Semantyczna rola wulgaryzmów

Dobry wieczór.

Byłem kiedyś świadkiem następującej sytuacji: grafik komputerowy pokazywał potencjalnemu klientowi projekty strony WWW, a klient je oglądał, by wybrać któryś dla siebie. Najbardziej spodobał mu się jeden, jednakże nie w stu procentach, bo…


– Tu pan pierdolnie jeszcze jakiś obrazeczek, bo takie puste miejsce to trochę chujowo wygląda! – zgłosił uwagę klient.

Grafikowi potrzeba było kilku sekund na podniesienie szczęki z podłogi, po czym zdecydował się na próbę naprawy świata:

– Naprawdę ma pan takie ubogie słownictwo? Tylko „pierdolnie”?

– A co pan proponuje?

– „Wstawi”, „umieści”, „podepnie”…

– Widzi pan? Pan zna „wstawi”, „umieści”, „podepnie”, a ja znam „wstawi”, „umieści”, „podepnie” i „pierdolnie”. To kto ma tu ubogie słownictwo?


Piszę to, bo mój wpis sprzed tygodnia pojawił się na stronie Stowarzyszenia Libertariańskiego, a ja w przypływie narcyzmu postanowiłem sam siebie poczytać. Nie powiem, trochę się roześmiałem, gdy przeczytałem o „spaczonej osobie”, której mógłby potencjalnie się podobać Holokaust, bo byłem pewien, że tak nie napisałem (jak napisałem, można sprawdzić tutaj).

No dobra, pośmiałem się trochę, ale jednak stanąłbym na stanowisku, że tak się nie bawimy, gdyż nikt ze mną tych zmian redakcyjnych nie uzgadniał. Nie ma też najmniejszej wzmianki o tym, że tekst został przeredagowany. Prawo mamy jakie mamy w tej materii, zresztą wprost zezwoliłem na blogu na kopiowanie bez ograniczeń jego zawartości, ale podpisywanie moim nazwiskiem pseudonimem słów, których nie napisałem, w sposób sugerujący, jakobym to ja napisał, ani nie jest legalne dzisiaj, ani – na moje oko – nie byłoby legalne w akapie. To trochę jak fałszowanie podpisu.

Tym bardziej, że dalej już moje „przypierdolić w ryj” przeszło magiczną metamorfozę do „uderzyć w twarz” (chodziło o reakcję na sąsiada, który przywita się po niemiecku z takim typowym sebiksem reprezentującym zadymiarsko-uliczną wersję nacjonalizmu zwanego przez siebie „patriotyzmem”), a takich słów już na pewno bym nie napisał, bo świadczyłyby one o braku wyczucia językowego z mojej strony. „Pierdolnięcie w ryj” jest sebiksowo-swojskie i od razu przywodzi na myśl ten typ człowieka, który ja miałem na myśli, kreując u odbiorcy w głowie obraz zgodny z zamierzeniem autora. Na tym cały kunszt pisarski polega. A „uderzyć w twarz” to może nawet jeden dżentelmen drugiego w ramach formy wyzwania na pojedynek.

Redaktor swoją zmianą zatracił całe mentalne dresiarstwo, jakie było celem tego zdania, a ponieważ nie zmienił nic innego, całość sprawiła wrażenie, jakby autor nie potrafił dobrze wyrazić tego, co chce, choć z poprzednich zdań wynikało, co chce wyrazić. Jedno z drugim brzmi tak nie na miejscu, jakby ktoś zaproponował szampana do jajecznicy albo do parówek.


I wszystko byłoby do zaakceptowania, gdyby ten językowy miszmasz nie był podpisany „Skorpion na Weekend”.

Oczywiście nie zamierzam wytaczać żadnych dział w stosunku do Stowarzyszenia Libertariańskiego, które bardzo lubię i któremu to wybaczam bez mrugnięcia okiem (a w ramach swojej niechęci do egalitaryzmu oświadczam, że niekoniecznie postąpiłbym tak samo w stosunku do kogoś innego, kto zrobiłby podobną rzecz). Ale warto mieć to na uwadze, bo inny autor może nie być tak pobłażliwy.

Przy okazji warto przyjrzeć się kwestii poruszonej w temacie, czyli ładunkowi semantycznemu zawartemu w wulgaryzmach. Oczywiście głównym ładunkiem wulgaryzmu jest ładunek emocjonalny, ale przecież emocje to też część opisywanego świata. Semantycznie można je wyrazić za pomocą odpowiednich przymiotników albo za pomocą wulgaryzmów, które nie muszą być już przymiotnikami („rozjuszony” i „wkurwiony” zanadto się od siebie nie różnią), ale mogą być na przykład czasownikami, które powodują, że przymiotnik staje się zbędny („przypierdolić w ryj” już różni się od „uderzyć w twarz”, również na poziomie skali emocji, którą opisuje).

A oprócz tego w ustach kogoś, kto wulgaryzmami operuje z umiarem (ci, którzy używają „kurew” tam, gdzie normalny człowiek używa przecinka i domyśla się również w mowie, że stoi w danym miejscu przecinek, to zupełnie inna sprawa), ich użycie niesie dodatkowy ładunek znaczeniowy. Im rzadziej ktoś używa grubszego słowa, tym większą wagę ma każde jego użycie przez taką osobę. Jeśli „O, kurwa!” powie ktoś, kto używa tego słowa sto razy dziennie, to właściwie niewiele to mówi. Jeśli jednak powie to ktoś, kto tym samym wyczerpuje swój kwartalny limit przekleństw, to wiadomo, że coś było szokujące lub denerwujące na skalę trudno wyrażalną bardziej cenzuralnymi słowami.

To zresztą nie dotyczy tylko wulgaryzmów. Weźmy inny przykład: załóżmy, że rząd Beaty Szydło robi coś, przeciwko czemu wypowiada się opozycja: PO, .Nowoczesna, PSL. Powiedzmy, że Kukiz’15 nie zajmuje publicznie stanowiska w tej sprawie. Ktoś czyta w „Gazecie Polskiej”, że rząd taki dobry, a opozycja rzuca kłody pod nogi. Reakcja? Wzruszenie ramion, czego się w końcu spodziewać.

A teraz proszę sobie wyobrazić, że identyczną ocenę przeczytaliby Państwo w „Gazecie Wyborczej”. Od razu silniejsze przekonanie, że skoro nawet oni chwalą PiS, a atakują PO w jakiejś sprawie, to może coś jest na rzeczy, może warto pochylić się nad tematem, itd. Krótko mówiąc: to, kto dane zdanie wygłasza, ma duże znaczenie dla odbioru, a działa tu zwyczajne prawo popytu i podaży: słowa i tezy dużo rzadziej słyszane z konkretnych ust mają dużo większą wagę, gdy już padną z tych ust.

Zupełnie jak „nie jedz, to niedobre!” od babci na temat domowego obiadu, który zrobiła. Albo nie, operujmy w granicach realizmu: jak w przykładzie z „Gazetą Wyborczą”.

A jeszcze inną kwestią jest to, że z czysto propagandowego punktu widzenia nie jestem w stanie zrozumieć apriorycznego podejścia zakazującego publicznego używania wulgaryzmów, nawet gdyby człowiek miał na to ochotę. Ja wiem, że stowarzyszenie to nie partia, nie planuje zdobyć władzy, ma konkretne cele, chce przekonywać osoby do konkretnych rzeczy, itp., itd. Ale jednak cele te są w dużej części polityczne, a realizacja celów politycznych wymaga przekonania ludzi, którzy mają konkretne problemy, że jest się odpowiedzią na te problemy, a przynajmniej na kilka najważniejszych spośród nich.

Można to osiągnąć na wiele sposobów, ale budowanie poczucia jedności duchowej wydaje się jednym z niezłych pomysłów. I wydaje się, że jest całkiem sporo ludzi, których bolączki pokrywają się przynajmniej częściowo z bolączkami libertarian (na przykład nie podoba im się, że państwo im za dużo zabiera, albo że mają ogromny sad, ale nie mogą sprzedawać robionych w gospodarstwie dżemów, bo jakiś urzędnik zapomniał podpisać papierek przed urlopem), a którzy natychmiast poczuliby jedność duchową, gdyby im powiedzieć, że trzeba tę rządzącą hołotę wypierdolić na zbity ryj, żeby można było cokolwiek po niej poprawić. Nie „wyrzucić na uderzoną kilka razy twarz” tylko właśnie „wypierdolić na zbity ryj”.


Nie chodzi o to, żeby wrzucać to do co drugiego zdania, a jedynie o to, żeby nie traktować wulgaryzmów w publicznych, sygnowanych logiem wypowiedziach, w kategoriach tabu.

Jeżeli chodzi o niniejszy wpis, wyjątkowo zezwalam na publikowanie go w różnych miejscach w przeredagowanej formie, pod dwoma warunkami: ma zostać zachowany sens wpisu i wersja po redakcji nie może zawierać ani jednego słowa, które zostanie podane w niepełnej postaci: wygwiazdkowane, wykropkowane, itd.

Do napisania za tydzień. Miłego weekendu!

Jedna myśl nt. „Semantyczna rola wulgaryzmów”

  1. Swoją drogą, artykuł na stronie Stowarzyszenia Libertarian jest podpisany „Skorpion na Weeekend” (trzy „e”). To pewnie jakiś inny Skorpion. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *