Relacja cena-jakość-przymusowość

Dobry wieczór.

W mijającym tygodniu spotkało mnie przykre zdarzenie, będące zarazem ilustracją powiedzenia, że każdy dobry uczynek musi zostać ukarany.


Pojechałem pomóc tacie. Bez wdawania się w szczegóły potrzebna była mu dodatkowa osoba z własnym samochodem. Przyjechałem i zaparkowałem w niedozwolonym miejscu w niedozwolony sposób, z czego sam nie zdawałem sobie sprawy. Trudno, nieznajomość prawa szkodzi. I to bardzo niekiedy: gdy wróciłem po dwudziestu minutach, na miejscu samochodu stał strażnik miejski, który wyjaśnił, gdzie i w jakiej kolejności mam się udać, żeby odzyskać odholowany samochód.

Strażnik mówił przy tym, że to nie jego wina, bo przepisy są takie, a nie inne, ale jakoś mu nie uwierzyłem (o czym nie omieszkałem mu powiedzieć). Przepisów może i nie pisał, ale to już nie te czasy, kiedy do egzekwowania przepisów bierze się ludzi z łapanki. Jeśli zgodził się brać pieniądze za odgrywanie roli funkcjonariusza aparatu przymusu, to spada na niego moralna odpowiedzialność za kształt przepisów, które wyegzekwuje. Pod tym względem lepiej już oceniam ludzi, którzy pomagali budować hitleryzm lub stalinizm, bo grożono im lub ich rodzinom sankcjami w przeciwnym wypadku.

Niby wielkiej tragedii nie było, ale bilans, jak na dwadzieścia minut niedozwolonego postoju, jest imponujący: nie pomogłem tacie, „zarobiłem” jeden punkt karny, odchudziłem portfel o ponad 620 złotych i straciłem 3 godziny, jeżdżąc po Warszawie komunikacją miejską na mrozie, ubrany zupełnie nieadekwatnie do tej okoliczności, bo miałem przecież poruszać się samochodem. Skąd tyle czasu? Bo odholowano samochód o 2 kilometry wprawdzie, ale zanim mogłem się tam udać, musiałem załatwić papierową robotę w miejscu odległym o prawie 7 kilometrów od miejsca wykroczenia i o 8 kilometrów od parkingu. Ot, biurokratyczna logika.

Ale OK, prawo mamy, jakie mamy, logiczne na jego gruncie wydaje się więc, że powinienem ponieść jakąś tam karę za wykroczenie, a dodatkowo ponieść koszty akcji koniecznej dla usunięcia negatywnych skutków tego wykroczenia. Różnicę było widać jak na dłoni, ponieważ kobieta, która stanęła tuż koło mnie, miała zdecydowanie więcej szczęścia: strażnicy nie zdążyli wezwać po raz kolejny holownika, zanim się zjawiła, więc ona dostała „tylko” mandat.


Skoro tak jest, to widać wyraźnie, że wysokość kary powinna odzwierciedlać uciążliwość wykroczenia, natomiast koszt dodatkowych „usług”, świadczonych przymusowo przy tej okazji, nie powinien w związku z tym zawierać już aspektu karnego. Jeśli wykroczenie jest duże, to kara powinna może być odpowiednio wyższa. Ale już sama akcja powinna zostać wyceniona zgodnie z realiami, bo w końcu holowanie nie robi się kosztowniejsze przez to, że jego powodem jest złamanie przepisów.

No to przypatrzmy się konkretnym sumom. 100 złotych (i punkt karny) to mandat. Na tym się skończyło w przypadku tej kobiety. U mnie doszło jeszcze: za odholowanie 476 złotych

(Dygresja: nie sądzę, żeby związani z PO warszawscy radni uchwalili taką kwotę w hołdzie dla wyniku wyborczego partii KORWiN, ale podobno od początku roku zmalała z 478 złotych. Najwyraźniej PO to mistrzowie takich dwuzłotowych promocji dla ludu – przypominam, że jak podnieśli kwotę wolną od podatku, to z 3089 złotych zrobiło się 3091 złotych – i oczywiście za tę sumę w żadnej z tych sytuacji nie kupili prawdopodobnie ani jednego głosu. PiS robi to z większym rozmachem i skuteczniej, bo za 500 złotych kupiło wiele głosów, choć nadal nie mój.


Przypomina mi to dowcip, jak to na zabawie mężczyzna zadaje tańczącej z nim kobiecie pytanie, czy ta przespałaby się z nim za milion złotych.
– No, myślę, że tak – pada odpowiedź.
– A za pięćdziesiąt złotych?
– Ależ co pan sobie wyobraża, że ja jestem jakąś kurwą?
– To już ustaliliśmy, teraz pozostaje kwestia stawki.)

za postój na parkingu 37 złotych (za każdą rozpoczętą dobę). Kosztów, które podałem jako ponad 620, dopełniły bilety autobusowe za 8,80.

Jeszcze raz: 476 (słownie: czterysta siedemdziesiąt sześć) złotych za odholowanie samochodu o dwa kilometry. Dla porównania: większość komercyjnych warszawskich holowników ma stawkę 150 złotych (plus VAT, jeśli człowiek bardzo chce otrzymać fakturę albo nie płaci gotówką), w której mieści się odholowanie samochodu w dowolnie wybrane przez klienta miejsce, byle w granicach miasta, co może w ekstremalnej sytuacji oznaczać i czterdzieści kilometrów.

Tragedii nie ma. To tylko pieniądze, choć boleśnie duże i wzrost BitCoina niezupełnie mi to wynagradza (chciałem napisać, że tym bardziej, że na fali wzrostowej ludzie są mniej chętni do dzielenia się swoimi BTC na adres podany z prawej strony bloga, ale to nie byłaby prawda, bo jak BTC jest stabilny albo spada, to też się nie dzielą).

Ale nie mogę wyjść z podziwu, jak to się dzieje, że jeśli jakaś usługa jest świadczona pod przymusem przez władze publiczne, a nie jest powszechna, jak np. szkolnictwo, to musi to być aż dwuipółkrotnie (albo trzykrotnie: zależy, czy koszt holowania miejskiego liczyć netto czy brutto, co nie ma większego praktycznego znaczenia, bo i tak kasa pozostaje w rękach publicznych) droższe od prywatnego odpowiednika.

Inny przykład, żeby nie było, że anegdotyczny dowód oparty na jednej sytuacji: akcyza na paliwo w przeliczeniu na kilometr powiększa koszt przejazdu każdą najbardziej dziurawą drogą o mniej więcej tyle samo, ile trzeba zapłacić za przejazd podobnej odległości zbudowaną przez prywaciarza (aczkolwiek mocno tutaj powiązanego z państwem) autostradą.

Nie mogę również wyjść z podziwu, że dziwnym trafem nie łapią się do tej kategorii więzienia. Mimo że usługa hotelarska, jaką świadczą więzienia, nie jest powszechna, to jednak od ludzi zmuszonych do skorzystania z niej nie pobiera się opłat wyższych niż w hotelach. Owszem, czasem skazuje się ich na astronomiczne grzywny, niejako przy okazji, ale nie jest to immanentna cecha pobytu w więzieniu. Raczej pochodna popełnionego czynu, oraz – co gorsza – sytuacji majątkowej skazanego.


Przychodzą mi do głowy, rzecz jasna, rozsądne powody, dla których może tak być. Główny jest taki, że za większość rzeczy, za które prawo polskie przewiduje więzienie, w ogóle nie powinno się ludzi karać (a za niektóre wręcz nagradzać, jak np. unikanie płacenia podatków), a za to, za co powinno się ludzi karać, nie powinno się wymierzać kar więzienia, bo nie spełniają one jedynej sensownej funkcji kary, czyli naprawienia ofierze (lub, jeśli to niemożliwe, jej najbliższym czy lokalnej społeczności) wyrządzonej krzywdy.

Ale skoro nasi włodarze trzymają wciąż te więzienia, to znaczy, że na pewno im nie o to szło, a innych sensownych powodów traktowania więźniów łagodniej niż łamiących zakazy kierowców nie widzę.

Do napisania za tydzień. Miłej resztki weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *