Sępy Nawałki

Dzień dobry.

Pojutrze mecz, który może zapewnić Polakom awans na Mistrzostwa Europy w piłce nożnej w 2016 roku. Może, ale nie musi – i mój optymizm w tej kwestii jest więcej niż umiarkowany.


Zacznijmy może od tego, że nie ma żadnych „Orłów Nawałki”, jak już szumnie nazywa się gdzieniegdzie naszą reprezentację. Orły to miał ś.p. Kazimierz Górski, który tak ich poustawiał, że pozostały orłami jeszcze do początków kariery selekcjonerskiej Antoniego Piechniczka. Kolejni trenerzy mieli najwyżej wróble, co było widać choćby po tym, że wystarczał porządniejszy strach na wróble, aby osiągnięć nie było żadnych. Posucha przez lata, z dwiema przerwami na 2002 i 2008 rok, gdzie najpierw Jerzy Engel, a potem Leo Beenhakker, posprowadzali sobie po jednym, dobrym wróblu z zagranicy, który nie nauczył się jeszcze, że w Polsce pewnych strachów należy się bać. Potem się nauczyli i było jak było.


Od czasów Nawałki wydawało się, że coś drgnęło. Faktycznie: obecna kadra to nie wróble, bo przynajmniej trudno ją przestraszyć byle czym (a nie byle czego, czyli Niemców, też się nie przestraszyli). Ale z pewnością nie są to jeszcze „orły”. Najwyżej „sępy”.

Mają 12 punktów z Gruzją i Gibraltarem i chwała im za to, bo widzieliśmy na przykładzie Szkocji, że głupia wpadka z Gruzją potrafi niesamowicie skomplikować życie. Udało się „wysępić” wczorajszy remis ze Szkocją i udało się „wysępić” wygraną z Niemcami. Za to też im chwała i wieczne miejsce w historii, ale nie zapominajmy, że z przebiegu gry zwycięstwo to było niezasłużone, najłagodniej rzecz ujmując.

Natomiast warto trzeźwo zobaczyć, że poza tą sensacyjną i zupełnie nieodzwierciedlającą przebiegu meczu wygraną z Niemcami kadra Nawałki nie pokonała w meczu o stawkę żadnego liczącego się rywala. Ze Szkotami dwa remisy, z Irlandią remis i mecz w niedzielę.

Awansu wcale jeszcze nie mamy. Pewne są minimum baraże (i z trzeciego miejsca to będą na pewno baraże: Węgrzy, na trzecim miejscu w swojej grupie, mają 16 punktów z 9 meczów, w tym remis z ostatnią w tabeli Grecją, z którą grają dziesiąty mecz; będą zatem mieli 15 punktów w tabeli pomocniczej, podczas gdy Polska, zajmując 3. miejsce, będzie musiała zadowolić się 13 lub 12 punktami po odjęciu zwycięstw z Gibraltarem). Aby awansować bezpośrednio trzeba pokonać Irlandię u siebie, ewentualnie zremisować, ale nie wyżej niż 1:1.

(Teoretycznie wyższy remis daje nam awans bezpośredni, ale tylko w przypadku porażki Niemców z Gruzją; na to bym nie liczył, bo mimo że Gruzini mogą po tym, co wynikło z pokonania przez nich Szkotów, mieć jeszcze apetyty na porozdawanie kart w grupie, to jednak za tymi apetytami aż takie umiejętności nie idą).

Nie oszukujmy się: wcale nie musimy być faworytem tego meczu. Optycznie wyglądamy nieźle, bo od początku eliminacji wyprzedzamy Irlandię w tabeli, długi czas prowadziliśmy, gramy u siebie, ale nie zapominajmy, że tej optyce sprzyjał terminarz. To Polska jako pierwsza w grupie miała za sobą komplet meczów z Gruzją i Gibraltarem. Jasne, po drodze byli Niemcy, z którymi udało się wygrać mecz i nawet wygrać dwumecz. Ale pamiętajmy, że Irlandczycy też wygrali z Niemcami swój dwumecz, i to bardziej przekonująco niż Polacy, bo osiągnęli zwycięstwo u siebie i remis na wyjeździe. To, że Irlandia jest poniżej nas, zawdzięczamy Szkocji, która ma z Irlandią zwycięstwo i remis.


Pamiętajmy też, że – o tyle, o ile takie porównania w ogóle mają sens – polscy futboliści nie są nawet blisko polskich siatkarzy, jeśli chodzi o miejsce na światowej arenie. A pamiętamy, jak się skończyły ostatnie rozgrywki siatkarskie. Nasi długo byli w czołówce tabeli, potem prowadzili, w pewnym momencie mieli 10 zwycięstw na 10 meczów, a i tak udało się gorszą końcówką nie trafić do pierwszej dwójki. Obawiam się, że potencjał piłkarzy do marnowania takich szans jest znacznie większy. Nie aż taki, jaki zaprezentowali piłkarze pod wodzą Beenhakkera podczas eliminacji do Mistrzostw Świata w RPA w 2010 roku, ale też, niestety, aż taki nie jest potrzebny, żeby odpaść. Wystarczy 2:2 u siebie, a potem powtórka wyników z Irlandią przeciwko barażowemu rywalowi, którym może okazać się np. bardzo niewygodna dla nas Szwecja czy Holandia. Nieprzyjemne przesłanki już były. Prowadząc 1:0 ze Szkotami we wczorajszym meczu i mając optyczną przewagę Polacy przez kwadrans grali zawstydzająco i wyniośle niefrasobliwie.

Dlatego przestrzegam przed nadmiernym optymizmem. Nie bardzo są ku niemu podstawy sportowe, bazowanie naszej kadry na matematyce dawno już się wszystkim znudziło, a dobry start i teoretycznie łatwiejszy awans z powodu zwiększenia liczby zespołów do 24 to nie jest żadna gwarancja (dość powiedzieć, że mimo tak dużej liczby zespołów w turnieju finałowym awans Holandii jest mocno problematyczny i nie zależy już tylko od samych Holendrów).

Do napisania za tydzień, gdy Polacy już – oby – będą finalistami Euro 2016. Miłego weekendu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *