RAZ, a dobrze

Dobry wieczór.

Cotygodniowy felietonista nie ma łatwego życia. Bywają tygodnie, że wieje nudą, i wtedy po prostu porusza się temat ogólny, a bywają tygodnie takie, jak mijający, gdzie właściwie nie wiadomo, co komentować najpierw.

Po dłuższym namyśle zdecydowałem się napisać przede wszystkim o głośnej wypowiedzi Rafała A. Ziemkiewicza z ostatniego tygodnia. Pod koniec notki, nieco krócej skomentuję również inne tematy: wylewanie piwa Ciechan, pierwsze kroki rządu Ewy Kopacz (a zwłaszcza niezbyt mądrą reakcję na całkiem sensowne reakcje na te kroki) oraz przebłysk geniuszu Radomira Szumełdy, który znalazł przyczynę emigracji Polaków. Kto nie chce czytać o RAZ-ie, niech klika.


Na Rafała Ziemkiewicza rzuciły się ostatnio, dość zgodnym chórem, przedstawiciele lewicowych środowisk i postępowych mediów. Nic dziwnego: facet sporo wie i przynajmniej połowa z rzeczy, które mówi, jest rozsądna. Taki ktoś nie bywa lubiany przez postępowców.

Tym razem poszło o jego tweeta. Tego. I Lewica zawyła z oburzenia, że Ziemkiewicz popiera gwałcenie.

Jak czytam tego typu rzeczy, to mam wrażenie, że Lewica wszędzie widzi seks. Przy czym pobożna Lewica, typu Prawo i Sprawiedliwość, chciałaby go reglamentować, nawet jeśli chodzi o osły w zoo, a bezbożna Lewica, typu Tok FM, chciałaby spisać sztywne reguły, co wolno, a czego nie wolno, a potem wedle tych reguł: jak nie wolno, to wsadzać do więzień, nawet jeśli nikomu to nie przeszkadzało, a jak wolno, to dodatkowo chwalić się tym publicznie, nawet gdyby przeszkadzało to wszystkim. Wyjątek: jeśli seks jest normalny, tzn. taki, z którego mogą być zdrowe dzieci, to tego nie zakazujemy, ale chwalenie się tym to już zaściankowość i wsteczniactwo.

A ja sobie czytam tweeta Rafała Ziemkiewicza i w żadnym miejscu nie widzę seksu. Wykorzystać ludzi, w tym nietrzeźwych, można na wiele sposobów: wyłudzić od nich piwo, pójście po piwo, przekonać ich, żeby zostali w ZUS, czytali „Gazetę Wyborczą”, słuchali Tok FM czy zagłosowali na Joannę Erbel – i każda z tych rzeczy, pomijając przykłady z piwem, jest moralnie znacznie ohydniejsza od wykorzystania o charakterze seksualnym. Ale żadna z nich nie ma charakteru seksualnego, mimo dymania nas przez ZUS, mimo pierdolenia przez

Za to każda z nich pasuje do tweeta Ziemkiewicza. Seksualność wykorzystania dopisali mu jego oponenci.

I teraz każą mu się z tego tłumaczyć. Nie z tego, co napisał, tylko z tego, co oni mu w swoich imaginacjach dopisali.

Może najpierw niech sami się wytłumaczą ze swojego kompleksu Edypa? Że co, że go nie mają? Ja sobie dośpiewałem, że mają, do tego wszystkiego, co oni napisali…

A serio, polecam ku przestrodze ten cytat.

Na marginesie tej sprawy warto zauważyć, że jakoś panuje przyzwolenie na wieszanie psów na ludziach, którzy skłonią pijanych do niekorzystnych dla nich decyzji. Na przykład seksualnych. Niby dorosły człowiek, powinien pić rozsądnie, rozważnie, powinien mieć świadomość konsekwencji, jakie niesie ze sobą przesadzenie z alkoholem, ale jednak jak przesadzi, to generalnie brzydko jest to wykorzystywać, należy się kimś takim zaopiekować, w ogóle potraktować raczej jak ofiarę alkoholu, z całą empatią należną ofiarom.

Normalne to? W dzisiejszych czasach być może. Ale jakoś dziwnie nie pasuje do tego, jak traktujemy identyczne upojenie się kierowcy. Wiem: pijany kierowca to potencjalny sprawca, a nie potencjalna ofiara swojego pijaństwa. Ale mimo wszystko trochę to zgrzyta.


A, zresztą czepiam się przesadnie. W porównaniu z tym, że żaden krytyk Ziemkiewicza nie wychwycił nawiązania literackiego, albo przynajmniej każdy udawał, że nie wychwycił, traktowanie pijaństwa to mały pikuś.

Co mi, panie, po Ciechanie?

Pewnie dużo pustych butelek. Bo co może być po hurtowym wylaniu piwa? No, może przesadziłem z tym „hurtowym”: skala bojkotu to trzy warszawskie knajpki pośledniej wielkości. Swoją drogą: ciekawy jestem, co oni zrobią z tymi butelkami? Albo co zrobili?

Intelektualnie oceniam tego typu bojkot jako głupotę, bo polega on na zniszczeniu dobra, wyprodukowanie którego kosztowało ludzki czas, wysiłek i zasoby. Oczywiście, nikomu nie zamierzam z tego powodu zakazywać takich  bojkotów. W końcu własność to między innymi prawo zniszczenia.

Ideologicznie jednak mi się on podoba (choć stoję w tej konkretnej kwestii po stronie Pana Jakubiaka), ponieważ poddaje wypowiedź weryfikacji rynku. Ciekawe jest to, że środowiska lewicowe tak w słuszność tej weryfikacji uwierzyły.

Oczywiście: dokładnie tak samo powinno się mieć prawo odmowy zatrudnienia pracownika ze względu na jego poglądy. Tutaj i tutaj chodzi przecież o zasadę: jeśli czyjeś poglądy są dla mnie niedopuszczalne, nie będę podejmować działań, w wyniku których zarabia nosiciel i głosiciel tych poglądów. Po cichu zapewne licząc na to samo, na co liczą przynajmniej niektórzy bojkotujący: że kiedyś zobaczą bojkotowanego, jak publicznie przeprasza za poglądy, po to tylko, żeby uniknąć śmierci głodowej.

Z tym że ja, jako właściciel firmy, próbowałbym doprowadzić do tego, żeby przepraszano mnie za głoszenie feminizmu. Na przykład.


Oczywiście: nic takiego nigdy nie nastąpi, bo rynek tak nie działa (chyba że państwo wprowadzi kretyńskie ustawy oraz terror, dzięki któremu je skutecznie wyegzekwuje). Sprzedaż Ciechana wzrośnie od nagłośnienia tej sprawy, i tak samo wzrosłyby akcje wywalonej przeze mnie na zbity ryj feministki, gdyby tylko sprawa stała się głośna (a trudno sobie w dobie Internetu wyobrazić niedopuszczenie do tego). Dokładnie z tych samych powodów, dla których rynek zaspokaja moją potrzebę, żebym miał bułkę, a nie zaspokoiłby potrzeby mojego sąsiada, żebym żadnej bułki nie miał – gdyby sąsiad takową zgłosił, rzecz jasna. Nawet gdyby nie było zakazu: po prostu zaspokojenie jego potrzeby jest tak kosztowne, że zabraknie mu na to środków. Jedynym środkiem mogłaby być ustawa.

Dlatego brak ograniczających wolność gospodarczą ustaw to znakomite narzędzie zapobiegające zaspokajaniu tego typu negatywnych (w sensie angielskiego „negative”, to nie jest ocena moralna, ale słowo „ujemnych” mi tu nie pasuje) potrzeb.

Ale najciekawsza była reakcja fiskusa, który sprawdzał, czyje piwo właściwie jest wylewane. I czy właściciel przypadkiem nie działa na niekorzyść swojej własnej firmy. Bo państwo co prawda nie kiwnie palcem, żeby ułatwić założenie browaru, a wręcz rzuca pod nogi kłody w postaci Kodeksu Pracy, licencji, koncesji, norm, itd., ale jeśli mimo tej „pomocy” państwa biznes uda się rozkręcić z sukcesem, to kiedy już przychodzi do podziału łupów, czuje się udziałowcem. Więc zakazuje właścicielom działania na niekorzyść ich własnych firm, bo urzędasom się wtedy też uszczupla. To samo w sobie jest skandalem, a drugim, nieco mniejszym skandalem, jest to, że państwo nadal mimo wszystko jest udziałowcem mniejszościowym, a głos ma decydujący w sytuacji, w której każda strona głosuje za innym rozwiązaniem.

W każdym razie następnym razem nie bredźcie, że całe zło tego świata bierze się z chciwych kapitalistów, którzy wycisną z biedaka każdy grosz, bo liczy się dla nich tylko pieniądz. Widać, że tak nie jest. Chciwy kapitalista potrafi dla idei zrezygnować z zysku i narazić się na straty, które z punktu widzenia przeciętnego Kowalskiego byłyby całkiem spore. To tylko nasze walczące z pazernością dzikiego, drapieżnego kapitalizmu państwo, zakazuje mu takich działań, w zamian nakazując, żeby jednak się opamiętał i liczył tylko – albo przynajmniej „głównie” – pieniądz.

Trudne początki Ewy Kopacz

Nie będzie o samej Pani Premier ani o jej nowym rządzie, bo na to poświęcę osobną notkę, tylko A, przeczytajcie sobie najpierw ten wpis. Zanim się popastwię pragnę zaznaczyć, że czytuję bloga, z którego ten wpis pochodzi, i zasadniczo blog mi się podoba. Ale jako Skorpion zobowiązany jestem do pokazania kolca jadowego raz na jakiś czas, dlatego linkuję do notki, która akurat mi się nie podoba.

Bo to jest normalne, że wśród polityków najwyższej rangi, przez pryzmat których na zagranicznych salonach będzie oceniana Polska, liczą się nie tylko kompetencje, ale i prezencja. Właściwie kompetencje są mało ważne, czy inaczej: ważne są nie te kompetencje, które powinny cechować dobrego polityka, tylko umiejętność wlezienia w cztery litery elektoratowi lub bossowi partyjnemu, zależnie od tego, który w kolejności dziobania do stołu jest delikwent. Ale prezencja jest ważna, bo „jak cię widzą, tak cię piszą”, pierwszego złego wrażenia naprawić się nie da, a jest ono najczęściej wzrokowe.

Notabene: tutaj już na starcie kobiety zyskują statystycznie sporą przewagę. Prezentują się przecież zwykle sporo lepiej od mężczyzn. Widać więc, jak kolosalną przewagę kompetencyjną muszą mieć mężczyźni, skoro to oni osiągają w polityce znacznie większe sukcesy – przy podkreśleniu jeszcze raz z całą stanowczością, że w dzisiejszych czasach decydują zupełnie niewłaściwe kompetencje.

A poza tym: jeśli zewsząd się słyszy, jak to dobrze, że Polska ma kobietę na czele rządu, od ludzi, którzy najwyraźniej za główny atut oceniają to, co komu w gaciach (nie) dynda – bo z wypowiedzi niemal zawsze wynika, że to, co reprezentuje sobą dana kobieta poza przynależnością do płci żeńskiej, to kwestia do ewentualnego omówienia na później, po wygłoszeniu peanów zachwytu – to trudno się nie oprzeć wrażeniu, że nawet nasi rządzący mogą wpaść na taki pomysł, że jeśli postawią na czele kobietę, to zostaną pochwaleni. I jeśli zależy im na pochwale lub na tym, co się wiąże z nią lub z jej brakiem, to wybiorą kobietę. Nie dlatego, że jest najlepsza, tylko dlatego, że

No nie ma chuja, wybiorą kobietę!

Więc skoro kobiecość staje się de facto jej głównym atutem w porównaniu z rywalami, to nic dziwnego, że z niej właśnie ktoś taki jest rozliczany. Nie ma to nic wspólnego z feminizmem, tylko ze zdrową zasadą: szukamy kogoś spełniającego kryteria X, dostajesz się, bo spełniasz kryteria X, będziemy bacznie patrzeć, jak dobrze spełniasz kryteria X.

Na sam koniec notki zabawny obrazek, kończący się zdaniem „Feminizm oznacza, że wierzę w równość”. Zabawny, bo Autorka notki zaczęła pisanie od tego, że nie jest feministką, a potem pisała tak, jakby też wierzyła w równość, więc obrazek wygląda, jakby chciała się jednak od tego nachalnego promowania równości odciąć. I jestem dziwnie przekonany, że ten efekt jest odwrotny do zamierzonego.

Emigracja nie za chlebem

Radomir Szumełda, homoseksualny działacz PO, błysnął. Uznał, że emigracja jest efektem tego, że Polacy są zmęczeni państwem wyznaniowym i jest im tu za duszno. A skąd duchota? Z niedoboru praw mniejszości seksualnych i małej dostępności in vitro.

To jest taki absurd, nawet jak na postępowca, że nie wiadomo, z czego śmiać się najpierw. Może więc tylko dwie krótkie piłki (z kilkunastu, jakie początkowo miałem ochotę zaserwować): dlaczego emigracja idzie na zachód, a nie na północ, skoro tam homosie mają jeszcze więcej praw niż w Wielkiej Brytanii, z karą do trzech lat więzienia grożącą w Szwecji za publiczne krytykowanie LGBT (w tym: w Internecie) włącznie? I druga krótka piłka: dlaczego ludzie nie emigrują masowo z Watykanu? Mniej się męczą czy mają łatwiejszy dostęp do in vitro?

Z innych tematów: kibicem siatkarskim nie jestem. Nie czułem więc specjalnej radości, dowiedziawszy się o wynikach. Niemniej, jestem pełen podziwu wobec naszych reprezentantów i serdecznie im gratuluję sukcesu.

A druga sprawa: jeśli ktoś chciałby wesprzeć mojego bloga, ale nie chce się w tym celu dowiadywać, co to ten cały bitcoin, to polska firma WeMine4You udostępniła narzędzie umożliwiające zakup bitcoinów przez SMS. Jeśli uważają Państwo moją pisaninę za przynajmniej tak przyjemną, jak wypicie jednego piwa (albo połowy piwa Ciechan), to tutaj jest instrukcja, gdzie wysłać SMS za 2,46 brutto i co zrobić potem, żebym dostał kawałek bitcoina bez angażowania Państwa w zagłębianie się w tajniki działania kryptowalut.


Oczywiście SMS można wysyłać wielokrotnie.

To chyba tyle na dziś. Jak ktoś chce pooglądać dziwolągi, w Warszawie jedzie podobno Masa Krytyczna. To takie zbiorowisko rowerów, na każdy z których przypadają po trzy pedały.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *