Referendurnia

Dobry wieczór.

To człowiek tworzy nastrój, a że ludzie byli świetni, to i nastrój też. No, ale było, minęło, rozjechaliśmy się – można pisać o polityce.


Czytałem sobie i czytałem w zeszłym tygodniu komentarze o referendum i dwie kwestie mnie uderzyły.

Pierwsza sprawa: koszty. Że poszło w błoto sto milionów, niech Bronek odda, a po drugiej stronie, że nie całkiem w błoto, bo przecież zarobili to ludzie i forsa krąży w gospodarce.

Otóż: żeby zorganizować referendum, trzeba przygotować komisje, wydrukować karty do głosowania i obwieszczenia, posiedzieć w komisjach, policzyć głosy, zedrzeć zelówki, a niekiedy spalić paliwo na dotarcie do urn, zużyć nieco tuszu, itd. To wszystko zużywa zasoby: czas, energię elektryczną, energię ludzką. I to właśnie są koszty organizacji referendum. To, a nie „sto milionów złotych”.

Te koszty byłyby takie same, gdyby wszyscy ci ludzie pracowali jako wolontariusze, a także byłyby takie same, gdyby zapłacono za to miliard złotych. To, że państwo kosztowało to sto milionów złotych, oznacza tylko tyle, że na taką sumę łącznie wszyscy zaangażowani w to ludzie wycenili zasoby, które oddali w zamian. I mowa tylko o ludziach, którzy zostali opłaceni przez państwo – bo zasoby typu zużyte zelówki czy benzyna każdy opłacił we własnym zakresie, a nie za pośrednictwem podatków.

No dobra, trochę Państwa oszukałem. To wszystko byłoby prawdą, gdyby referendum organizował jakiś Kowalski. Wtedy sprawa jest jasna: organizuje Kowalski, ogłasza koszt sto milionów, więc tyle łącznie zawołali wszyscy, którym musiał coś zapłacić. To właśnie oznacza, że Kowalskiego kosztowało to sto milionów.

Co to znaczy, że państwo poniosło koszt sto milionów? Nie wiadomo.

Nie wiadomo, bo przy wszystkim, za co państwo się weźmie, następuje przekładanie części pieniędzy z jednej do drugiej kieszeni tych samych spodni. Państwo, kupując czy to papier, czy to usługi zaangażowanych w to wszystko ludzi, płaci ceny, w których zawarty jest PIT, VAT i diabli wiedzą, co jeszcze, znanego pod zbiorczą nazwą „podatki” i wracającego do kasy państwa. Jeśli wszyscy ludzie łącznie zawołali sto milionów, to koszt poniesiony przez państwo jest mniejszy o pobrane przez to podatki. Jeśli koszt wynosi sto milionów, to znaczy to, że ludzie wycenili swoją pracę i zasoby na wyższą sumę brutto.

Co oznacza owo sto milionów powtarzane w mediach? Nie wiadomo. Nikt się nie kwapi, żeby to wyjaśniać. Podejrzewam, że łączną kwotę zawołaną przez ludzi. Co oznacza, że z budżetu wyciekło per saldo mniej pieniędzy. Wbrew pozorom to zła wiadomość, bo lepiej, żeby więcej pieniędzy było w rękach ludzi, a mniej w rękach państwa, niż odwrotnie. Gdyby kosztowało to miliard, byłoby jeszcze lepiej!

(Oczywiście: Bronek powinien te pieniądze z własnej kieszeni oddać, ale nie państwu, a ludziom).


Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Cały czas pisałem o kosztach organizacji referendum. To nie to samo, co koszty referendum. Te, podobnie jak w przypadku wszystkich innych wyborów, zależą nie od organizacji, a przede wszystkim od tego, co będzie efektem oddania takich, a nie innych głosów.

Dochodzimy tu do drugiej sprawy: interpretacja wyników. O kosztach społecznych (i finansowych) podjętych decyzji w perspektywie czasowej pisać nie będę, natomiast tragiczne było to, jak komentatorzy, od lewej do prawej strony sceny politycznej, pisali, że w związku z kilkuprocentową frekwencją referendum było nieważne.

Jak to: „nieważne”?

Poniekąd można to zrozumieć: poprzednie głośne referendum dotyczyło odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz ze stanowiska Prezydent Warszawy. Tutaj, istotnie, referendum okazało się nieważne z powodu niskiej frekwencji. Mogło być ważne lub nieważne, trzeciej opcji nie było, ponieważ nie było opcji na to, żeby ktoś po referendum uznaniowo zinterpretował jego wyniki.

Natomiast ostatnie referendum było ważne – jedynie niewiążące. Oznacza to, że rządzący nie muszą, ale mogą dostosować się do jego wyników. Co więcej: w ramach demokracji nawet powinni.

Dlaczego?


Dlatego, że o ile w referendum nad odwołaniem Hanny Gronkiewicz-Waltz – z uwagi na reguły gry – niepójście było swego rodzaju ryzykownym głosem poparcia, o tyle, wobec faktu, że rządzący mają prawo dostosować się do wyniku referendum niezależnie od frekwencji, niepójście należy zinterpretować jako „wszystko mi jedno”!

I co z tego, że część ludzi, którzy nie poszli, nie miało tego na myśli, a raczej miało na myśli poparcie dla status quo? Nie można pozwolić na to, żeby mądrzy, którzy świadomie zagłosowali, zostali wyparci przez głupich, którzy nie poszli głosować w mylnym przekonaniu, co to tak naprawdę oznacza!

Tu dwie uwagi.

Uwaga pierwsza: z powyższego nie wynika, że każdy, kto głosował, jest mądry. Nie wynika również, że każdy, kto nie głosował, jest głupi. Głupi jest ten, kto nie głosował dlatego, że uważał to za głos poparcia wobec braku zmian…

Uwaga druga: … albo ten, kto, aby dowiedzieć się, że nie każdy, kto nie głosował, jest głupi, naprawdę potrzebował uwagi pierwszej.

Skoro więc iluś tam ludziom było wszystko jedno, to ci, którym nie było, przechylili szalę. Demokratyczny rząd powinien się dostosować. A w każdym razie sensownie jest posłuchać, co mają do powiedzenia stanowiący raptem jedną trzynastą społeczeństwa ludzie, którym nie jest wszystko jedno! Niewielka liczba to tym bardziej argument, żeby z większą uwagą pochylić się nad każdym głosem.

Tym bardziej, że w przypadku żadnego z pytań wynik nawet nie stał koło remisu. Preferencje głosujących były jasne. Preferencje niegłosujących w kwestiach, o które pytano, należałoby zaś, jako się wykazało, uznać za nieistniejące, a więc i nieistotne.

To co, nadal udajemy, że mamy demokrację, czy zmieniamy ustrój na sensowniejszy? Taki, w którym szanujemy wolę 92,52% ludzi, żeby ich zdanie nie było brane pod uwagę – i szukamy sensownego kryterium pozwalającego powiększyć tę grupę o 7,47 punktu procentowego?

(Na wszelki wypadek uprzedzam: ostatniego zdania proszę nie brać całkiem na poważnie).

Odpowiedzi

{Peppone} zadał dwa sensowne pytania.

1. Swoboda przemieszczania się jest zgodna z duchem libertarianizmu – OK, ale co ze swobodą decydowania, kogo wpuszczę do swego domu, czy – w szerszym pojęciu – państwa? Jeżeli większość uchodźców pochodzi z terenów, gdzie system wartości tak istotnie odbiega od libertarianizmu, jeżeli ich oczekiwania są najczęściej sprzeczne z duchem libertarianizmu, to mam prawo interpretować taki najazd jako inwazję, której celem, a przynajmniej realną możliwą konsekwencją jest zmiana ustroju państwa. Dlatego należy wpuścić tylko te jednostki, które (czynem!) potwierdzą gotowość do asymilacji. I tu przechodzimy do 2. uwagi.

2. Gerimo popiera wspieranie uchodźców (np. nauka języka). Oznacza to ponoszenie wydatków przez państwo; wydatków niecelowych z punktu widzenia libertarianizmu. Z drugiej strony, akceptuję, że uchodźca często nie ma nic wartościowego poza własnym zdrowiem (jak się popatrzy na filmiki, to to są najczęściej młode byczki). Dlatego (jeżeli nie ma kasy i ubiega się o państwowe wsparcie na starcie) na wjeździe powinien wyrażać pisemną, nieodwołalną zgodę na pobranie do przeszczepu narządów i tkanek, udostępnienia ciała do badań medycznych, wykonywania pracy niewolniczej itp. – jeżeli nie dotrzyma warunków wjazdu.

Moje odpowiedzi:

Ad 1.: Nie, jeśli pozwolimy państwu na podejmowanie decyzji, na podejmowanie jakich pozwalamy jednostce w ramach poszerzania wolności jednostki, to będzie to pierwszy krok w stronę utraty tej wolności. To jeden z ulubionych motywów lewackich bieda-trolli: dlaczego nie akceptujesz podatku dochodowego, skoro zaakceptowałbyś tak samo kształtowaną stawkę czynszu w prywatnym budynku czy w prywatnej galerii handlowej?


Ad 2.: Zgoda, propozycja Gerino to nie jest libertariański ideał – choć jest na tyle blisko, że w granicach akceptowalności z punktu widzenia pragmatyka usiłującego osadzić maksimum libertarianizmu w dzisiejszych realiach. Ja uważam, że lepszą propozycją od przedstawionej byłaby taka, żeby zgoda była odwołalna w momencie spłacenia w całości dowolnym innym sposobem ekwiwalentu otrzymanych świadczeń wraz z odsetkami. Ale, oczywiście, jeszcze lepszym pomysłem jest prywatyzacja tego wszystkiego: wjechać może każdy, kto znajdzie mecenasa w kraju docelowym, a to, na jakich warunkach go znajdzie, to kwestia indywidualna. Mecenas odpowiada przed społecznością za szkody poczynione przez uchodźcę, których naprawienia nie uda się od niego wyegzekwować.

Podniosłoby to co prawda koszty operacji, ponieważ niezbędna stałaby się obecność większej liczby tłumaczy, ale koszty zostałyby przerzucone na użytkownika końcowego – w tym przypadku na uchodźcę. Dodatkowym plusem byłaby lepsza i efektywniejsza (bo prywatna) selekcja, dzięki której problem szybko stałby się zwykłą sumą indywidualnych problemów jednostek, a przestałby być problemem społecznym.

Do napisania w piątek. Miłego tygodnia!

2 myśli nt. „Referendurnia”

  1. Zacznę od nr 2, bo łatwiej – po prostu zgadzam się z Twoim uzupełnieniem i pomysłem.

    Co do 1 – wyobraź sobie dwa skrajne stany. Pierwszy – imigranci grzecznie czekający na granicy na weryfikację. Nie przejdą – nie wjadą. Nie wjadą – nie robią burdy.
    Drugi – regularna wojskowa inwazja. Żołnierze przekraczają granicę siłą przełamując obronę.
    Jak dla mnie napór imigrantów przypomina bardziej sytuację nr 2. Przeważające liczebnie siły albo przedzierają się przez granicę, albo wykorzystują np. prawo morskie (widzi okręt lub statek z banderą kraju UE -> przebija ponton i trzeba go ratować). Nawet libertariańskie państwo jest zobowiązane do a) obrony granic oraz b) egzekwowania prawa. Jeżeli ktoś próbuje nielegalnie przekroczyć granicę – czy to kilku nieuzbrojonych chłopa, czy też dywizja pancerna – to w każdej z tych sytuacji psim obowiązkiem państwa jest do tego nie dopuścić.
    Oczywiście, jest jeszcze jedna opcja – bardzo swobodny ruch transgraniczny. Jednak tworząc państwo libertariańskie w nielibertariańskim świecie i zachowując otwarte granice na swobodny przepływ nie-obywateli znalazłbym się w sytuacji, w której fundamenty państwa ulegają poważnemu zagrożeniu. Jeżeli np. przyjmiemy typowy libertariański system podatkowy (pogłówne + podatek od majątku jako dwa główne źródła dochodów państwa), to do tego muszę mieć jakąś ewidencję ludności. Owszem, można powiedzieć, że kto nie figuruje w tej ewidencji – nie jest obywatelem; jak nie jest – nie płaci z tej racji przynajmniej pogłównego i nie ma żadnego prawa do ochrony przez państwo. W skrajnym przypadku oznacza to, że takiego niezarejestrowanego uchodźcę można bezkarnie nabić na pal na środku ulicy – bez powodu. Czyżby to miało oznaczać, że – koniec końców – nad granicą będzie warowało stado myśliwych polujących dla rozrywki na plisnoły? Nie jest to moje ulubione rozwiązanie. Uważam, że każde nowe nadane obywatelstwo powinno być ciężko zasłużoną (i zapłaconą w jednorazowym podatku) nagrodą, tak, aby to państwo zachowało charakter elitarny; żeby przyciągało zdeterminowane, pomysłowe, przedsiębiorcze, lekko awanturnicze, pracowite jednostki. To pozwoli na zmianę mentalności społeczeństwa w ciągu paru pokoleń. A trwała zmiana mentalności to jest wg mnie sposób na to, żeby ustrojowi państwa nie zagroziła żadna demokracja albo inne chore wymysły.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *