uważa, że niektórym zwierzętom należy się ochrona przed katowaniem jak ludziom ze względu na kryterium odczuwania bólu, ale jednocześnie dopuszczają humanitarne zabijanie zwierząt rzeźnych w celach konsumpcyjnych przy zachowaniu całkowitego sprzeciwu wobec kanibalizmu.

Pominę tutaj większość wyświechtanych argumentów i ripost z obu stron; kto chce, to sobie znajdzie w Internecie. Tak samo, jak pominę cały długi wywód, dlaczego właściwie jestem przeciwko podmiotowym prawom dla zwierząt, bo to, wbrew tytułowi, temat na kiedy indziej.

Ale o jednej ripoście muszę wspomnieć, bo jest doskonała dla zrozumienia mojego podejścia, a być może da do myślenia niektórym libertarianom. Otóż prawie zawsze w tego typu rozmowie pojawia się prędzej czy później wątek dorosłego człowieka z mocno uszkodzonym mózgiem, który wegetuje jak roślina na poziomie umysłowym i nijak nie jest w stanie ponosić żadnej odpowiedzialności za swoje czyny w sensie kulturowo-cywilizacyjnym, ale fizycznie jest wystarczająco sprawny, by móc krzywdzić innych ludzi. I, oczywiście, pytanie, co z jego samowłasnością (czy samoposiadaniem, bo nikt poza mną nie używa słowa „samowłasność”).

Nie wnikam, czy tego typu uszkodzenie mózgu jest możliwe, bo nie o to chodzi. Załóżmy, że tak. Cóż, nie spełnia fundamentalnej części mojej definicji. Deontologiczne podejście nakazuje mi stwierdzić, że samowłasność mu nie przysługuje, logicznie więc dokładając resztę moich przemyśleń, nie przysługują mu prawa podmiotowe (tak przecież uzasadniałem brak praw podmiotowych dla zwierząt: brakiem samowłasności), zatem może być zawłaszczony przez innego człowieka ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Zatrzymuję się tutaj na chwilę, rzecz jasna, bo jest to naturalne: jedynie słuszne moralnie fundamenty doprowadziły mnie do odrażającego etycznie wniosku. Bo wniosek, że ktoś może chorego człowieka wziąć jak zabawkę i zrobić z nim wszystko, co zechce, jest etycznie odrażający. Niemniej: deontologia, a jeśli już konsekwencjonalizm (przypięty zresztą do deontologii: przypominam fragment o dochodzeniu z etycznych założeń do nieetycznych tez), to całościowy. Ile będzie takich przypadków? W jakiej części z nich ktoś faktycznie zawłaszczy takiego kogoś i jaka część zawłaszczających zrobi to w złej wierze?

A jak poważne będą sumaryczne konsekwencje wprowadzenia i egzekwowania takiego przypadku jako wyjątku od fundamentalnych reguł?

Proszę się przy tym nie łudzić, że ten wyjątek będzie jedyny. Jeśli się wprowadzi ten, to zaraz znajdą się inne. Koszta będą rosły, proszę konsekwencjonalistów, przy czym wszystkie będzie można podciągnąć pod koszta pierwszego wyjątku, który uczynił wyłom. Bo póki nie ma wyłomu, nie ma takiej motywacji do szukania innych przypadków.

Można mieć inny zestaw fundamentów ocenianych jako etyczne niż etyka libertariańska. Można nawet podważać fundamenty etyki libertariańskiej, jako sprzeczne z tymi innymi fundamentami. Można je podważać z pozycji konsekwencjonalistycznych, podając przykłady sytuacji, w której brak naruszenia samowłasności przynosi potencjalnie duże szkody o nieakademicko sporym prawdopodobieństwie (przykład: szczepienia).


Nie zgodzę się z żadnym z powyższych, ale zostawia to manewr na sensowną, kulturalną i merytoryczną dyskusję. Natomiast dyskutowanie o skrajnych przypadkach, które zdarzą się wyjątkowo rzadko w porównaniu ze skalą tego, co trzeba by zrobić, żeby im zapobiec, nie jest ani sensowne, ani merytoryczne – co jako przykry efekt uboczny niesie za sobą również dość szybkie obniżenie poziomu kultury. Przypadki akademickie są dobre do rozważań w drugą stronę: do pokazywania szkodliwości rozwiązań, które i bez tego generują więcej kosztów niż korzyści, czyli generalnie regulacji. Brak regulacji jest zawsze tańszy niż regulacja, prostsza regulacja jest zawsze tańsza niż bardziej złożona, dlatego skutki niewdrożenia czegoś bardziej skomplikowanego i drogiego jako mimo wszystko gorsze od wdrożenia tego czegoś trzeba pokazywać na bardziej prawdopodobnych przykładach niż to, że ktoś sobie kupi gromadkę anencefalików, żeby sobie nimi pograć w Angry Birds.

Aha, do P.T. Komentatorów: kawał, że Skorpion nie popiera praw zwierząt, śmieszył przez pierwsze trzy razy. Spóźniliście się.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Jedna myśl nt. „Prawa zwierząt”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *